W miasteczku J żył sobie Pan Żydziński. Pan Żydziński- staruszek niskiego wzrostu o wysokim czolę, wyłysiałej czaszce, wielkiej mądrej głowie i czujnie odstających uszach był to właściwie zwyczajny starszy pan, który pamiętał w swoim życiu gorsze i lepsze czasy, a czasy sobie współczesne uważał za zdecydowanie gorsze. Nie lubił tłoku na ulicy, pędzących z piskiem samochodów,a już najbardziej nie lubił supermarketów. Dlatego też do supermarketów chodził zań jego wnuczek, jednakże pewnego felernego dnia, wnuczek był bardziej niż zwykle zajęty zajęciami na trudnym zaiste kierunku, znanym jako twórcza antropologia paleologii. Z tego też powodu Pan Żydziński musiał poddać się chcąc niechcąc torturze wyjścia do pałacu Merkurego, który to pałac zwał się Stonką.
Pan Żydziński drepcząc powoli po rozległych korytarzach owego pałacu szukał więc teraz Szwajcara, który by mógł mu wskazać drogę w gąszczu towarowych labiryntów. Napotkawszy wreszcie pracownika sklepu zadał mu proste pytanie, które miało się okazać bogate w konsekwencje:
-Przepraszam bardzo, gdzie mógłbym znaleźć kawę?
-Druga alejka w lewo, naprzeciwko słodyczy, proszę pana.
-Dziękuje.
,,Naprzeciwko słodyczy- ze słodką rozkosza skonkludował w myślach Pan Żydziński- jednak coś tu mają dobrze urządzone. Znajdę kawę i od razu coś do kawy. Wspaniale. Lepiej nie mogłem sobie wymarzyć. Żeby tylko ci wszyscy ludzie nie kręcili się tu tyle. Kurwicy można dostać. Jak człowiek mieszka samemu to potem taki tłum bez ładu i składu działa mu na nerwy gorzej niż kocie siki na wycieraczce. Swoją drogą muszę w końcu zwrócić uwagę tej babie z naprzeciwka na te jej cholerne koty. Smród na pół kamienicy.” Z takimi myślami Pan Żydziński doszedł do wymienionej przez pracownika alejki. Doszedłszy spojrzał na półki na których stała rozłożona kawa i zobaczył…
Obfitość.
Obfitość która przelewała się na wszystkie strony, wszystkimi kolorami tęczy, jakimi pstrzyły się opakowania licznych marek. Do oczu Pana Żydzińskiego mizdrzyły się kawy z całego świata, zmieszane przez wszystkie możliwe firmy. Jacobs i Nescafe, Mokate i Dalmayr, Maxwell House i Prima, Lavaza, Davidoff, Egberts i wszechobecne Nestle. Kawy ziarniste, mielone, rozpuszczalne. Z Ameryki Południowej, Afryki i Bliskiego Wschodu. Z Azji południowo-wschodniej i Subkontynentu Indyjskiego. Sprzedawane przez marki francuskie, włoskie, angielskie, amerykańskie, rosyjskie a nawet nasze rodzime. Zapatrzony w tę obfitość opcji Pan Żydziński nie miał pojęcia na któryż to półprodukt kofeinowej mikstury ostatecznie się zdecydować. Wreszcie chwyciwszy do ręki najtańszą z rozlicznych kaw, odwrócił się i za swoimi plecami zobaczył po raz kolejny…
Obfitość.
Tym razem łasiły się do niego słodycze wszelkiego rodzaju i wszelkich marek z całego cukierniczego świata. Paczki wafelków produkcji polskiej i zagranicznej- Grześki, Prince Polo, Princessy, batoniki i cukierki Mars, Snickers, Twix, 3 Bit, Lion, Pawełki, Michałki, Nimm 2, francuskie i szwajcarskie pralinki, niemieckie żelki, czekolady ze wszystkich stron świata, ciastka Jeżyki, Hity, Mafijne. Słowem wszelkie słodkości jakie zna planeta. Wreszcie po długich namysłach Pan Żydziński chwycił paczkę Ciastek Mafijnych i ruszył w stronę kasy.
Tu czekała go niemiła niespodzianka.
Kasa wlokła się niemal do połowy sklepu. Z pięciu kas jakie znajdowały się w markecie czynne były tylko dwie. ,,Oszczędność na pracowniku-pomyślał z goryczą Pan Żydziński- jak to w kapitalizmie. A klient musi stać, jak w gorszych czasach. No dobra, może trochę przesadzam, ale myślałem że w tej wolnej Polsce już takich kolejek nie będzie. A tu jak na złość, dalej kolejki po wszystko. I dalej młodzi walą na Zachód. Ale jest wolnośc słowa… Gówno, a nie wolność słowa. Co z tego, że można pisać co się chcę, mówić co się chcę, jak i tak nie można bo zaraz Cię nazwą faszystą, ciemnogrodem, czort wie kim. Jak za starych czasów. Kurwa mać, wszystko nie takie jak chcieliśmy, jak ja chciałem, jak Polska chciała, z resztą co ja myślę. Stój, człowieku w kolejcę z tą kawą i ciastkami, a nie myślisz o sprawach wyższych, jakby byo o czym. I tak już na zmienianie czegokolwiek sił i czasu nie ma. Niech się młodzi zajmą, Ci co tu zostaną a nie wyjadą. Szajs, szajs wszędzie nawet w tym supermarkecie. W ogóle kto wymyślił tą nazwę- ,,supermarket”. To jest niby super? Te kolejki i kobitki mało młodsze ode mnie z wypłatami jak dla ciecia? To jest super?” Z tymi gorzkimi myślami Pan Żydziński dotarł do kasy.
Tu czekała go miła niespodzianka.
Za kasą tym razem siedziała młoda i całkiem ładna dziewczyna o prostych blond włosach, smukłej sylwetce, żywych, jasnych oczach i delikatnych acz ponętnych ustach o barwie czerwonych porzeczek. Jedyna rzecz która się Panu Żydzińskiemu w niej nie podobała to jej lewa ręka. Lewa ręka pokryta od ramienia po nadgarstek wielobarwnym tatuażem o dziwacznym ni to roślinnym ni to geometrycznym motywie. Fakt, że kończyła się ona drobną, smukłą dłonią o różowych, błyszczących paznokciach, wywoływał dodatkowy dysonans w jego uczuciach estetycznych. Starając się zdusić w sobie coraz bardziej tętniace myśli Pan Żydziński przemówił do niej:
-Jeszcze Rothmansy Niebieskie poproszę.
-Rothamsy się skończyły.- odparła ekspedientka zaciągając z lekka białoruskim akcentem, który znów u Pana Żydzińskiego wywował poznawczy dysonans- Z lightów to jeszcze są LM-y, PS-y, Chesterfieldy.
-To LM-y poproszę.- Odpowiedział emeryt zastanawiając się, po kiego czorta ludzie, którzy oszczędzają nawet na maśle dziargają sobie tatuaże, z którymi na dodatek wcale nie wyglądała ładnie.
Blond sprzedawczyni ze zgaszonym ze zmęczenia wyrazem twarzy, który ostatecznie zniszczył jej obraz w oczach Pana Żydzińskiego, podała mu paczkę i po skasowaniu wszystkich trzech produktów podała cenę.
-Czterdzieści siedem dziewięćdziesiąt siedem.
-Sekundka.
Pan Żydziński położył dwie dwudziestki, a następnie zaczął wykładać drobne. Czterdzieści dwa, cztery, pięć złotych.
– Chyba będę musiał zrezygnować z ciastek. Cofnie je pani?
-No trudno, cofnę.
Ekspedientka poprosiła koleżankę o klucz cyfrowy, po czym z jego pomocą wycofała towar. Pan Żydziński zapłacił nową cenę, przyjął resztę i podreptał do domu, z kawą, papierosami i bez ciastek.
Po południu siedząc przy kawie z wnuczkiem powiedział mu:
-Pamiętasz jak opowiadałem Ci o czasach gdy miałem pieniądze, ale nic nie było w sklepach?
-Pamiętam. Nie raz mi opowiadałeś.
-No to teraz Ci powiem, że dożyłem czasów gdy w sklepach jest wszystko, ale mnie brakuje na to wszystko pieniędzy…