Kacper Słomka - Nauczanie humanistyczne – jak wygląda, jak wyglądać powinno

Zanim rozpocznę swój wywód zmuszony jestem zdefiniować czym jest nauczanie humanistyczne. Nie jest to li tylko nauka przedmiotów nazywanych humanistycznymi- języka polskiego, języków obcych, historii, WOS-u, WOK-u, przedmiotów artystycznych czy religii/etyki. Nie jest to nawet nauka tych przedmiotów, które dotyczą człowieka i jego kultury- a więc prócz wymienionych także geografii (ze względu na jej wpływ na kulturę i historię) oraz biologii (z przyczyn oczywistych, gdyż dotyka ona człowieka na każdym kroku). Nauczanie humanistyczne jest to pewien etos nauczania i nachylenie edukacji w konkretnym kierunku. W ujęciu humanistycznym edukacja winna dawać młodemu człowiekowi jak najrzetelniejszą wiedzę na temat tego, co dotyczy właśnie człowieka, a także tego co z człowiekiem bezpośrednio związane, w czym człowiek funkcjonuje- a więc na temat społeczeństwa i Narodu, ale także ich środowiska, a także, a nawet przede wszystkim wytworzonej wokół tych elementów kultury i cywilizacji. Duch tego typu edukacji siłą rzeczy powinien więc przenikać każdy z przedmiotów szkolnych- może poza przedmiotami ewidentnie ścisłymi, jak matematyka i fizyka, które są niejako wspólne wszystkim kulturom. Jak to wygląda aktualnie- najprzeróżniej, lecz generalnie gorzej niż lepiej. Jak to powinno wyglądać- o tym napiszę na przykładzie kilku przedmiotów co do których czuje się najbardziej kompetentny.

Języki obce- czyli słoń teoretyczny

O językach obcych napiszę zbiorczo i na pewnym poziomie ogólności, gdyż nie czuje się specjalistą w kwestii ich nauczania, samemu ucząc polskiego i posiadając uprawnienia do nauczania historii. Pragnę tylko zauważyć jedną prostą rzecz, która w mojej ocenie jest bolączką tej gałęzi edukacji najbardziej dogłębną- brak skupienia się na praktycznej nauce języka. Sam więcej nauczyłem się języka angielskiego w ciągu 3 miesięcy pobytu w Anglii niźli w ciągu kilku lat nauki szkolnej w naszym kraju- natomiast połowa umiejętności w polskiej szkole zdobytych w komunikacji z Brytyjczykami do niczego nie okazała się potrzebna. Dlaczego? Ano dlatego, że z kilkunastu różnych czasów istniejących w tym języku, przeciętny Anglik używa zaledwie 3-4, ale polskie dzieci i tak uczą się 9-u, a za to zupełnie jest zaniedbywana przy tym nauka słownictwa i po kilku latach nauki wychodzi się z zasobem słownictwa, który może pozwoli porozumieć się w sklepie, ale na pewno nie czytać Dickensa w oryginale czy bodaj dogadać się w kwestii założenia konta bankowego, lub samodzielnego doczytania warunków umowy o pracę. I po co w tym momencie była nauka tych 9 czasów?

Z niemieckim jest tu jeszcze gorzej. Nie dawno jadąc pociągiem usłyszałem od pewnej uczennicy o tym, że nauczycielka wymaga od nich odpowiedniego akcentu przy mówieniu w tym języku. Jako osoba mająca pewną styczność z nim złapałem się za głowę- a to z bardzo prostej przyczyny. Wzorcowy akcent niemiecki nie istnieje. W Niemczech każdy land, ba, każda zgoła kraina historyczna, niekiedy nawet bardzo mała, akcentuje po swojemu i samym Niemcom owe różnice w niczym nie przeszkadzają. Niemcy nie zwracają na to uwagi. Polak akcentując po swojemu może im się skojarzyć z Sasem, akcentując jak w filmach wojennych (ja często tak robię) z Bawarczykiem albo Tyrolczykiem. W dalszym ciągu nie ma to najmniejszego wpływu na odbiór. Więc po cóż to uczenie na siłę akcentu berlińskiego? Żeby dzieci wpędzać w kompleksy, czy po co? I żeby to jeszcze w języku niemieckim akcent wpływał na znaczenia słów, jak to ma miejsce w języku rosyjskim, albo w grecę, gdzie przesuwny akcent różnicuje znaczenia. Ale nie! Więc znowóż- po co? A takich dziwactw w nauce niemczyzny jest więcej, włącznie z katowaniem na etapie szkoły średniej polskich uczniów stroną bierną, co uzasadnia się tym, że rzekomo Niemcy,

znacznie częściej od nas ową stronę stosują. Tyle tylko, że to ledwie półprawda, albo i nie, bo owszem Niemcy chętnie stosują stronę bierną, ale tyczy się to niemieckiej inteligencji, tudzież języka pisanego i to nie wszędzie, a w literaturze naukowej. Więc strona bierna w języku niemieckim byłaby potrzebna na etapie studiów. A katuje się nią dużo wcześniej, zamiast- w ramach humanistycznego nauczania- lepiej zapoznać uczniów z kulturą sąsiada, chociażby czytanie ze zrozumieniem ćwicząc na minimalnie bardziej ambitnych tekstach niż teksty użytkowe. Mogę z własnego doświadczenia powiedzieć, że ,,Werter” w oryginale wcale nie jest trudną lekturą i dałoby się jego fragmenty wdrożyć na języku niemieckim właśnie, na etapie szkoły średniej. Bliskie poznanie strawy duchowej sąsiada, skądinąd częstokroć niebezpiecznego, na lepsze by się zdało niż poznawanie wszystkich tajników używania przezeń czasownika w stronie biernej. W każdym razie takie mam wrażenie.

Dotknąłem przed chwilą kwestii języka rosyjskiego. Zapewne naraże się wielu osobom, ale zdecydowanie, właśnie z powodów humanistycznego pojmowania edukacji stanę tu w obronie jego nauczania. I nie chodzi tu nawet o wartość jaką do kultury wnieśli tacy użytkownicy tego języka jak Dostojewski, Tołstoj, czy Bierdiajew. Chodzi tu o kwestie czysto praktyczne i odnoszące się wprost do życia. Nie jest prawdą, jakoby język angielski był absolutnie międzynarodowy i globalny. Tak myśleć mogą ludzie o ciasnych horyzontach myślowych, zamknięci w inteligenckich bańkach. Języków międzynarodowych jest kilka- w zależności od rejonu świata. Obok angielskiego, należą do nich hiszpański, francuski, arabski i rosyjski właśnie. Podam teraz argument, który co bardziej zacietrzewionych może bardzo zdenerwować, ale który przekonał do moich racji, uwaga, ukraińskie dzieci z OP, w których uczę języka polskiego. Generalnie rozmawiam z nimi po polsku, ale raz na jakiś czas zdaża nam się zamienić kilka słów po rosyjsku. Kiedyś jedno z nich spytało- dlaczego nie uczę się ukraińskiego? Odpowiedziałem wówczas, że znam rosyjski i mi jako Polakowi to wystarcza, zwłaszcza że mieszkam w Polsce, nie na Ukrainie. Kontynuując powiedziałem: ,,gdybym zamieszkał na Ukrainie, na pewno uczyłbym się waszego języka, tak jak wy uczycie się naszego, ale na ten moment, nie mam takiej potrzeby- z bardzo prostej przyczyny. Po ukraińsku mówią tylko Ukraińcy, i to nie wszyscy, bo słyszę jak wielu z was używa języka rosyjskiego nawet między sobą, a po rosyjsku mówią nie tylko Rosjanie, czy Białorusini, ale wszystkie narody dawnego ZSRR znają lepiej lub gorzej ten język. Więc chcemy czy nie- to rosyjski jest językiem międzynarodowym. Więc nawet przy naszym stosunku do Rosji, bardziej nam się opłaca znać ich język niż ukraiński”. No i ukraińskie dzieci przyjęły tę argumentację i więcej mnie nie pytały o to dlaczego nie uczę się ich języka, a gdy nie rozumieją polskich słow, tłumaczę im je rosyjskimi. Sądzę, że nie ma tu ludzi, na tyle zacietrzewionych by uważali się za bardziej uprawnionych do miotania gromów na język i kulturę, niż dzieci narodu, który przez prymarnych użytkowników tego języka został napadnięty. Tak więc z przyczyn praktycznych powinno się podtrzymywać możliwość uczenia się w szkołach tego języka, tak jak w coraz większej liczbie szkół uczy się francuskiego czy hiszpańskiego. Osobiście uważam, że każdy z trzech wymienionych tu języków może być bardziej przydatny w życiu niż niemiecki- są bardziej międzynarodowe, a w kwestii wkładu w kulturę przynajmniej jeden z nich- francuski, miał na dziedzictwo kulturowe Europy większy wpływ niż niemczyzna i zaiste boleję, że mimo wkładanych wysiłków, wciąż znam ten język gorzej niż mowę Goethego. Ale cóż, z latami coraz trudniej się uczyć: c’est la vie.

Tak czy inaczej- jak to omówiłem na przykładzie języka angielskiego i niemieckiego- generalnie nauka języków obcych w polskiej szkole to właśnie słoń teoretyczny- podczas gdy bardziej powinno się skupić na praktycę języka, na opanowaniu przez uczniów umiejętności komunikatywnego posługiwania się nim. Dobry przykład (o ile prawdą jest to co słyszałem od

nauczycieli) dają tu szkoły uczące języka Chateubrianda. Cóż, może przynajmniej belle langue francaise poznawany przez polskich uczniów będzie miał więcej wspólnego z codzienną, praktyczną mową Francuzów- warto by wzięli więc od romanistów przykład nauczyciele uczący deutsch sprache albo english language. Swoją drogą ten ostatni to ponoć w połowie źle wymawiany francuski, więc powinno anglistom być łatwo. Na tym miejscu kończę swój wywód o językach obcych, by przejść do tego co jest mi bliższe.

Język polski- albo skuteczne zniechęcanie do kultury ojczystej

Ten podtytuł mógł dla wielu zabrzmieć boleśnie. Tak więc zaznacznam- nie jest moim celem obrażanie polonistów (do których zresztą sam się zaliczam), tylko zwrócenie uwagi na pewne kardynalne błędy, które są zawarte w programie nauczania i które niestety implikują takie, a nie inne złe zjawiska w nauczaniu języka polskiego.

Pierwszym istotnym błędem jest potężny przerost takich działów nauczania jak gramatyka czy słowotwórstwo nad takimi działami jak wiedza o literaturze, symbolika, czy retoryka. Uczy się młodego człowieka z wielką i godną lepszej sprawy skrupulatnością wszystkich części mowy i ich form, potem części zdania, ich odmian i sposobów funkcjonowania w wypowiedzeniu, wreszcie podziału i rozbioru zdań pojedynczych i złożonych, z koniecznym uwzględniem podziału na złożone współrzędnie i podrzędnie, a w wypadku tych drugich oczywiście na konkretne rodzaje podrzędności jednych części wypowiedzienia wobec innych. To wszystko jest bardzo zajmujące i dla wielu polonistów potrafi być nader ciekawe, ale na niewiele się zdaje w późniejszym życiu, a tymczasem odłogiem leży, chociażby nauka czytania ze zrozumieniem, nie wspominając już o nauce umiejętnego i zgodnego z wymogami kultury słowa posługiwania się różnymi stylami językowymi- począwszy od potocznego po urzędowy, począwszy od oficjalnego po uroczysty. Teoretycznie po ukończeniu szkoły podstawowej młody człowiek powinien już umieć jedno i drugie-w praktycę rzadko który umie którąkolwiek z tych dwóch rzeczy, a wynika to z jednej prostej przyczyny- ciągłego stania w rozkroku i braku podjęcia sensownej decyzji pt.: co jest ważniejsze? Czy znajomość wszystkich siedemnastu rodzajów okolicznika czy może umiejętność napisania pisma urzędowego w sposób, który będzie i zgodny z kulturą języka i zdolny przekonać urzędnika do naszych racji? To pytanie uważam za retoryczne.

Generanie rzecz biorąc- cały sens edukacji humanistycznej mieści się moim zdaniem w prostej kwestii- zawsze powinny być dla nas ważniejsze umiejętności pozwalające młodemu człowiekowi dobrze funkcjonować w społeczeństwie, niźli teoretyczna wiedza, czy to o języku, czy o geografii, czy o czymkolwiek. Nauczanie humanistyczne winno być pojmowane przede wszystkim jako kuźnia kompetencji miękkich oraz umiejętności społecznych w pierwszej kolejności, w drugiej jako warsztat kształcenia uczuć estetycznych i dobrego smaku, a w trzeciej dopiero kolejności jako narzędzie wpajania twardej wiedzy. Pewna zmiana priorytetów- oto konieczność. Jednak owa zmiana priorytetów nie może być przeprowadzana na ślepo- nie może się odbywać jedynie poprzez postulowane przez różnych liberałów ,,odchudzenie programu”. Program winien zostać przekonstruowany- a nie ,,odchudzony”- bo nie chodzi by młodzi ludzie mieli nauki ileś razy mniej- tylko by była ona o tyle samo razy bardziej sensowna- a sami będą chcieli się uczyć- przynajmniej Ci spośród nich, którzy posiadają minimum ambicji. I tu chciałbym dotknąć kwestii nauczania literatury- a zwłaszcza doboru lektur- bo jak napisałem, po umiejętnościach społecznych najważniejsze powinno być kształcenie zmysłu estetycznego. Z tym zaś różnie bywa i co gorsza niejednokrotnie odbija się to potem na niedocenianiu kultury ojczystej przez młodzież. A w prawdziwie humanistycznym nauczaniu winno przecież chodzić o to, by rozwijając swoje poczucie piękna młodzieć coraz lepiej odkrywała je w kulturze polskiej, narodowej a także szerzej w

cywilizacji łacińskiej. Ale trzeba tu pewnej systematyki, której niestety brakuje. Zacznę od początku- czyli od antyku. W większości szkół jest on przerabiany bardzo pobieżnie. Teatr grecki- dział sztuki w którym wiele problemów poruszanych w późniejszej kulturze zostało poruszonych po raz pierwszy- przerabia się jedynie na podstawie samej tylko ,,Antygony”, które przecież nie powstała w oderwaniu, lecz jako swoista odpowiedź Sofoklesa na trylogie dramatyczną Ajschylosa ,,Oresteja”. Obie one poruszają w odmienny sposób kwestie pojmowania moralności, a także stosunku do państwa- lecz uczniowie poznają tylko jedną stronę, w efekcie czego powstaje zupełnie mylne przekonanie jakby od zawsze ludzkość myślała Sofoklesem. Już na dzień dobry więc mamy wtłaczanie w jedynie słuszną koleinę myślową. Potem przez średniowiecze młodzież jest dosłownie przepędzana poznając niemal tylko literaturę religijną, ze świeckiej zaś co najwyżej chansons de geste, a ściślej tylko jedną ,,Pieśń o Rolandzie”. Efektem jest potem patrzenie na wspaniałą epokę rozwoju ludzkiej myśli jak na rzekome ,,ciemne wieki”, które dopiero miało rozproszyć światło renesansu. Gdy jeszcze dochodzi do tego łącznie renesansu z reformacją- ideologiczne zupełnie bezpodstawne, bo Luter właśnie przeciw renesansowi powstawał- no to już mamy potem zupełnie zwichrowaną młodzież skłonną widzieć w katolicyzmie ,,ciemnotę” i ,,średniowiecze”- które wiemy jak fałszywie oceniają. I tak leci to duraczenie młodzieży w duchu XVIII wiecznych oświeceniowców, aż dopóki nie zaczną przerabiać romantyzmu. I tu już niby jest lepiej, bo Mickiewicz, bo Słowacki, bo Krasiński z Norwidem nawet. Tyle, że jak w większości wypadków panuje czołobitny stosunek do wszystkich tych znakomitości, to jak inteligentny uczeń nie ma potem dostać fluksji mózgu, gdy jako kolejne niepodważalne znakomitości przedstawia się pozytywistów z Sienkiewiczem i Prusem na czele, którzy wszak ostro niejednokroć romantyków krytykowali? Potrzeba umiaru- mówmy o naszych wielkich, ale prawdę i bez zadęcia. Trzeba nabrać odwagi i pozwolić uczniom by sami uznali, kto jest wielki spośród tych wielkich. Bo pozytywizm nie jest w niczym gorszy od romantyzmu i na odwrót- to dwa różne wzorce polskości, a w ich ramach jeszcze kolejne mniejsze, ale wszystkie mają ten sam ładunek niekłamanego patriotyzmu, a nawet nacjonalizmu. I w tym miejscu dotarliśmy do największej bolączki kształcenia historyczno-literackiego. Jest nią wiek XX.

Całym problemem nauczania tego okresu jest to w jaki sposób rozłożono program, to ile czasu jest przeznaczanych na naukę jakich autorów, oraz to jakie jest podejście nazbyt wielu polonistów do takich autorów, którzy bynajmniej nie powinni być uważani za szczególnie narodowych. Przypomnijmy sobie jaką burzę zrobiło to środowisko, gdy minister Giertych (wtedy jeszcze będący mądrym człowiekiem) chciał z listy lektur wycofać Gombrowicza. Rzucano się Rejtanem, krzycząc o tym jak to się ,,polską kulturę” ruguje, podczas gdy nikt już tak nie czynił, gdy potem kolejni ministrowie ciupasem wyrzucili Witkacego (dramat ,,Szewcy” by w czasach mojej matury lekturą obowiązkową) a także drastycznie ograniczyli Josepha Conrada (czyli Józefa Korzeniowskiego). Zdradza to szczególny i dla mnie osobiście dziwaczny sposób myślenia o rodzimej kulturze. Bo pamiętajmy o prostej kwestii- Joseph Conrad, który w swoich dziełach wyraźnie podkreślał pozytywny wpływ cywilizacji na moralność, szczególnie widoczny chociażby w przesłaniu ,,Jądra ciemności”, a także wartości odpowiedzialności i honoru- tu zwłaszcza ,,Pojedynek” albo ,,Lord Jim”- właśnie ten autor wychował pokolenie kolumbów i pokolenie wyklętych. To z jego dzieł Ci młodzi ludzie uczyli się honoru i moralności. Tymczasem czego uczy Gombrowicz, zwłaszcza tak interpretowany jak go się dziś modnie interpretuje? Uczy odrzucania wszelkich norm, uczy ucieczki od ustabilizowanej samoświadości, jednym słowem uczy bycia wiecznym Piotrusiem Panem. I oczywiście można go tu bronić, że jemu samemu nie do końca o to chodziło, niemniej jego oskarżenia ,,formy” o całe zło świata tego stawiają go w jaskrawej opozycji do Josepha Conrada, który właśnie uczył, że tylko przyjęcie konkretnej formy

może nas uchronić przed moralnym zdziczeniem. Niemniej w głowach sporej gromadki polskich łże-inteligentów to właśnie Gombrowicz stał się geniuszem, bo jest to bardzo wygodne dla tych osób brać sobie za patrona piewcę radykalnego indywidualizmu, dekonstruktora wszystkiego i szargacza wszystkich możliwych świętości- bo wzięcie sobie kogoś takiego na sztandar daje im pozorną legitymizacje do postępowania jeszcze gorszego i dzikszego. W końcu jakże to ,,mądre” i ,,nowoczesne” odrzucić wszystko co jest do odrzucenia i żyć tylko sobą i dla siebie. Tak więc Joseph Conrad to apologeta etyki zasad- etyki, która odpowiednio zaimplementowana tworzy patriotów i bojowników o wyższe wartości. Tymczasem Gombrowicz to apolegeta niczym nie skrępowanego ego. On sam być może tego nie rozumiał, zapewne nie chciał też tego, ale chcąc czy nie chcąc wychował całą bandę conradowskich Kurtzów- dla których Kongiem z ,,Jądra Ciemności” był polski wolny rynek z lat dziewięćdziesiątych. I w obronie takich wzorców rzucili się pseudointeligenci jakby podnoszono rękę na świętość, a gdy prawdziwie wartościowe treści rugowano- nic to nie przeszkadzało całej tej zbiorowości.

Podobnie jak z prozą jest i z poezją- Szymborska od lat jest przedstawiana jako poetycki ideał, mimo że była komunistyczną kolaborantką, a w początkach twórczości zwykłą propagandzistką. Nie przeszkadza to w podręczniku stawiać jej w jednym rzędzie z Miłoszem, a nawet Herbertem- co zakrawa na obrazę nie tylko moralności, ale nawet dobrego smaku. De gustibus non disputandum– to prawda, owszem, ale jednak obok kategorii wykonania, kunsztu czy uniwersalności istnieją też w estetycę kategorie wzniosłości oraz wagi podejmowanych tematów. Kategorie te wydają się być Szymborskiej nieomal obce. A stawia się ją w jednym rzędzie z autorem ,,Raportu z oblężonego miasta” i w jednym rzędzie z twórcą wiersza ,,Który skrzywdziłeś człowieka prostego”. No i jak potem młodzież ma rozumieć wzniosłość, doceniać wagę poezji kładącej nacisk na wyznawawane wartości, a nie tylko emocjonalne doznania podmiotu i generalnie znać się na wartości mowy wiązanej, jeżeli w materii owej przy przerabianiu współczesności panuje taki bezład.

Streszczając to wszystko- skutecznie zniechęca się tym całym bajzlem i zadęciem do kultury ojczystej. A zręcznie wykorzystują to różni lewacy, którzy już robią przymiarki do rugowania Sienkiewicza za ,,rasizm”, Herberta i Conrada za ,,patriarchat” a Orwella ,,bo za trudny”. W zamian chcą dawać młodzieży jeszcze więcej Szymborskiej i oczywiście swą świecką świętą- Tokarczuk. Na to nie powinno być zgody, ale trzeba w to miejsce pomysłu na inne zmiany w konstruktywnym i dobrym kierunku, bo faktem jest, że tak jak jest, nie jest dobrze.

Nie uważam by dobrym rozwiązaniem było posłuchanie tu ,,głosu młodzieży”. I nie chodzi nawet o to, że pomysł ten jest proweniencji czysto lewicowej, lecz o zupełnie inne kwestie. Otóż, w reżimie demokratycznym, gdzie rządzi zawsze i bez żadnych innych warunków li tylko matematyczna większość, manipulacja medialna staje się tak potężną bronią, że łatwo przekona młodzież do wybrania takich lektur, które będą szły ściekiem neomarksistowskiej rewolucji kulturowej. Osobiście nie chciałbym by moje dzieci czytały literaturę genderową, czy young adult rodem z USA- w której ulubionym tematem są romanse gejów, albo nawet wypociny tanich noblistek, które z dziedzictwa naszej tysiącletniej historii robią powód do wstydu. Uważam, że jeżeli ktoś powinien zabrać głos w tej sprawie- to rodzice. Przy czym wynik owej rodzicielsko- nauczycielskiej debaty nie powinien zależeć od liczby głosów- głosy powinny być ważone i dopiero przy uwzględnieniu wagi głosów należałoby ustalić ostateczny kształt listy lektur. A potem wdrażać dalsze reformy, które są oczywiście tematem na osobny wywód.

Historia i geografia- albo tam gdzie wszystko stoi na głowie

Skąd tak złośliwy podtytuł niniejszego podrozdziału? No właśnie z faktu, że w mej skromnej

ocenie w programach obu wspomnianych przedmiotów wszystko stoi na głowie. Dlaczego? Bo uparcie kopiuje się do szkół wzorzec nauczania akademickiego, gdzie wszystko idzie od ogółu do szczegółu, oraz chronologią globalną. Taki model nauczania nie przystaje jednak do potrzeb przeciętnego młodego Polaka. Jednocześnie w ogóle nie kopiuje się z nauczania akademickiego jakże ważkiej dziedziny uprawiania nauk historycznych jaką jest regionalistyka. Zanim jednak przejdę do historii- przedstawie ów błąd w założeniach i jego skutki na przykładzie geografii z mojego podwórka.

Przez powiat oławski w którym mieszkam przepływa aż pięć większych rzek, z czego trzy płyną przez teren mojej najpierwszej rodzinnej gminy Jelcz-Laskowice. Tymczasem większość młodzieży z mojej okolicy jest w stanie z nazwy wymienić tylko dwie- Odrę i Oławę, przy czym spośród tych dwóch jedynie Odra płynie przez Jelcz-Laskowice. Młodzież chodzi nad Młynówkę- ale nazwy tej rzeki, która figuruje na mapach gminy, nie zna, podobnie jest też z Laskowicką Wodą- granicą gminy. Co do młodzieży Oławskiej- większość z jej przedstawicieli wie gdzie jest rzeka Oława, ale nie potrafi wymienić jej dopływów- a są tylko trzy, z czego jeden- Gnojna płynie na terenie naszego powiatu, dwa pozostałe zaś to odpowiednio Krynka (płynąca przez sąsiedni powiat strzeliński) i Brochówka- płynąca przez Wrocław. Wymieniłem tu siedem rzek z mojej najbliższej okolicy- niestety mam tu świadomość, że młodzież nie potrafi wymienić większości z nich, choć setki razy słuchała o Nilu i Amazonce. I właśnie tu kryje się postawienie geografii na głowe- bo najpierw mówi się o wielkim świecie, a dopiero potem stopniowo o tym co coraz bliżej ucznia, zamiast zrobić dokładnie na odwrót. Przecież spośród wszystkich uczniów Nil zobaczy może co trzydziesty, albo i mniej, jeżeli akurat będzie miał szansę pojechać sobie kiedyś tam na tydzień do kraju faraonów. A takich rzeczek jak te które wymieniłem w Polsce są setki i mijamy je codziennie, zaś wiedza o ich biegu może każdemu dużo bardziej się przydać niż ogólne informacje o dorzeczu Dunaju. I nie mówie tu już nawet o kwestiach obronności, ale chociażby zagrożeń naturalnych, czy z drugiej strony- atrakcyjności turystycznej własnego regionu- którą warto byłoby znać i rozumieć.

Przy naucę historii powinno przyjąć się podobny klucz. Zamiast nauczać według klucza wyłącznie chronologicznego uwzględnić też bardziej klucz geograficzny i naukę historii rozpoczynać od nauki historii własnego regionu. Oczywiście wymagałoby to znacznego zaangażowania ośrodków naukowych chociażby w przygotowanie odpowiednich programów i podręczników, nieco odmiennych dla każdego województwa, niemniej pozwoliłoby młodzieży w trakcie poznawania historii rzeczywiście rozbudzić swój patriotyzm, bo specyfiką naszego Narodu, jest to, że właśnie jego siła drzemie w owej różnorodności charakterów i kultur regionalnych. Dobrze więc byłoby, gdyby dzieci z Podhala i Sądecczyzny mogły bliżej poznać dzieje Republiki Zakopiańskiej- pierwszego w istocie niepodległego bytu na ziemiach polskich po okresie zaborów, proklamowanego przez Żeromskiego w dniu 13 października, a dzieci z Wielkopolski przebiegu obu powstań wielkopolskich- tego z 1806 i tego z lat 1919-1919. Mówię o takich przykładach bo mogą one być źródłami dumy zarówno regionalnej jak i narodowej- jako zwycięstwa i sukcesy rodaków i krajan- a to jest bardzo cenne w perspektywie budowania stabilnej tożsamości młodego człowieka. Bo jeżeli nauczania historii ma jakąś misją, to jest nią właśnie dawanie młodemu człowiekowi pewnych podstaw tożsamościowych oraz przykładów dla życia. Jak mawiali starożytni historia magistra vitae est.

Jednym słowem trzeba geografie i historie zbliżyć do życia- i wszystko wróci na swoje miejsce w duchu humanistycznych wartości,

Słowem podsumowania

Nie wszystko byłem w stanie objąć swym horyzontem myślowym i mam nadzieje, że kwestie

poruszone przeze mnie będą jeszcze rozwijane na gruncie refleksji ideowej w ramach naszego ruchu. Wiele proponowanych przeze mnie zmian systemowych wydaje się być daleko idących i może budzić kontrowersje, czego jestem świadom. Nauczanie humanistyczne, duch humanizmu w nauczaniu nie jest czymś, co jest szczególnie łatwe do komplementacji w system nauczania, zwłaszcza w warunkach kapitalizmu i wszechobecnej mackdonaldyzacji kultury. Jednak jest to do wykonania i przeprowadzenia pod jednym wszakże najistotniejszym warunkiem. Zanim rozpoczną się jakiekolwiek zmiany w nauczaniu humanistycznym musi zmienić się sama filozofia nauczania- należy wrócić do źródeł i zacząć traktować edukacje, jako szeroko pojęte przygotowanie do życia, a nie tylko kurs wstępny do egzaminów końcowych takich jak matura. Wszak non scholae sed vitae discimus. I niech to będzie hasłem zarówno dla uczniów jak i dla nauczycieli.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *