Dedykuję moim przyjaciołom, kolegom i znajomym zaangażowanym w działalność proobronną
Starcie w Puszczy
Błoto w Puszczy Knyszyńskiej miało zapach zgniłych liści i taniego oleju napędowego. Deszcz uderzał o korony drzew, tłumiąc dźwięki lasu, ale dla sekcji uderzeniowej Grupy Chopina noc była idealnym sprzymierzeńcem.
Sześciu ludzi zamarło w bezruchu na skraju bagna. Przez gogle noktowizyjne trzeciej generacji świat wyglądał jak zatopiony w nefrytowej zieleni. Dowódca sekcji, były operator GROM-u, uniósł dłoń. Trzy palce w dół. Cel był blisko.
Zwiadowcy GRU nie szli sami. Rosyjski specnaz traktował pas pograniczny jak poligon, ale tym razem użyli żywych tarcz – tyle że zmodyfikowanych. Zamiast zdezorientowanych uchodźców, jak to przedstawiały liberalne i lewicowe media, szpica składała się z 10 mężczyzn zwerbowanych w obozach przejściowych pod Mińskiem. Byli to kryminaliści z Karaczi , opłaceni i przeszkoleni krótko przez białoruskie KGB do wywoływania brutalnych zamieszek na pasie granicznym. Teraz, uzbrojeni w łomy, maczety i stare kałasznikowy, szli przodem jako mięso armatnie, mające ściągnąć na siebie uwagę polskiej Straży Granicznej. Prawdziwi dywersanci z GRU – czterech profesjonalistów w nowoczesnym kamuflażu Multicam Black – szli pięćdziesiąt metrów za nimi, niosąc ładunki wybuchowe przeznaczone dla pobliskiej stacji transformatorowej.
Na tyłach rosyjskiej formacji, zabezpieczając odwrót, szedł młodszy sierżant GRU. Szedł ostrożnie, ale las był gęsty, a uwaga skupiona na przodzie.
Nagle z ciemności, tuż zza pnia powalonej olchy, wyrosła potężna sylwetka. To był Ihar „Cichy” – dezerter z białoruskiego 5. Spetznazu, człowiek, który spędził dwa lata w okopach pod Bachmutem w barwach Pułku Kastusia Kalinowskiego. Dla niego ta wojna miała charakter osobisty. Oficjalnie mówił, że powodem dezercji i zmiany strony była sytuacja, gdy dostał rozkaz pacyfikacji demonstrantów, jednak prawdziwa przyczyna była znacznie bardziej dramatyczna i osobista…
Ihar nie użył noża. Broń biała potrafi zgrzytnąć o oporządzenie lub kość. W jego wielkich dłoniach, owiniętych wokół nadgarstków, napiął się komboskion – tradycyjny, prawosławny różaniec z czarnej wełny, złożony ze stu węzłów. Na pierwszy rzut oka ten niczym nie różnił się od innych różańców, ale wykonany był z cienkiej, niezwykle wytrzymałej kewlarowej linki, a jedynie na wierzchu pokryty wełną. Ihar używał go jak garoty i była to jego „technika firmowa”. Ruch był błyskawiczny. Cichy zaszedł Rosjanina od tyłu, narzucił pętlę komboskionu na jego szyję i z potężnym szarpnięciem wbił kolano w krzyż przeciwnika, łamiąc jego środek ciężkości. Węzły z grubej wełny natychmiast wpiły się w tętnicę szyjną i krtań. Rosjanin nie zdołał nawet wydać dźwięku. Przez trzy sekundy szarpał się w konwulsjach, próbując włożyć palce pod czarny sznur, ale uścisk Białorusina był jak hydrauliczne imadło. 34-latek trzymał go mocno, podczas, gdy w głowie, dziwnym, wypartym echem kołatały się słowa dawno zapomnianej modlitwy.
…zmiłuj się nade mną, grzesznikiem. Po chwili ciało żołnierza GRU zwiotczało. Ihar miękko opuścił je na mchy, zerwał z jego piersi radiostację i rzucił krótko przez mikrofon krtaniowy:
– Tył czysty.
Ciszę rozerwał głuchy, stłumiony, mechaniczny klik i syk rozprężanych gazów. Operatorzy Grupy Chopina użyli krótkolufowych, kompaktowych karabinków HK 416, wyposażonych w masywne, dedykowane tłumiki dźwięku. Pierwsza, zabójczo precyzyjna salwa natychmiast powaliła dwóch azjatyckich bandytów, którzy unieśli broń – pociski 5,56 mm obaliły ich w grząskie błoto. Pozostali trzej rzucili się do ucieczki w głąb bagna, ale bezlitosny, powtarzalny ogień krótkich karabinków sekwencyjnie ścinał ich z nóg.
Rosjanie z GRU zareagowali natychmiast – rzucili granaty dymne i zaczęli odpowiadać ogniem z AK-12, próbując zerwać kontakt ogniowy. Ich pociski rozrywały korę drzew, a błyski z luf na moment oślepiały noktowizję. Najemnicy z Grupy Chopina działali jednak z chirurgiczną precyzją. Wykorzystując przewagę pozycji, termowizję oraz wyjątkową manewrowość swoich kompaktowych, polskich karabinków w gęstwinie leśnej, zamknęli Rosjan w krzyżowym ogniu. Jeden z dywersantów GRU spróbował odpalić granatnik podwieszany, ale kula od snajpera o pseudonimie Fenrir trafiła go prosto w obojczyk. Ihar, idący od tyłu jak duch, dokończył dzieła z bliskiej odległości, kładąc ostatnich dwóch Rosjan krótkimi seriami z Grota.
