Adam Seweryn - Łowcy Plugastwa cz. 3

Szepty  nierządnicy

Byli w sekretnym mieszkaniu Brzytwy w starej kamienicy na Dębnikach. W tym miejscu zazwyczaj porcjowano i przechowywano towar. Zdarzało się też, że ukrywał się tam ktoś poszukiwany listem gończym. Teraz to skromne mieszkanko stało się azylem dla przerażonej Sary, która bliska była obłędu. W zasadzie nie było potrzeby potwierdzania tego co mówił gangster, ale Janek chętnie udał się tam, aby móc ocenić, czy dziewczyna mówi prawdę, czy na skutek traumy nabawiła się problemów psychicznych i wampirze cechy mordercy nie są jej urojeniami. Pachniał sterylnym mydłem i herbatą, co w połączeniu z jego spokojną aurą pielęgniarza z psychiatrii zadziałało kojąco. Sara siedziała skulona na kanapie, owinięta kocem, mimo że kaloryfery grzały na pełną moc.

— Nie jestem z policji, Sara. Jestem medykiem — powiedział cicho Janek, siadając w bezpiecznej odległości. — Brzytwa mówi, że widziałaś coś, czego nikt nie potrafi wyjaśnić.
— On nie miał oddechu, Janek… — szepnęła. — Kiedy stał nad nią, lustro w pokoju zaszło szronem. Ale najgorsze były jego oczy. Nie miały białek. Były jak dwie dziury w przestrzeni. Zanim wyszedł, podniósł z podłogi jej naszyjnik, ścisnął go i… naszyjnik wyparował. Został tylko szary pył.

Janek odnotował to w pamięci: byt manipuluje materią i temperaturą. Sięgnął po różaniec w kieszeni, odruchowo szukając oparcia w wierze.

Przesłuchanie w Forcie

W pomieszczeniu panował ziąb. Na krześle, przykuty kajdankami do stalowego stołu, siedział aspirant  w stanie spoczynku – człowiek o ziemistej cerze i rozbieganym wzroku. Naprzeciwko niego siedzieli Jurek i Radek. Jurek, spowity w dymno-ambrowy zapach swoich perfum, wyglądał niczym elegancki inkwizytor. Na nieszczęście skutego kajdankami pomagiera wampirów, mag rozpoznał w nim złośliwego sąsiada swojego ojca, który uprzykrzał życie właścicielom psów, gdyż nienawidził tych zwierząt.  Radek milczał, ale jego obecność – postawa zawodowego najemnika i chłód w oczach – przerażała ex-policjanta bardziej niż jakiekolwiek groźby. W rogu sali, w cieniu, stał Klaudiusz, bawiąc się ciężką, taktyczną latarką.

— Słuchaj,  Józek — zaczął Jurek spokojnym, niemal przyjacielskim tonem. — Wiemy, że brałeś pieniądze od deweloperów za różne usługi. Ale tym razem wziąłeś srebrniki od kogoś, kto nie odbija się w lustrze i narobiłeś sobie jeszcze więcej kłopotów. Jak będziesz grzeczny, to może wyjdziesz stąd w jednym kawałku. Policjant splunął na beton.
— Nie macie pojęcia, z czym zadarliście. Oni płacą w złocie, a karzą wiecznością w ciemności.

Radek pochylił się gwałtownie, kładąc na stole nóż z czarnym ostrzem.
— Wieczność to długo, cwelu. Ale ja mam czas. I mam Maćka, który zna mikstury sprawiające, że będziesz czuł ból każdego nerwu przez tydzień, nie tracąc przytomności. Gadaj!  Józef zadrżał. Spojrzał na Klaudiusza, który wykonał krok naprzód, a potem zrezygnowany opuścił głowę.
— Jest ich dwóch. Ten pierwszy to Lucien. Płatny morderca, przyjechał ze Szwajcarii. To on dostał zlecenie na Tyszkiewicza, a wcześniej zabił mu ochroniarza, ale także sekretarkę  i pomoc domową. Wszystko po to, żeby go zastraszyć.  Nie bawi się w sądy. Jeśli właściciel nieruchomości, którą chce kupić pewien szwajcarski fundusz inwestycyjny, nie chce jej sprzedać, Lucien przychodzi w nocy. Zabija w precyzyjny sposób, ale czasem lubi torturować ofiarę dla własnej satysfakcji.  To on zabił tę dziewczynę od Brzytwy… dla zabawy. Ja mu robiłem za kierowcę i przewodnika po Krakowie, ale nigdy nikogo nie zabiłem.

— A ten drugi? — zapytał Jurek, czując, jak astma lekko ściska mu oskrzela.

— Ten drugi… Lucien się go boi. To Frigidus. On nie dba o kamienice, czy grunty. On jest tu, żeby wytyczyć szlak.  Lodowy Posłaniec. Oni szukają punktów styku linii geomantycznych pod Krakowem. Chcą otworzyć bramę w podziemiach Mariackiego, żeby sprowadzić tu kogoś, przy kim Lucien to tylko niegrzeczny chłopiec.

Wyrok na dewelopera

Gniewomir Tyszkiewicz, człowiek, który „wybudował pół nowego Krakowa”, sączył koniak, patrząc na światła miasta z okien swojego penthouse’a na Grzegórzkach.  Nie usłyszał, kiedy otworzyły się drzwi na taras. Lucien wszedł do środka bezszelestnie. Był nienaturalnie chudy, ubrany w czarny, dopasowany garnitur, który podkreślał jego trupią bladość.

— Podpisałeś papiery, Gniewomirze? — zapytał Lucien z miękkim, francuskim akcentem.
— Nie dam się zastraszyć jakiemuś bladorzyciemu mordercy! — krzyknął Tyszkiewicz, sięgając do szuflady po pistolet.

Lucien był przy nim, zanim deweloper mrugnął. Jednym ruchem dłoni, z siłą prasy hydraulicznej, zmiażdżył klatkę piersiową mężczyzny, nie przerywając nawet jego krzyku.
— To nie dla mnie. To dla Konsorcjum „Zimny Świt” — szepnął Lucien, gdy Tyszkiewicz osunął się na ziemię. — Kraków potrzebuje nowych właścicieli. Takich, którzy nie potrzebują słońca. Zanim wyszedł z apartamentu, Lucien położył na zwłokach Tyszkiewicza czarnego ptaka z wyciętym sercem.  Zabójstwo miało jeden cel: przejęcie przez zagraniczny fundusz „Zimny Świt” kluczowych gruntów nad Wisłą, gdzie wedle map znajdujących się w starej, kościelnej bibliotece, krzyżują się linie geomantyczne.

Sparing ze śmiercią

W sali panował zaduch, a rytmiczne uderzenia w worki mieszały się z hip-hopem lecącym z głośników. Paweł kończył zakładać ochraniacze na piszczele, gdy podszedł do niego ten gość. Był wysoki, szczupły, o trupiej cerze, ale poruszał się z elegancją, która nie pasowała do tego miejsca.

— Kickboxing? — zapytał nieznajomy z obcym akcentem. — Spróbujmy. Dwie minuty.

Paweł skinął głową. Instynktownie przeczuwał zagrożenie i zdawał sobie sprawę, że jego sparingowy przeciwnik to nie znudzony pracą przy biurku pracownik krakowskiej korporacji, ani nawet nie zakapior z półswiatka, tylko postać niebędąca człowiekiem, a emanująca energią śmierci, nienawiści i zniszczenia.  Weszli na ring. Gdy tylko zabrzmiał gong, Paweł wyprowadził niskie kopnięcie , ale jego noga uderzyła w coś, co przypominało stalowy słup. Nieznajomy – Lucien – uśmiechnął się lodowato. Zaczął napierać. Jego ciosy były precyzyjne i hamowane w ostatniej chwili, ale Paweł czuł, że każda z tych kontrolowanych bomb mogłaby zmiażdżyć mu czaszkę. Lucien bawił się, pokazując Pawłowi, że jego ludzka sprawność jest niczym. W pewnym momencie Lucien przyparł Pawła do lin. Jego dłoń, zimna jak lód, otarła się o szyję Łowcy. Lucien poczuł tętno Pawła i na ułamek sekundy jego oczy pociemniały – musiał walczyć z instynktem, by nie rozerwać mu gardła przy świadkach.

Nagle przy ringu pojawił się Brzytwa, w towarzystwie Leona, który akurat przyjechał z Norwegii do Krakowa i chciał posparować z krępym gangsterem, będącym jego dobrym znajomym z dawnych lat.  Nie znał bladziocha, ale był u siebie i nie lubił, gdy ktoś obcy obijał jego ludzi.
— Koniec czasu! — rzucił Brzytwa, uderzając otwartą dłonią w matę ringu. — Dwie minuty minęły. Paweł, masz telefon, Jurek cię szuka.

Lucien odsunął się natychmiast, wracając do roli zwykłego klienta.
— Dobra technika, chasseur — szepnął do Pawła tak, by tylko on słyszał. — Szkoda, że taka nietrwała. Kiedyś jeszcze się spotkamy.

Łowy nad Kazimierzem

Zimowy wiatr  smagał twarze. Paweł kucał przy kominie, zlewając się z ciemnością nocy w swojej czarnej kurtce. Obok niego Radek sprawdzał termowizyjny monokular. Na dole, w białym Sprinterze, Krzysiek koordynował wszystko przez drona.

— Krzysiek, co masz na sektorze południowym? — rzucił Paweł do krótkofalówki.
— Czysto… czekaj. Widzę ruch na dachu synagogi  — głos Krzyśka w słuchawce był spięty. — Sygnatura temperatury: minus pięć stopni. To on! Porusza się skokami, jakby grawitacja go nie dotyczyła. Idzie w stronę kładki !

Paweł i Radek ruszyli jednocześnie. Byli sprawni, lata  treningów sportów walki dały im kocie ruchy. Przeskakiwali przez uskoki dachów, a pod nimi tętnił nocny Kraków – nieświadomi niczego turyści w barach na Placu Nowym nie mieli pojęcia, że nad ich głowami trwa pościg za śmiercią.

— Mam go na celu! — zameldował Radek, wyciągając zmodyfikowany pistolet na naboje ze srebrnym rdzeniem (projekt Eryka i Maćka). — Jest na szczycie kamienicy przy Krakowskiej.
— Nie strzelaj jeszcze! — krzyknął Paweł. — On na kogoś czeka. Patrz!

Klaudiusz biegł po dachu kamienicy z gracją, która przeczyła jego masie. Każdy jego krok sprawiał, że dachówki drżały, ale poruszał się z wojskową dyscypliną. W dłoniach trzymał skróconą strzelbę taktyczną załadowaną amunicją od Maćka – solno-srebrnym brenekiem.

— Krzysiek, odcinaj mu drogę ucieczki w stronę Wisły! — rzucił Klaudiusz do podpiętej krótkofalówki.
— Robi się, ! — odparł Krzysiek, nurkując dronem tuż przed twarzą wampira, oślepiając go serią błysków stroboskopowych.

W jednej chwili postać wampira spowiła gęsta, nienaturalna mgła.

Ciąg dalszy nastąpi…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *