Kacper Słomka - Problem mieszkaniowy i alternatywa spółdzielcza

Już w artykule o kształcie dzisiejszego społeczeństwa wymieniając problemy warunkujące nasze podejście do niego, wskazywałem m.in. na problem mieszkaniowy, wspominając o patodeveloperach i klitkach, w jakich lokują oni swoich najemców. Temat ten zresztą wielokrotnie był poruszany na wielu akcjach i w wielu tekstach środowiska narodowo-radykalnego, słusznie zresztą, gdyż jest istotną bolączką naszego społeczeństwa, co przekłada się na funkcjonowanie Polaków jako Narodu.

Niestety, jak dotąd brak chłodno poprowadzonej analizy ewentualnych możliwych rozwiązań, a dyskusja sprowadza się do miotania gromów (poniekąd słusznych) na kapitalizm, niestety bez jasno przedstawionej propozycji alternatywy wobec tego nieludzkiego systemu. Szermuje się hasłem solidaryzmu, jednak analiza propozycji budowy solidarystycznego państwa czy też społeczeństwa ujawnia niejednokrotnie odchyły w kierunku socjalistycznym- nie przesadzam i bynajmniej nie idę tu za śladem liberałów. Po prostu jeżeli ktoś uważa, że wszystkie problemy pozwala rozwiązać silne i kontrolujące jak najwięcej obszarów państwo, to jest to znak, że nie rozumie solidaryzmu, albo że rozumie go na opak, widząc nim coś w rodzaju ,,socjalizmu z ludzką twarzą”. Tymczasem prawidłowa wykładnia solidaryzmy zawarta jest przede wszystkim w Katolickiej Nauce Społecznej, która, choć nie proponuje gotowych rozwiązań, wskazuje jednak, o czym należy pamiętać. Wychodząc od jej najważniejszych wskazań – poszanowania jednostki ludzkiej, jej godności i jej pracy, oraz poszanowania własności prywatnej jako bezpośrednio związanej z podmiotowością ludzkiej jednostki, pragnę przedstawić możliwe rozwiązanie omawianego problemu pozbawione odchyleń czy to liberalnych, czy to socjalistycznych, które to rozwiązanie postanowiłem roboczo nazwać alternatywą spółdzielczą.

Nazwa nie jest tu bez znaczenia. Rzeczownika ,,alternatywa” używam, aby podkreślić, że jest to rozwiązanie pozwalające pominąć zarówno liberalne, kapitalistyczne założenia, że wszystko rozwiąże ,,wolny rynek”, jak i socjalistyczne mrzonki o tym, że lekarstwem na wszystko może być państwowy interwencjonizm. Przymiotnika ,,spółdzielcza” używam tu, aby podkreślić, że kluczową dla wprowadzenia owego rozwiązania ideą jest idea spółdzielczości – oparcie funkcjonowania społeczeństwa i państwa na wspólnotach lokalnych, które najlepiej wiedzą, jak rozwiązywać swoje problemy. Jest to gruntowne przemeblowanie dotychczasowego myślenia o kwestii mieszkaniowej.

W dotychczasowej bowiem narracji politycznej na ten temat królują dwa paradygmaty myśleniowe, oba zaś oparte na dziwnym i ciężkim do zrozumienia sentymencie – w pierwszym wypadku do najdzikszego kapitalizmu rodem z lat 90-tych, w drugim wypadku do najbardziej siermiężnego realnego socjalizmu rodem z PRL-u.

Pierwszy paradygmat, w pewnym ogólnym skrócie, jaki przedstawiłem, zakłada, że wszystkie problemy rozwiąże mityczny ,,wolny rynek”. Ów sposób myślenia, królujący przez całe ostatnie dwie, a nawet trzy dekady doprowadził do tej właśnie patologii, jaką mamy. Sytuacji, w której developerzy, wkładając stosunkowo niewielką, w perspektywie ich możliwości, ilość kapitału w inwestycje, czerpią krociowe zyski z wynajmu klitek. Wszystko po złodziejskich cenach i jednocześnie nie mają de facto realnej konkurencji, gdyż samorządy dawno skapitulowały na tym polu, państwo do niedawna w ogóle nie interesowało się zjawiskiem, a patodeveloperzy jedyną konkurencję, jaką uprawiali nawzajem to konkurencja pod tytułem ,,jak najwięcej ludzi upchać, na jak najmniejszej przestrzeni”. Taka to ,,konkurencyjność”, takie to ,,błogosławieństwa”, takiego to ,,wolnego rynku”.

I temu sposobowi myślenia od jakiegoś czasu coraz większe grupy z różnych stron sceny politycznej – tak umownej lewicy, jak i umownej prawicy – przeciwstawiają, ni mniej, ni więcej, tylko paradygmat socjalistyczny. Propozycje wielkich państwowych budów, które miałyby wszystkim zapewnić wygodne mieszkania. Z niejakim rozrzewnieniem powołuje się tu, bez żenady, na czasy Gierka, zachwalając PRL – jak to dzięki wielkiej płycie wszystkim obywatelom były zapewnione godne mieszkania. Niestety to nawet nie jest półprawda. Z tych całych wywodów jedyną prawdą jest to, że były wielkie budowy z wielkiej płyty, były mieszkania i w zasadzie tyle. Oczywiście nie można zaprzeczyć takiemu faktowi jak budowa 2,5 mln mieszkań w latach 1971-1980. Ale przypomnijmy sobie inne fakty i złóżmy wszystko w całość. Nie wiem doprawdy, czy komuś na mózg się rzuca sentymentalizm, czy brak wiedzy uniemożliwia mu realną ocenę, ale jak można nie pamiętać, że w owych ,,cudownych” czasach, gdy ,,wszyscy” mieli mieszkania w wielkiej płycie, średni czas oczekiwania na takie mieszkanie wynosił 10 lat, często było to jeszcze dłużej. Ludzie zapisywali się na M3 czy M4 – rozmiar 48 albo 64 m2, po zawarciu małżeństwa, częściej po pierwszym dziecku, aby wprowadzić się do tych wyśnionych 48 czy 64 m2, mając już 3 lub 4 dzieci, w każdym razie będąc w takim momencie życiowym, gdy 48 m2, to już trochę zbyt mało. Dogmatyczny socjalista zakrzyknąłby ,,ale czego wy oczekujecie od naszego wspaniałego państwa”- problem w tym, że przez te wcześniejsze 10 lat ,,wspaniałe” państwo miało gdzieś, jak aktualnie żyją i mieszkają zapisani do mieszkaniowych kolejek. Skłonnym do dalszych zachwytów polecam poemat satyryczny Szpotańskiego ,,Towarzysz Szmaciak”- a zwłaszcza ten fragment, gdzie tytułowy bohater rzuca gromy na stojącego przed nim robotnika Deptałę. Długość oczekiwania- w 1978 w kolejkach do M czekało około 2 mln ludzi- była zresztą jednym z tak naprawdę mniej istotnych problemów generowanych przez państwowe budownictwo. System zapisów wyśmienicie napędzał korupcje i to w dwie strony. Z jednej strony obywatele, gdy tylko mieli taką możliwość, korumpowali przedstawicieli aparatu państwowego, aby łatwiej, szybciej dostać M, z drugiej zaś aparat państwowy z pełną świadomością korumpował za pomocą mieszkań konkretne grupy obywateli np. ułatwiając przydziały mieszkaniowe milicjantom, członkom partii, czy nawet tylko ,,zwyczajnym” TW SB. I w taki to oto diabelsko genialny sposób system przydziału mieszkań stawał się kolejnym narzędziem kontroli społeczeństwa. Pod rozwagę wszystkim apolegetom państwowego przydzielnictwa- czy naprawdę chcielibyśmy powrotu czegoś podobnego? Osobiście jestem przekonany, że nie, a zarazem w równym stopniu nie mam wątpliwości, że powrót do przydzielnictwa państwowego prędzej czy później skończyłby się powrotem do patologii tegoż systemu.

Czy jest jakieś rozwiązanie? Owszem – trzeba tylko przestać myśleć w kategoriach dualnego, bezalternatywnego wyboru, a przede wszystkim przestać pojmować wspólnotę lokalną- a więc w pewnym sensie siebie, jako przedmiot, a zacząć pojmować jako podmiot wszelkich procesów życia społecznego.

Upraszczając- nie developerzy z wielkim i najczęściej zagranicznym kapitałem i niecentralnie sterowane państwo ma być dysponentem tego dobra, jakim są mieszkania. Oczywiście nie da się uciec od istnienia takowego dysponenta- nie żyjemy w czasach, w których każdy mógł byle gdzie, postawić swój byle jaki domek. Skoro jednak potrzebujemy dysponenta, niech będzie nim ktoś, kogo możemy realnie kontrolować. Taki podmiot jest de facto tylko jeden- są nim władze samorządowe. I w tym miejscu pragnę jasno sformułować, jak mogłaby wyglądać alternatywa spółdzielcza i jakie podmioty pełniłyby role w jej realizacji, tak by mogła ona zaistnieć jako byt. Nie ukrywam, że istotna byłaby w niej zarówno rola państwa, jak i rola podmiotów prywatnych, jednak ani jedno, ani drugie nie miałoby roli kluczowej. Na tym właśnie zasadza się alternatywność owej idei, gdyż daje ona odpowiednie dla każdego z podmiotów zadania, żadnego z podmiotów nie absolutyzując, jako jakiegoś zbawcy społeczeństwa, bo tym zbawcą byłoby społeczeństwo same dla siebie.

Po pierwsze należy uczynić odpowiedzialnymi za budownictwo mieszkaniowe wspomniane samorządy. Aby zaś dysponowały one odpowiednimi środkami na wykonanie tego celu, państwo winno przeznaczyć odpowiednio wyznaczoną część budżetu dla samorządów właśnie na wyżej wymieniony cel. To wraz z końcową kontrolą efektów byłoby właściwie całą rolą organów centralnych. Rozpoznanie, ile potrzeba mieszkań na danym obszarze, na jaki koszt ich utrzymania i opłat mogą sobie pozwolić mieszkańcy, czy wreszcie jakiego standardu mieszkań potrzeba danej wspólnocie- to pozostawałoby wyłącznie w rękach samorządu, który siłą rzeczy musiałby odwoływać się dla ustalenia powyższych danych do konsultacji społecznych. Po ustaleniu wyżej wymienionych zmiennych gmina mogłaby już zatrudnić odpowiednie podmioty prywatne do prowadzenia budów. Tym samym firmy, które dziś pracują dla wielkich developerów i chcąc czy nie chcąc, przyczyniają się do patologii na rynku mieszkaniowym, zaczęłyby pracować dla dobra narodowego, nie tracąc przy tym na zyskach, gdyż można z dużą dozą pewności przypuszczać, że przy alternatywie spółdzielczej liczba budowanych mieszkań prędko by wzrosła, tak więc sektor budowlany nie miałby, co narzekać na brak zamówień. Jednym słowem obopólna korzyść- dla mieszkańców i dla gospodarki. Ważna rzecz- podmioty prywatne należy koniecznie zobowiązać do dotrzymywania terminów pod groźbą kar finansowych, a zapisy na mieszkania prowadzić wyłącznie według klucza przynależności do gminy i poniesionego wkładu własnego, nie uwzględniając innych czynników i nie dając żadnemu urzędnikowi możliwości zmiany miejsc na liście zapisowej. Tylko to daje nadzieję na uniknięcie patologii znanych z budownictwa państwowego w PRL. Jak już pisałem, nie chcemy odrodzenia łapówkarstwa mieszkaniowego.

Po drugie (i tu poruszamy kwestię roli państwa) państwo musiałoby oczywiście kontrolować, czy samorządy rzeczywiście wydają pieniądze przeznaczone na budowę mieszkań dokładnie i wyłącznie w tym celu. Możliwe, iż konieczne stałoby się wówczas utworzenie jakiegoś inspektoratu kontrolnego np. przy Ministerstwie Infrastruktury czy Ministerstwie Finansów. Niestety, w realiach, w jakich żyjemy, nie można całkiem ufać wszystkim władzom samorządowym. Niemniej nie ulega wątpliwości, że przynajmniej w mniejszych miastach, przy odpowiednim zwracaniu uwagi na konsultacje społeczne, władze lokalne znacznie lepiej niż centrala znają problemy i potrzeby mieszkańców swoich miast. Co zaś najważniejsze – właśnie samorządowcy czy burmistrzowie są najłatwiejsi do rozliczenia społecznego. O ile bowiem posłowie, senatorowie et consortes nawet tracąc władzę w wyniku wyborów, nigdy do końca nie są odśrubowani od koryta i bez trudu znajdują sobie polityczne spadochrony, a nawet trampoliny, o tyle samorządowcy rzadko mają takie możliwości. Odpowiednie ,,podziękowanie” im w wyborach potrafi bardzo skutecznie odstraszyć innych na przyszłość. Problemem są tu jedynie duże miasta, w których powyższy mechanizm mniej działa, gdyż przenoszą się na nie mechanizmy działające na cały nasz kraj. Ale i w nich mam wrażenie, dałoby się zaprowadzić opisany przeze mnie porządek przy niewielkiej tylko interwencji państwa- ot wystarczyłoby, żeby w ramach kontroli wydatków samorządu można było zawołać ,,cięższe” służby.

Po trzecie wreszcie (i to wydaje się najważniejsze) – konieczne jest, aby społeczeństwo domagało się tego typu rozwiązań. Nie wystarczy krytyka patodeveloperów, bo oni i tak nie będą przejmować, im zależy na zysku. Nie wystarczy krytyka bierności państwa, bo państwo zawsze będzie reagować wolno i mieć tysiąc innych problemów na głowie. Konieczne jest, aby dobitnie przedstawiać żądanie zaangażowania samorządów w rozwiązanie wspomnianego problemu.

Niestety, trzeba tu przyznać otwarcie- trzeci punkt, a tym samym żaden inny, nie zostanie zrealizowany skutecznie, jeżeli nie stanie za nim siła polityczna. Barwy partyjne nie mają tu znaczenia- istotne jest, czy owa siła polityczna będzie zainteresowana przedstawioną ideą i składającymi się na nią postulatami. Wyrwanie się z dychotomii – kapitalistyczna samowolka kontra socjalistyczny regulacjonizm jest tu konieczne, jeżeli nie chcemy od jednych patologii uciekać w inne, co zresztą zostało już powyżej omówione. Pozostaje więc tylko odszukać i przekonać tę polityczną siłę, jakakolwiek ona jest- byle nie była to siła jawnie antynarodowa.
Podsumowując – na problem jest rozwiązanie i leży ono bliżej niż się może wydawać. Pozostaje kwestią woli, sił i środków.

Bibliografia
Tomasz Ciborowski, Grzegorz Konat ,,Między II i III RP. Gospodarka Polski Ludowej” depot.ceon.pl
,,Między modernizacją a marnotrawstwem” raport IPN
,,Ile czekaliśmy na PRL-owskie mieszkanie” forsal.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *