W maju bieżącego roku Krakowianie pokazali włodarzowi miasta czerwoną kartkę. Wynikom referendum towarzyszyły skrajnie różne emocje i skrajnie odmienne komentarze: od euforii po wściekłość i niedowierzanie. Przeciwnicy Miszalskiego świętowali swój sukces, zwolennicy zarzucali natomiast drugiej stronie zmanipulowanie i podatność na propagandę. Najbardziej absurdalny zarzut dotyczył faktu, iż o wyniku referendum zadecydowały bardziej peryferyjne dzielnice Krakowa (z niejasnych względów, uznane zostały za dzielnice „drugiej kategorii”).
Jako mieszkanka Krakowa, przeciwniczka byłego już prezydenta, ale z drugiej strony osoba uprzedzona do demokracji przyglądałam się referendum z entuzjazmem, ale również z niemałym sceptycyzmem. Nie ulega wątpliwości, iż w kampanii nie brakowało grania na emocjach, a zarzuty stawiane Miszalskiemu w większości nie były w żaden sposób oryginalne i dotyczą one de facto większości polityków. Problem „kolesiostwa” czy nepotyzmu istnieje chyba od początku istnienia władzy i jest to zjawisko, które ciężko wyeliminować. Na chwilę obecną mnóstwo radnych zatrudniona jest w miejskich lub gminnych przedsiębiorstwach. Ich pracodawcą jest więc prezydent, burmistrz lub wójt, którego w teorii powinni przecież kontrolować. Ten sam problem występuje również w spółkach państwowych, gdzie o zatrudnieniu decyduje przynależność partyjna. Podobnie rzecz ma się z kwestią zadłużenia. Kraków jest co prawda w czołówce (6,84 mld zł zadłużenia), ale problem dotyczy też Warszawy (5,84 mld zł), Łodzi (5,2 mld zł) czy Wrocławia (4,4 mld zł).
Z drugiej strony jednak fakt, iż ludzie zaczynają dostrzegać pewne patologie i robią kroki w kierunku zlikwidowania ich, może i powinno dawać pewne nadzieje, nawet jeśli te kroki są małe, a droga do mety może trwać nawet latami. Wbrew temu, co próbowały wmówić nam demoliberalne pseudo-elity, Krakowianie nie poszli na referendum dlatego, bo chcieli zrobić „na złość” władzy, nie są też „wieśniakami” z peryferiów, którzy nie rozumieją w jaki sposób powinno rządzić się miastem. Zagłosowali, bo odczuli, czasami bardzo dotkliwie, że władza nie słucha ich, nie rozumie ich potrzeb i, co gorsza, szuka pieniędzy w ich kieszeniach. Jako mieszkanka Krakowa poszłam na referendum przede wszystkim z dwóch powodów: wsparcie Miszalskiego dla LGBT+ i wzrost cen biletów MPK. Wydaje się jednak, iż ogólnie rzecz ujmując gwoździem do trumny prezydenta była Strefa Czystego Transportu. Czy słusznie? Nie można udawać, że problem zanieczyszczenia powietrza nie istnieje, a doświadczenia innych miast europejskich pokazują, że SCT rzeczywiście przyczynia się do spadku stężenia dwutlenku azotu o około 20% (w przypadku Londynu było to nawet 46%). Nie ulega wątpliwości, że w przypadku Krakowa SCT w swojej pierwotnej, bardziej rygorystycznej wersji uderzyłoby w najbiedniejszych, którzy nie mogą pozwolić sobie na szybszą wymianę samochodu. Możliwość wjazdu po uiszczeniu opłaty daje natomiast wrażenie, że władzom wcale nie chodzi o poprawę jakości powietrza, ale o dodatkowe źródło dochodów. Opłata nie sprawi przecież, że samochód emitować będzie mniej spalin. Przypomnijmy, iż SCT finalnie wprowadzona została w wersji łagodniejszej i na chwilę obecną de facto nie dotyczy ona mieszkańców posiadających samochód niespełniający norm przed 26 czerwca 2025. Mimo to jednak kwestia ta pozostawiła niesmak i stała się symbolem niechęci Krakowian do władz miasta. Jedno wydaje się być jednak pewne: ludzie mają szansę przekonać się do SCT tylko wtedy, gdy będą mieć oni do dyspozycji efektywną i tanią komunikację miejską. Niestety, bilety MPK drożeją systematycznie, a z częstotliwością połączeń jest co najmniej różnie. Co istotne, nawet zwolennicy SCT podkreślają, że objęła ona zbyt duży obszar (przypomnijmy, iż jest to ok. 60% miasta).
Pewnie niejeden mieszkaniec Krakowa zadaje sobie pytanie: co dalej? Czy odwołanie Miszalskiego rozwiąże wszystkie problemy? Czy od tej pory nie będzie już kolesiostwa a nowa władza będzie bardziej otwarta na potrzeby mieszkańców? Są to oczywiście pytania retoryczne. Wiadomo na pewno, że SCT w obecnej formie nie popiera de facto nikt. Monika Piątkowska (KO) czy Aleksandra Owca (Lewica) opowiadają się za reformami, natomiast Michał Drewnicki (PIS), Bartosz Bocheńczak (Konfederacja) czy Michał Klimek (Konfederacja Korony Polskiej) opowiadają się za likwidacją.
Wydaje się jednak, iż choć SCT była tematem medialnym i wzbudzającym emocje, to w rzeczywistości nie jest ona największą bolączką Krakowa. Jako narodowi radykałowie musimy nieustannie podkreślać, iż samorządy muszą zacząć służyć mieszkańcom, nie mogą być kolejnym polem walk partyjnych. Co istotne, to właśnie poziom samorządów wydaje się być jedynym, gdzie sens może mieć demokracja i zdanie większości. Bo kto zna się lepiej na potrzebach osiedla, gminy czy miasta od samych jego mieszkańców? Tych problemów zdają się nie dostrzegać niestety politycy, zarówno z prawej, jak i lewej strony. Przykładowo, Michał Klimek swój program dla Krakowa podsumował w następujący sposób: „Stop tresurze. Niech żyje wolność, wolność gospodarcza”. Jak na liberała przystało, skupia się on na przywilejach dla przedsiębiorców i zapowiada obniżenie podatków. Przyznać trzeba, iż o wiele więcej sensownego ma do powiedzenia Aleksandra Owca z partii Razem. Przykładowo, zapowiedziała ona powstanie Krakowskiego Centrum Bezpiecznego Najmu, które miałoby pomóc w wynajęciu mieszkania na podstawie jednolitej miejskiej umowy. Kolejnym zadaniem miałoby być utworzenie miejskiego punktu kontaktu dla osób zwolnionych z pracy, gdzie mogliby otrzymać pierwszą pomoc prawną. Ciekawym rozwiązaniem byłby również program Krakowska Recepta Społeczna, przeznaczony dla osób z depresją czy osób starszych cierpiących na demencję i zmagających się z samotnością. Cóż z tego jednak, skoro nad magistratem pewnie nadal wisiałaby tęczowa flaga? Ktoś pewnie powiedziałby tu: po co zwracać uwagę na kwestie ideologiczne, skoro tak wielu Krakowian nie może pozwolić sobie na mieszkanie? Cóż, nam działaczom ONR nie wolno zapominać o tym, że musimy być „sumieniem narodu”. Kładziemy ogromny nacisk na kwestie społeczne, ale przypominamy też, że sprawiedliwości społecznej nie będzie bez chrześcijaństwa i bez etyki katolickiej. Naród, który ignoruje zasady moralne, który zabija własne dzieci czy zezwala na dewiację szybko stanie się narodem barbarzyńskim. Obóz Narodowo- Radykalny nie chce mieszać się w rozgrywki partyjne, dlatego nie opowiada się za żadnym kandydatem na prezydenta Krakowa. Nadchodząca kampania polityczna powinna być jednak okazją do zwrócenia uwagi na rolę samorządów w ustroju narodowo- radykalnym. Samorządów stworzonych przez mieszkańców dla mieszkańców.