Latem 2025 roku opinię publiczną w Polsce rozgrzała nie tylko wysoka temperatura towarzysząca normalnym w tym czasie upałom, ale też wieść o tym, do kogo i na co trafiła część środków finansowych z Krajowego Planu Odbudowy (KPO). W zasadzie powinno być strasznie, bo po raz kolejny rozkradziono nasze pieniądze – środki z KPO to przecież tylko w zawoalowany sposób redystrybuowane wpłaty obywateli Unii Europejskiej, w tym Polaków – rozdając je, jak zwykle, nie potrzebującym, ale najbogatszym i najcwańszym. Lecz tym razem, jak gdyby po to, żeby odreagować tę absurdalną sytuację, użytkownicy social-mediów zareagowali żartem. Bo cóż innego, jak nie śmiech, pozostało w sytuacji, w której przeciętnemu emerytowi nie starcza na jedzenie i leki, a pseudo-kapitalistyczne, nowobogackie i antypolskie nieroby opływają w dostatku?
Zasadniczo tego, kto zna choć w elementarnym stopniu klimat tzw. biznesu w Polsce, a ogólniej, po prostu życia tutaj, afera KPO nie zdziwiła. Wydanie przez kapitalistów – czyli tych, którzy mało potrafią i żerują na cudzej pracy – publicznego grosza na jachty, solaria, jeepy, domki letniskowe, kampery czy kluby swingersów jest czymś przewidywalnym i zupełnie normalnym w państwie, które tak jak współczesna Polska jest silne wobec słabych i słabe wobec silnych. Natomiast stwarza to dobrą okazję, by pokrótce przedstawić godną popularyzowania w kontekście nauk o zarządzaniu oraz etyki biznesu kategorię „Janusza biznesu”.
Oczywiście, na wstępie trzeba zaznaczyć, że ta bez wątpienia nacechowana pejoratywnie kategoria nie ma na celu urażenia mężczyzn noszących imię Janusz. Imię to jest piękne i samo w sobie zaszczytne. Również w historii Polski zapisało się pozytywnie. Wspomnieć w tym kontekście warto o władającym w średniowieczu Mazowszem Januszu I Starszym, księciu warszawskim w latach 1373-1429. Władca ten wiernie spełniał swoją rolę lennika króla Polski i walczył u jego boku przeciwko zakonowi krzyżackiemu. Dodatkowo, prowadził rozsądną politykę gospodarczą i stawiał na podnoszenie potencjału militarnego podległego sobie Mazowsza, fortyfikując najważniejsze grody. Taka postawa – dobrego zarządcy i lidera – nijak ma się do figury „Janusza biznesu”. Utarło się jednak używać takiej właśnie nazwy, dlatego jej brzmienie trzeba brać z dystansem i w przenośni.
Tytułowy „Janusz biznesu” to właśnie typowy beneficjent środków z KPO, a historycznie, w sensie duchowym, intelektualnym i moralnym, kontynuator niechlubnej i ekonomicznie upośledzonej tradycji właścicieli folwarków szlacheckich. I właśnie od tych ostatnich dzisiejszy „Janusz biznesu” zapożycza swój pomysł na działalność gospodarczą. Otóż układa on w prowadzonych przez siebie organizacjach relacje społeczne i ekonomiczne w taki sposób, aby zapewnić sobie i swojej rodzinie środki potrzebne do komfortowego i wygodnego życia, a realizując swój cel stosuje bardzo prosty środek – wyzysk siły roboczej. Im ta siła robocza tańsza, tym „Janusz biznesu” bardziej zadowolony. Kiedy „Janusz biznesu” obwieszcza, że osiągnął w swojej działalności sukces, utożsamiany przezeń z większym zyskiem finansowym uzyskanym poprzez eksploatację kapitału ludzkiego, to można założyć, iż w głównej mierze nastąpiło to nie poprzez innowacje, inwestycje czy polepszenie kultury organizacyjnej firmy, ale w następstwie nałożenia na swoich pracowników bardziej wyśrubowanych norm pracy. Czasami też, dodatkowo, w efekcie wzięcia pieniędzy podatnika z najrozmaitszych dotacji, subwencji, grantów, itp.
Trudno ocenić, jaką dokładnie część polskich przedsiębiorców stanowią „Janusze biznesu”. Wymagałoby to precyzyjnego zdefiniowania rzeczonej kategorii i przeprowadzenia obszernych badań empirycznych. Potoczna obserwacja podpowiada jednak, że prawdopodobnie większość polskich właścicieli firm, zwłaszcza z sektora małych i średnich przedsiębiorstw, podpada pod cechy, które znamionują „Janusza biznesu”.
Wyciskanie pracownika do granic możliwości („jak cytrynę”), uznawanie, że wszelkie benefity to dla podwładnego zbędny luksus i jego fanaberia, traktowanie zatrudnionego jak swojej własności lub niewolnika, wypominanie mu, iż to dzięki niemu ma za co żyć, a na koniec przechwalanie się, jakiego to sukcesu nie odnosi jako „zaradny przedsiębiorca” i narzekanie, iż państwo mu w tym przeszkadza, bo opracowuje niekorzystne z jego perspektywy regulacje podatkowe i normy prawa pracy, to najpopularniejsze wyróżniki „Janusza biznesu”. Z cech fizjonomicznych znamienne są dla niego dłonie nieskalane pracą, opalenizna po szóstych już z kolei w roku wakacjach w egzotycznym kraju i szydercze spojrzenie, będące pokłosiem wyuczonego braku empatii. Pod względem intelektualnym i moralnym – u „Janusza biznesu” mamy zaś do czynienia z wewnętrzną pustką. Jego bożkiem są pieniądze i towary, najprędzej z rzędu tych luksusowych, którymi otaczanie się ma mu choć częściowo zrekompensować utracone poczucie sensu.
Problemem „Janusza biznesu” jest mylne przekonanie o własnej wielkości, w tym także w zakresie przedsiębiorczości. „Janusz biznesu” żyje na wysokim poziomie i zapewnia ponadprzeciętnie korzystne warunki bytowe swoim najbliższym, ale jest na tyle zadufany w sobie, że wierzy, iż zawdzięcza to swojej inteligencji, wytrwałości i pracowitości. Prawda jest oczywiście zgoła odmienna, bo „Janusz biznesu” wszystko, co ma, posiada dzięki wyzyskiwaniu swoich pracowników. Jest niczym dorosły i w pełni zdrowy syn, który z lenistwa żyje na garnuszku rodziców. I tak właśnie powinien być traktowany, tzn. z politowaniem, a nawet z odrobiną motywującej go do „wzięcia się za siebie” pogardy. Jednak w dobie gloryfikowania cwaniactwa, wyrachowania i zwykłego złodziejstwa, „Janusz biznesu” jest hołubiony, a niekiedy odznaczany przez najwyższe władze państwowe za zasługi dla kultury i gospodarki. Zdarza się – jeśli mamy do czynienia z religijnym (oczywiście jedynie na pokaz) „Januszem biznesu” – że bywa publicznie szanowany przez miejscowego proboszcza, biskupa, arcybiskupa, itp.
Dochodzi w tym kontekście do podwójnej krzywdy. Po pierwsze, utrwala się stan niekorzystny dla pracowników i ogólnie społeczeństwa. Pracodawca, jakim jest „Janusz biznesu”, to wszakże zacofany zamordysta, która wymaga pracy ponad siły za możliwie najniższe stawki; przy tym bywa zwyczajnie chamski. Stąd też, nawiasem mówiąc, „miłość” znacznej części tzw. polskich (pseudo)elit do inicjatywy sprowadzenia imigrantów. Wiadomo bowiem, że polscy pracodawcy widzą w tym szansę na pozyskanie jeszcze tańszej siły roboczej, a przy okazji obniżenie wymagań płacowych rodzimych pracowników. Po drugie, bytność „Januszy biznesu” sprawia, że utrzymuje się stan rzecz szkodliwy dla nich samych. „Janusze biznesu” nie potrafią mentalnie ogarnąć, że gdyby postawili na nowoczesne narzędzia zarządcze, sprawiedliwsze ułożenie stosunków pracy i respektowanie zasad etyki biznesu, to mogliby więcej osiągnąć w gospodarce, a tym samym nie tylko w łupieżczy sposób „nachapać się” tu i teraz, ale zbudować naprawdę imponujące biznesy, a być może i globalne marki działające na skalę, o jakiej im się nie śniło. Zjawisko, które określamy tu jako „Januszostwo biznesu”, to bowiem prymitywny pomysł na biznes, który jest krótkowzroczny w tym sensie, że pozwala osiągnąć duże zyski poprzez wyzysk, cwaniactwo, a niekiedy też pospolite i penalizowane oszustwa (podatkowe czy finansowe), ale tym samym nie jest w stanie wzbić się ponad pewien pułap.
„Janusz biznesu” może więc pozostać li tylko na poziomie „chytrego prywaciarza”. Ze swoim pogardliwym w stosunku do podwładnych zachowaniem nie wyjdzie poza ramy cieszącego się z chwilowej passy dorobkiewicza, któremu pracownicy – ze strachu przed utratą pracy – koniunkturalnie tu i ówdzie przyklasną, ale gdy „Janusz” nie usłyszy, to niemiłosiernie podle mu naubliżają. Oczywiście, nierzadko taki model (pseudo)biznesowy pozwala „Januszowi biznesu” zapewnić stabilizację sobie i kolejnemu pokoleniu. Ale obserwuje się przypadki, gdzie dany biznes miałby szansę na wzrost – ku pożytkowi pracowników i społeczeństwa – ale nie wyjdzie ze swojej niszy, bo „Januszostwo biznesu” stawia tamę kreatywności i zaangażowaniu najlepszych pracowników.
Jeśli więc jakiś „Janusz biznesu” miał szansę trafić na ten tekst i starczyło mu intelektualnego potencjału, by zidentyfikować w opisywanym zjawisku siebie, to niechaj się nie obraża, ale przemyśli sprawę, przeprosi swoich pracowników i spróbuje się zmienić – dla dobra samego siebie, swoich bliskich i kraju. Pokonać w sobie „Janusza biznesu” – to brzmiałoby dumnie!