Całe starcie trwało zaledwie osiemdziesiąt sekund. W bagnie zostało dziewięć ciał. Najemnicy szybko przeszukali kieszenie zabitych, zabierając telefony, mapy oraz dokumenty. Pięć minut później las znowu należał tylko do deszczu. Po skończonej walce dowódca sekcji, porucznik Michał Nowakowski odetchnął z ulgą, czując nie tylko radość z kolejnego zwycięstwa, ale też z tego, że jego żona nie została wdową, a syn sierotą. Idący obok niego snajper, Norweg Sigurd „Fenrir” był zupełnym przeciwieństwem porucznika. Ten mierzący prawie 2 metry błękitnooki blondyn był kiedyś najlepszym snajperem w Batalionie Telemark. Wojsko, polowania i praktykowanie nordyckiego neopogaństwa stanowiły jego największe pasje życiowe. Jednak nie dana była mu kariera w norweskiej armii. Pierwsze problemy zaczęły się tuż po jego pierwszej misji w Afganistanie. Był on jednym z żołnierzy na słynnym filmiku, gdzie dowódca kompanii przemawiał do nich: „Jesteście drapieżnikami, a talibowie zwierzyną. Do Valhalli!”. Aktywność w trakcie misji nie ograniczała się dla Sigurda do udziału w tej scenie. Ze wszystkich żołnierzy norweskiego kontyngentu zabił on najwięcej talibów, a kilkakrotnie wycinał na zwłokach zabitych „krwawego orła”. Jednak prawdziwe kłopoty pojawiły się dopiero, gdy będąc w cywilu w swoim rodzinnym mieście wdał się w bójkę z bandą kilku Somalijczyków, próbujących obrabować jego 80-letniego sąsiada. Sigurd, używając noża myśliwskiego skutecznie zniechęcił ich do dalszej bójki, a jednego z nich wyprawił wprost w objęcia Hurys. Dzięki wstawiennictwu środowisk wojskowych i dobremu adwokatowi nie dostał maksymalnego wymiaru kary, jak domagały się norweskie lewicowe środowiska, ale spędził rok w więzieniu za przekroczenie granic obrony koniecznej. Oczywiście został również dyscyplinarnie usunięty z armii. Po wyjściu na wolność zatrudnił się w sektorze PMC, głównie ochraniając norweskie platformy wiertnicze i tankowce. Aż do dnia, gdy poznał szpakowatego Polaka w szarym garniturze.
Dwanaście godzin później. Tyniec pod Krakowem.
Zupełnie inny świat. Zamiast zapachu prochu i błota – gęsty, aromatyczny dym z palonego drewna akacjowego i pieczonej wołowiny.
W ogrodzie dużej, surowej posiadłości, ukrytej pod tynieckim lasem, trwał tradycyjny południowoafrykański braai. Gospodarz, Hendrik Viljoen, stał przy potężnym, stalowym grillu własnej konstrukcji. W krótkim rękawie, mimo chłodnego krakowskiego powietrza,
z dumnie odsłoniętymi tatuażami i bliznami, obracał wielkie płaty mięsa specjalnymi szczypcami. Obok niego stała niedopita butelka południowoafrykańskiego piwa Windhoek.
– Bliksem… – mruknął Hendrik, z twardym, gardłowym akcentem, patrząc na ekran tabletu leżącego na drewnianym stole. – Piękna robota na wschodzie, Marek. Ten twój Białorusin, Cichy… Ma uścisk jak pyton. Ten sznurek… komboskion, tak? Robi z tego lepszy użytek niż mnisi w monasterze.
Marek Lisowski siedział kawałek dalej, na wiklinowym fotelu. Z głośników sączyło się ciche, melancholijne Nokturny Chopina, tworząc surrealistyczny kontrast z tematem rozmowy. Marek wyglądał nienagannie, jakby przed chwilą opuścił spotkanie z krakowską palestrą, a nie sztab kryzysowy.
– Ihar nauczył się tego w białoruskim Specnazie, a potem dopracował to na froncie – odpowiedział spokojnie Marek, patrząc na dym unoszący się nad grillem. – Rosjanie myśleli, że wysłanie bandytów z Pakistanu odciągnie naszą uwagę i pozwoli GRU przejść niezauważenie. Erik sprawdził dane z telefonów, które chłopcy zabezpieczyli. Ci dywersanci mieli dokładne plany koordynatów infrastruktury przesyłowej na Podlasiu.
Hendrik podszedł do stołu, niosąc deskę z dymiącymi, soczystymi kawałkami steków. Ukroił potężny kawałek i rzucił go na talerz przed Markiem.
– To oznacza, że mają kreta w zakładzie energetycznym albo w samej Straży Granicznej – zauważył Hendrik, a jego sparaliżowany policzek uniósł się w tym charakterystycznym, drapieżnym uśmiechu. – Mój krakowski biznes rekrutacyjny działa świetnie, Marek. Ściągam Ci na przyszły tydzień trzech nowych chłopaków. Jeden to były SAS z operacji w Afryce, dwaj pozostali to Kolumbijczyk i Brazylijczyk od czarnej roboty w dżungli. Przetestujemy ich na poligonie pod Krakowem, a potem wyślemy do baz na Suwalszczyznę. Jeśli na granicy robi się gorąco, potrzebujemy więcej ludzi, którzy nie pytają o prawo międzynarodowe, tylko robią swoje.
Marek ukroił kawałek mięsa, przeżuł je powoli i spojrzał w stronę Tyńca, gdzie przez korony drzew majaczyły wieże klasztoru Benedyktynów.
– Dobrze, Hendrik. Werbuj ich. Ale najpierw musimy dowiedzieć się, kto z polskiej strony dał Rosjanom plany stacji. Zanim wyślemy nową sekcję na odwet, musimy posprzątać własne podwórko. I zrobimy to stąd, z Krakowa.
Dwóch mężczyzn po 50ce, którzy tak sobie rozmawiali przy grillu to dwóch najwyżej postawionych ludzi w Sekcji Chopina. Marek Lisowski to postać nietuzinkowa. Szczycił się tym, że jego rodzina wywodziła się od Aleksandra Józefa Lisowskiego, legendarnego twórcy Lisowczyków. Jednak zamiast zostać historykiem, albo antykwariuszem, Marek po maturze wstąpił do Wyższej Szkoły Oficerskiej we Wrocławiu. Po jej ukończeniu rozpoczął służbę w wojskach zmechanizowanych, jednak dość szybko został zwerbowany przez WSI. Specjalizował się w działaniach kontrwywiadowczych zdobywając ogromną wiedzę o ciemnej stronie życia publicznego Rosji, Białorusi i Ukrainy. Wśród znajomych miał oficerów, dyplomatów, ale też wielu ludzi związanych z przestępczością zorganizowaną, do której miał bardzo pragmatyczne podejście. Gdy w 2006 roku rozwiązano WSI, wówczas 38-letni Marek mający już stopień majora nie zdecydował się przejść do SWK, tylko związał się z sektorem prywatnym, zabierając ze sobą sieć kontaktów i informatorów. Po jakimś czasie otworzył własną firmę, która oficjalnie zajmowała się ochroną infrastruktury krytycznej i szkoleniami, a nieoficjalnie stanowiła „pośrednictwo pracy” dla wszelkiej maści najemników. Podobnie, jak swój praprzodek, Marek pasjonował się polowaniami i białą bronią, posiadając jej dużą kolekcję. Lubił też czytać, jednak zazwyczaj nie literaturę piękną, a publikacje geopolityczne i związane z myślą polityczną. Najbardziej cenił Machiavellego, Nietschego i Gumplowicza. Wolny czas spędzał też chętnie w towarzystwie luksusowych kurtyzan, lub trenując ze swoimi ludźmi.
Za odpowiednią opłatą i aprobatą ze strony Lisowskiego można było wynająć ludzi do ochrony statków, biznesmanów i dyrektorów rezydujących w niebezpiecznych krajach, ale też specjalistów od zamachów, skrytobójstwa, czy pozyskiwania informacji niekoniecznie w legalny sposób. Jeszcze podczas służby w WSI, gdy przez krótki czas Marek prowadził zabezpieczenie kontrwywiadowcze w polskiej ambasadzie w jednym z afrykańskich państw, poznał Hendrika. Ten burski „pies wojny” o ogorzałej od słońca, pooranej bruzdami twarzy zaczynał w 1 Reconnaissance Commando, był też mocno związany z A.W.B. W toku upadku Apertheidu i stopniowej marginalizacji w RPA białej ludności, Hendrik czuł się coraz bardziej zgorzkniały i rozczarowany, aż w końcu odpuścił sobie wyższe cele i dla pieniędzy, oraz adrenaliny stał się typowym najemnikiem , zajmującym się najczęściej ochroną kopalń w Sierra Leone i Kongo. Gdy Marek otworzył własną firmę PMC, Hendrik był jednym z pierwszych zatrudnionych, stając się głównym specjalistą od logistyki i werbunku najemników. Gdy eskalowała wojna hybrydowa przy granicy z Rosją i marionetkową Białorusią, wówczas Lisowski i Viljoen po długich, tajnych negocjacjach z przedstawicielami MON sformowali Grupę Chopina, formację, która była odpowiedzią na rosyjską Grupę Wagnera i miała w nieoficjalny sposób prowadzić walkę hybrydową w pasie przygranicznym, oraz likwidować zagrażających Polsce funkcjonariuszy rosyjskich służb i osoby przez nie zwerbowane do współpracy. W liberalnej demokracji coś takiego oficjalnie nie mogło mieć miejsca, ale gdy kolejne drony wpadały w polską przestrzeń powietrzną i kolejni mówiący śpiewnym akcentem dywersanci dokonywali podpaleń i sabotaży, wówczas nawet piewcy demokracji i praw człowieka uznali, że rację miał Carl Schmidt, mówiąc, że trzeba czasem podeptać literę prawa, aby ratować ducha prawa.
Przybycie nowych
Prywatny Embraer z logiem maltańskiej spółki czarterowej wylądował na lotnisku Kraków-Balice tuż po dwudziestej pierwszej. Deszcz bębnił o poszycie kadłuba.
Zgodnie z procedurami bezpieczeństwa lotniska, Hendrik Viljoen nie mógł wjechać na płytę. Czarny Volkswagen Transporter z przyciemnianymi szybami czekał na zewnętrznym parkingu długoterminowym, tuż za strefą przylotów. Hendrik stał oparty o maskę, paląc papierosa, a krople deszczu spływały po jego twardej, burskiej twarzy, rozjaśnianej co chwilę błyskiem latarni.
Trzej mężczyźni przeszli przez odprawę paszportową jako „specjaliści od odwiertów morskich”. Gdy wyszli z terminalu, Brazylijczyk Thiago „Malandro” da Silva, mimo chłodu mający na sobie tylko rozpiętą bluzę, głośno zaklął po portugalsku, śmiejąc się i klepiąc w ramię milczącego Alejandro. Ciemna, oliwkowa skóra Kolumbijczyka odcinała się od szarych, krakowskich murów. „Sicario” szedł z rękami w kieszeniach, a pod jego kurtką krył się srebrny medalion Santa Muerte. Alistair Vance zamykał stawkę z flegmatycznym, szkockim spokojem. Hendrik otworzył drzwi furgonetki.
– Wskakiwać, chłopcy. Droga na północ, na Suwalszczyznę, jest długa. Szef tam na was czeka.
Suwalskie Inferno – Biesiada
Baza operacyjna Grupy Chopina na Suwalszczyźnie była dawnym kompleksem PGR. W środku, wokół grubego stołu, trwała głośna biesiada.
Wielki, 120-kilogramowy Marcin „Kloc” – były podporucznik JWK i potomek rodziny o leśniczych tradycjach, a także były skinhead ryczał basem sprośną, ludową przyśpiewkę, trzymając w ręku butelkę bimbru:
„Tiryrytką, tiryrytką,
Zaszyła sobie nitką,
Zaszyła, zasznurowała, żeby chłopa nie miała!”
Obok niego Jason, były Rangers z Alabamy, pił mechanicznie, topiąc w alkoholu swoje ciężkie PTSD i rzucając złośliwe uwagi. Gruzin Lasza, weteran wojny z Rosją 2008 roku i Legionu Gruzińskiego na Ukrainie wznosił kwieciste toasty za śmierć wroga, a nadpobudliwy Krzysiek „Szerszeń” z Nowego Sącza jednocześnie pił z kolegami, opowiadał o nowych bateriach do dronów i pisał na smartfonie z nowopoznaną dziewczyną. Ten 28-latek był w czasach juniorskich złotym medalistą w kickboxingu. Chociaż bardzo chciał zostać zawodowym żołnierzem i dość wcześnie nauczył się dobrze strzelać, to z uwagi na swoje problemy z prawem nie dostał się do armii. Pracował większość czasu jak trener i bramkarz w nocnych klubach, chociaż przez jakiś czas był też kurierem. Marek zwrócił na niego uwagę w pewnej podkrakowskiej strzelnicy i po kilku rozmowach, oraz sprawdzeniu go, zwerbował do swojej grupy. Thiago „Malandro” natychmiast wpadł w ten tłum, porwał szklankę i zaczął siłować się z wielkim Klocem , wzbudzając ogólny śmiech. Jedzenie przygotowywał Jean-Pierre – były porucznik Legii Cudzoziemskiej, tradycyjny katolik, który przed chwilą zmówił cichą modlitwę po łacinie, a teraz precyzyjnie kroił pieczeń. Z boku, pijąc rakiję, siedział 49-letni Chorwat Branimir, z głęboką blizną na twarzy, pamiętający czasy walk z Serbami.
W sterylnym pokoju obok, w całkowitej ciszy, siedzieli wyznawcy Straight Edge. Japończyk Kenjiro, były snajper sił specjalnych, czyścił optykę karabinu wyborowego, a Duńczyk Erik, rudobrody, genialny informatyk i robotyk, robił pompki na jednej ręce, co chwilę wracając do laptopa, by optymalizować algorytmy rojów dronów, które miały zastąpić wsparcie elektroniczne.
Alejandro „Sicario” siedział sam w najciemniejszym kącie. Postawił przed sobą figurkę Świętej Śmierci, zapalił cygaro i dmuchał dymem w jej kościstą twarz, szepcząc hiszpańskie modlitwy o krew.
Wizyta HUR i uderzenie wyprzedzające
O północy wszedł Marek Lisowski i płk Andrij Szewczenko z ukraińskiego wywiadu (HUR). Szewczenko rzucił mapy: Rosjanie z GRU przygotowali tajną bazę na bagnach tuż za granicą, gromadząc moździerze i amunicję do ataku na Polskę. Marek wydał krótki rozkaz: uderzenie wyprzedzające z użyciem ciężkiej broni. Jednego z dowódców należy wziąć żywcem.
Atak był potężny. Drony FPV zmodyfikowane przez Erika i Szerszenia uderzyły w składy amunicji. Sekwencyjny ogień z ciężkich karabinów UKM-2000 otworzyli porucznik Nowakowski (były żołnierz GROM, dowodzący akcją) oraz Jason. Jean-Pierre i Branimir zasypywali pozycje granatami z granatników. Gdy obóz płonął, rosyjski kapitan GRU rzucił się do ucieczki. Z ciemności wyskoczył Thiago „Malandro”. Brazylijczyk potężnym wejściem w nogi obalił oficera w błoto i krótkim, precyzyjnym uderzeniem nasady dłoni w szczękę pozbawił go przytomności. Podczas odwrotu rykoszet drasnął Szerszenia w przedramię.
Hades i Eskulap
W podziemiach bazy urządzono dwa pokoje medyczne.
W pierwszym, jasnym, dr Tomasz Maczek , były lekarz GROM-u opatrywał Szerszenia.
– Spokojnie, młody, kość cała. Zszyję to tak, że za tydzień znowu będziesz latał tymi swoimi zabawkami – mówił z uśmiechem, aplikując znieczulenie.
Trzy drzwi dalej panował mrok. Przywiązanym do krzesła rosyjskim kapitanem zajmował się dr Friedrich Voss – Afrykaner zwerbowany przez Hendrika. Wysoki, chorobliwie chudy, o przezroczystych oczach. Mówił nienagannym, chłodnym rosyjskim, przypominając mitologicznego Hadesa i Tanatosa.
Napełnił strzykawkę autorskim „koktajlem” farmakologicznym.
–Putin wam nie pomoże, kapitanie – wyszeptał po rosyjsku, a jego głos brzmiał jak szelest suchych liści. – Za pięć minut wasz mózg odda mi wszystko. Każde nazwisko, każdy kod. A potem wasz układ nerwowy po prostu zapomni, jak oddychać.
Protokół „Hades” (Podziemia bazy na Suwalszczyźnie)
Światło pojedynczej żarówki nad krzesłem przesłuchań migało rytmicznie w takt uderzeń generatora. Rosyjski kapitan GRU, z twarzą opuchniętą po uderzeniu Thiago na bagnach, powoli odzyskiwał przytomność. Więzy z grubych, nylonowych taśm unieruchamiały jego ramiona i klatkę piersiową.
Przed nim, w półmroku, stał dr Friedrich Voss. Afrykaner powoli zakładał lateksowe rękawiczki, a jego chorobliwie chuda sylwetka rzucała na betonową ścianę długi, upiorny cień. Z boku, oparty o futrynę drzwi, stał Alistair „Preach” Vance. Szkot przyglądał się wszystkiemu z chłodnym, zawodowym dystansem, czyszcząc paznokcie odłamkiem zapałki.
Rosjanin splunął krwią na beton, spojrzał na Vossa i wycharczał po rosyjsku:
– Gówno złożycie, polskie psy. Nic wam nie powiem.
Voss nie zmienił wyrazu twarzy. Jego przezroczyste, lodowate oczy nawet nie mrugnęły. Podszedł do metalowego stolika, na którym leżały ampułki i trzy napełnione strzykawki. Uniósł jedną z nich pod światło.
– Błędne założenie, kapitanie – odpowiedział Voss. Jego rosyjski był perfekcyjny, wyprany z jakiegokolwiek obcego akcentu, twardy i sterylny. – Nie jestem Polakiem. Jestem lekarzem. A pan nie jest już żołnierzem. W tym pokoju jest pan jedynie zbiorem receptorów i synaps, które zaraz zmuszę do posłuszeństwa.
Voss podszedł do krzesła, chwycił Rosjanina za żuchwę z siłą, której nikt nie spodziewałby się po tak chudym człowieku, i precyzyjnie wbił igłę w żyłę szyjną. Powoli wcisnął tłok.
– Mieszanka tiopentalu sodu i czystej skopolaminy [1] – odezwał się Vance znad drzwi, przechodząc na angielski. – Piekielny koktajl. Wyłącza korę nową w niecałe dwie minuty. Facet straci wolną wolę, zanim zdąży odmówić zdrowaśkę.
Efekt był natychmiastowy. Źrenice kapitana GRU rozszerzyły się tak mocno, że niemal całkowicie zasłoniły tęczówki. Jego głowa opadła bezwładnie, a mięśnie twarzy całkowicie się rozluźniły. Zaczął głośno, chrapliwie oddychać.
Voss nachylił się nad nim. Jego głos stał się cichy, monotonny, wręcz hipnotyzujący.
– Jak się nazywasz?
– Andriej Woronow… kapitan… trzecia brygada specnazu GRU… – głos Rosjanina był pozbawiony jakichkolwiek emocji, płaski jak linia horyzontu.
– Kto jest waszym łącznikiem w Polsce?
– Kryptonim „Kramarz”… urzędnik w Warszawie… ale on był tylko od logistyki sieci…
– Kto planuje uderzenie na infrastrukturę kolejową? – Voss podsunął mu pod oczy mapę Suwalszczyzny.
Woronow poruszył bezwiednie palcami, jakby próbował coś wskazać.
– To nie tu… Suwalszczyzna to była zasłona dymna… Dywersja, żeby ściągnąć tam wasze siły… Prawdziwy cel jest na południu…
Voss zmrużył oczy.
– Gdzie?
– Kraków… – wycharczał jeniec. – Główny węzeł logistyczny. Magazyny paliwowe i stacja rozrządowa w Krakowie-Płaszowie. Za cztery dni… grupa uderzeniowa z Czech… uśpione komórki… Kupili dwa drony dalekiego zasięgu z ładunkiem termitowym. Mają podpalić zbiorniki naftowe w Krakowie…
Voss wyprostował się powoli. Spojrzał na Vance’a i Nowakowskiego. Szkot natychmiast przestał czyścić paznokcie.
– Słyszałeś? – spytał Voss.
– Słyszałem. Szpion na naszym własnym podwórku – mruknął Michał, sięgając po telefon satelitarny. – Dzwonię do Lisowskiego. Musimy wracać do Krakowa. Natychmiast.
Techniczne Kontruderzenie
W podziemiach tynieckiego Safehouse’u, w pomieszczeniu przypominającym laboratorium robotyki, panował chłód. Erik, trzydziestoletni Duńczyk, siedział przed potężną konsolą monitorów, na których przewijały się kaskady zielonego kodu i mapy topograficzne Śląska. Obok niego, Krysiek „Szerszeń” z Nowego Sącza nerwowo składał kolejny pakiet baterii litowo-polimerowych.
– Erik, mówię Ci, te nowe śmigła o zmiennym skoku dadzą nam dodatkowe trzy minuty lotu, a przy ich dronach termitowych każda sekunda to…
– Krzysiek. Cisza – uciął chłodno Duńczyk. Jego umysł działający w trybie Straight Edge potrzebował absolutnego skupienia.
Erik uderzył w klawiaturę. Na ekranie głównym pojawiły się czerwone punkty pulsujące na trasie A4, tuż przy granicy z Czechami.
– Przechwyciłem ich transmisję. Rosyjska komórka z Czech nie używa standardowego pasma. Przerobili swoje drony dalekiego zasięgu na częstotliwości komercyjne, maskując je jako ruch cywilnych bezzałogowców fotograficznych. Niosą ładunki termitowe zdolne przepalić stalowe poszycie zbiorników w Krakowie-Płaszowie w trzy sekundy.
Szerszeń momentalnie porzucił baterie i dopadł do swoich gogli FPV.
– Czyli co? Wypuszczamy roje?
– Dokładnie. Przygotowałem algorytm rojowy – Erik wskazał na leżące na stojakach, czarne, pozbawione jakichkolwiek oznaczeń drony przechwytujące. – Nie będziemy ich zestrzeliwać tradycyjnie. Moje drony są wyposażone w miniaturowe generatory impulsów kierunkowych oraz fizyczne sieci z kevlaru. Szerszeń, Ty bierzesz dowodzenie nad szpicą. Ja blokuję ich sygnał GPS i przejmuję kontrolę nad pasmem telemetrycznym.
– Pięknie! – wrzasnął chłopak z Nowego Sącza, naciągając gogle na czoło. – Puścimy te ruskie zabawki z dymem, zanim w ogóle się zbliżą!
Przechwycenie
Trzy godziny później. Czarna, deszczowa noc na punkcie poboru opłat na autostradzie A4 pod Krakowem. Ruch był znikomy.
Wycofany na pobocze, nie rzucający się w oczy dostawczy Ford Transit Grupy Chopina stał z wyłączonymi światłami. W środku panowało absolutne milczenie. Za kierownicą siedział Ihar „Cichy” – Białorusin miał wzrok utkwiony w lusterku wstecznym, a jego palce bezwiednie gładziły schowany w rękawie czarny, wełniany komboskion.
Na pace furgonetki, w półmroku, siedzieli Thiago i Alejandro. Brazylijczyk sprawdzał komorę nabojową swojego skróconego MSBS Grot S10 Bullpup. Kolumbijczyk natomiast trzymał na kolanach długą, zmatowioną maczetę o szerokiej głowni .
W słuchawkach dousznych najemników odezwał się zimny głos Erika :
– Cel nadjeżdża. Srebrny van na czeskich tablicach rejestracyjnych. Właśnie minął zjazd na Balice. Jadą w stronę węzła Płaszów. W środku trzech operatorów. Szerszeń właśnie unieruchomił ich drony w powietrzu kilometr za wami.
Ihar wrzucił bieg. Transit ruszył z kopyta, przecinając pasy ruchu i bezczelnie zajeżdżając drogę srebrnemu vanowi kilkaset metrów za bramkami. Pisk opon rozerwał szum deszczu.
Czeski van spróbował wycofać, ale z tyłu drogę odcięło im drugie auto, którym dowodził porucznik Michał Nowakowski .
– Ruch, ruch, ruch! – rzucił przez radio Nowakowski.
Boczne drzwi Transita odskoczyły. Thiago „Malandro” wyskoczył pierwszy. Z dziką agresją typową dla walk w fawelach dopadł do drzwi kierowcy vana, kolbą rozbił szybę i jednym potężnym szarpnięciem wywlókł zaskoczonego rosyjskiego kierowcę na mokry asfalt, natychmiast obezwładniając go brutalnym ciosem kolanem w twarz.
Z drugiej strony vana, niczym duch zrodzony z mgły, pojawił się Alejandro „Sicario”. Jeden z pasażerów, rosyjski dywersant, zdołał otworzyć drzwi i uniósł pistolet, ale Kolumbijczyk był szybszy. Szerokie, ciężkie ostrze jego maczety świsnęło w powietrzu z chirurgiczną precyzją, przecinając ścięgna w przedramieniu napastnika. Broń z brzękiem upadła na beton. Zanim Rosjanin zdołał krzyknąć z bólu, Sicario wbił mu dłoń w usta, przyparł do karoserii i przyłożył czubek noża taktycznego tuż pod jego lewe oko.
– Cicho, pendejo… – wyszeptał Kolumbijczyk z drapieżnym, mrocznym uśmiechem. – Santa Muerte nie lubi hałasu.
Trzeci z Rosjan, siedzący z tyłu vanu operator dronów, spróbował sięgnąć po granat obronny, ale drzwi z tyłu ustąpiły. Wpadł przez nie Ihar i zabił go strzałem w głowę z przyłożenia.
Cała akcja na autostradzie trwała niecałe czterdzieści sekund.
Michał Nowakowski podszedł do vana, oceniając sytuację. Dwóch żywych, jeden zabity.
– Ładować ich na pakę. Wracamy do Tyńca – rzucił krótko były oficer GROM-u, patrząc na Thiago, który właśnie przeszukiwał kieszenie nieprzytomnego kierowcy. – Dr Voss i dr Maczek już na nich czekają. Jeden do przesłuchania, drugi do szycia.
Deszcz szybko zmywał krew z asfaltu, a Grupa Chopina zniknęła w mroku nocy, zanim jakikolwiek cywilny kierowca zdążył zorientować się, co naprawdę wydarzyło się na krakowskim odcinku A4.
Anatomia prawdy i fałszu
Podziemny schron w Tyńcu pachniał środkami dezynfekującymi, krwią i starym betonem. Przestrzeń była podzielona na dwa segmenty oddzielone grubą, zbrojoną szybą.
W pierwszej, sterylnie oświetlonej sali, dr Tomasz Maczek operował rannego Rosjanina, któremu Sicario rozciął maczetą przedramię. Były lekarz wojskowy GROM-u działał z głębokim zaangażowaniem. Miał na sobie zielony fartuch, a z jego twarzy bił spokój faceta, który w domu, w podkrakowskich Zielonkach, tuli do snu dwójkę swoich dzieci.
Za szybą, w drugim pomieszczeniu, panował absolutny mrok, rozproszony jedynie przez siny blask lampy skierowanej na twarz drugiego z pojmanych dywersantów. Przywiązany do krzesła mężczyzna trząsł się – nie z zimna, a pod wpływem chemicznego koktajlu, który przed chwilą zaaplikował mu dr Friedrich Voss. Afrykaner stał nad nim niczym Tanatos, bezszelestnie, z dłońmi splecionymi za plecami. Jego przezroczyste, lodowate oczy nie wyrażały absolutnie niczego. Voss zaczął mówić – jego rosyjski był zimny, sterylny, pozbawiony jakichkolwiek ludzkich tonów.
– Twoja kora mózgowa przestała stawiać opór, przyjacielu – wyszeptał Voss, pochylając się nad uchem Rosjanina. – Twój kolega za ścianą dostaje szwy, bo mój krakowski kolega wierzy w przysięgę Hipokratesa. Ja wierzę w czystą neurobiologię. Powiedz mi o sieci logistycznej w Obwodzie Królewieckim. Gdzie jest wasz główny punkt przerzutowy dronów dalekiego zasięgu?
Dywersant zaczął bezwiednie kręcić głową, a z kącika jego ust popłynęła strużka śliny. Pod wpływem skopolaminy jego wola przestała istnieć.
– Gwardiejsk… – wybełkotał chrapliwie. – Stary zakład naprawczy… przy bocznicach kolejowych… Stamtąd idą kontenery z termitem i drony… Wszystko koordynuje pułkownik wywiadu Floty Bałtyckiej, Smirnow…
Voss wyprostował się powoli i spojrzał na stojącego obok Alistaira Vance’a. Szkot skinął głową, zapisując współrzędne w taktycznym tablecie.
– Smirnow. To gruba ryba – mruknął Vance. – Czas na wizytę domową.
Likwidacja zdrajcy w Krakowie
2 tygodnie póżniej na cichych uliczkach krakowskich Dębnik kończyła się powiązana operacja. Dane zdobyte wcześniej wskazały polskiego urzędnika ministerstwa energii, który sprzedawał Białorusinom plany sieci energetycznej. Łukasz W. był z Krakowa, dlatego na weekendy zazwyczaj przyjeżdżał z Warszawy. Mogło się wydawać, że takie cotygodniowe powroty do domu na Dębnikach, gdzie mieszkali jego żona i syn to przykład tego, że nawet zdrajca może być dobrym mężem i ojcem. Nic bardziej mylnego. Gdy był pijany tłukł ich bez opamiętania, na trzeźwo też mu się zdarzało. Alkoholizm i pociąg do hazardu były problemem dla tego szybko pnącego się w szczeblach kariery człowieka. Jednak wiedzieli o tym nie tylko najbliżsi, ale także rosyjskie służby.
Kilka razy za pomocą specjalistycznych kamer nagrali go , gdy po pijanemu znęcał się nad rodziną. Jednak do werbunku doszło, gdy w warszawskim kasynie przegrał 100000 zł. Dług spłacił za niego tajemniczy mężczyzna z lekkim wschodnim akcentem. Był to oficer GRU pracujący w Warszawie pod przykrywką dyplomaty. Oprócz przekazywania planów i danych dotyczących polskiej infrastruktury, ten urzędniczy Judasz zobowiązał się też do prowadzenia werbunku szumowin do podpaleń i innych aktów dywersji, oraz prowadzenia w Internecie kanałów podburzających młodzież szkolną do ataków na nauczycieli, sabotowania systemów bezpieczeństwa, czy nawet samookaleczeń, jako formę protestu przeciwko nauczycielom. Ten potwór doprowadził pośrednio do śmierci dwóch osób. Prowadzenie takich działań szło mu bardzo łatwo, gdyż bardzo dobrze posługiwał się on nie tylko szyfrowanymi komunikatorami, ale także Darknetem, gdzie kupował czasem rzeczy o których ze względu na obrzydliwość nie warto wspominać. Teraz na różne zakupy, drogie alkohole, czy hazard miał więcej pieniędzy, gdyż bycie tajnym agentem GRU nie było za darmo. Oficer prowadzący gardził nim i uważał za przejaw dekadenckiego Zachodu, ale traktował Łukasza, jak użyteczne narzędzie.
Srebrna Skoda Octavia stała zaparkowana sto metrów od skrzyżowania ulic Zielińskiego i Praskiej, wtapiając się w krakowski, wieczorny ruch. W środku panowała idealna cisza, przerywana jedynie cichym szumem policyjnego skanera częstotliwości.
Za kierownicą siedział Maciej. Jego oczy, nawykłe do godzin żmudnych obserwacji w Agencji Wywiadu, lustrowały drogę przed nimi z pomocą małej, specjalistycznej lornetki. Obok niego, rozparty z pozornym luzem, siedział Julian Kowalsky. Syn nowoorleańskiej piękności i Polaka, absolwent elitarnych uczelni i były operator CIA, wyglądał jak młody biznesmen, ale pod tą maską krył się człowiek władający pięcioma językami i zabójczymi instynktami. W razie wpadki jego wybitny talent aktorski potrafił zmylić każdy patrol, jednak dziś wieczorem nie planowali rozmawiać z policją.
– Czysto na pasmie, lokalne patrole zabezpieczają kolizję na Zakopiance – rzucił krótko Julian. Maciej jedynie skinął głową, poprawiając słuchawkę w uchu. Wszystko było gotowe.
W tym samym czasie kilkadziesiąt metrów dalej, w bocznej uliczce, pulsował silnik białego, roboczego vana. Za kółkiem siedział Dariusz „Iskra”. Niski, żylasty, o ciele uformowanym przez lata kalisteniki i setki godzin na matach MMA, idealnie znał każdy skrót i zaułek Krakowa. Jako były żołnierz jednostki Nil i zawodowy elektryk, potrafił zaplanować trasę i odciąć zasilanie z taką samą precyzją. Obok niego, z chłodnym, medycznym spokojem, siedział Tomasz – były lekarz GROM-u, który na co dzień prowadził spokojne życie z rodziną w podkrakowskich Zielonkach, ale gdy wzywał obowiązek, stawał się bezwzględnym profesjonalistą.
Z tyłu furgonetki, w półmroku, panowało skupienie. Ihar, potężny Białorusin, trzymał w dłoniach kompaktowy karabinek HK416 z nakręconym, masywnym tłumikiem ROTEX. Jego zadaniem było ubezpieczenie tyłów. Obok niego siedzieli Thiago i Alejandro – Brazylijczyk i Kolumbijczyk. Obaj przeszli piekło wojen karteli, zanim trafili do Grupy Chopina. Walka w bliskim kontakcie (CQB) była ich rzemiosłem. Ich twarze były kompletnie wyprane z emocji.
– Cel się zbliża. Czarne Audi A8 – odezwał się w radiu spokojny głos Macieja, który zerkał na tablet, gdzie wyświetlało się położenie nadajnika GPS, podpiętego pod samochód zdrajcy.
Łukasz, urzędnik Ministerstwa Energii i agent GRU, nie miał pojęcia, że to jego ostatnia podróż. Na jego dysku i telefonie znajdowały się kompletne, nielegalnie pobrane plany strategicznej sieci elektroenergetycznej w Małopolsce i na Śląsku, które tej nocy miały trafić w ręce Rosjan.
Gdy czarny Superb zbliżał się do skrzyżowania Zielińskiego i Praskiej, Iskra wrzucił jedynkę. Wyczekał idealny moment, po czym gwałtownie ruszył, wyskakując z podporządkowanej. Huk gniecionej blachy rozdarł wieczorną ciszę. Ciężki przód vana z impetem uderzył w bok Audi Łukasza, obracając je i wbijając w krawężnik. Poduszki powietrzne w aucie urzędnika wystrzeliły, na chwilę oślepiając zdrajcę.
Zanim opadł pył, tylne drzwi vana otworzyły się z trzaskiem. Thiago i Alejandro wyskoczyli jak drapieżniki. W ich dłoniach tkwiły skrócone HK416.
Kule bez trudu przebiły szyby. Łukasz nawet nie zdążył odpiąć pasów. Trzy pociski w klatkę piersiową, dwa w głowę. Likwidacja była chirurgiczna.
Thiago błyskawicznie szarpnął za klamkę zmasakrowanych drzwi, a Alejandro, używając noża, rozciął poduszkę powietrzną. Kolumbijczyk sprawnym, wyuczonym ruchem przeszukał kieszenie marynarki trupa, wyciągając szyfrowany telefon, a z teczki na siedzeniu pasażera wyszarpnął markowy pendrive oraz plik dokumentów.
– Czysto. Mamy to – rzucił Alejandro przez radio.
Ihar w tym czasie lustrował ulicę przez celownik optyczny, gotów zdjąć każdego, kto spróbowałby interweniować. Wszystko trwało niespełna dwadzieścia sekund.
Szturmowcy natychmiast wskoczyli z powrotem do vana, ale nie po to, by nim uciekać. Tomasz wyciągnął z torby aluminiowy granat termitowy, odbezpieczył go i wrzucił na przednie siedzenie furgonetki, inicjując reakcję. Oślepiający, biały snop ognia o temperaturze ponad dwóch tysięcy stopni w ułamku sekundy zaczął trawić deskę rozdzielczą i wszelkie ślady DNA.
Cała piątka błyskawicznie przeskoczyła do zaparkowanego na pobliskim chodniku, niepozornego opla, którego Iskra zostawił tam kilka godzin wcześniej. Silnik odpalił od strzała. Iskra dynamicznie zawrócił, ruszając w stronę Tyńca i okolicznych lasów, doskonale omijając główne kamery miejskiego monitoringu.
Sto metrów dalej Julian Kowalsky powoli opuścił szybę w Skodzie, wypuszczając dym z papierosa i rozmawiał przez telefon, udając zaniepokojonego mieszkańca zgłaszającego wypadek. Maciej wrzucił wsteczny bieg i spokojnie wycofał się z rejonu skrzyżowania, zanim na miejsce dotarły pierwsze syreny.
Dwadzieścia minut później, w głębi podkrakowskiego lasu, opuszczony opel stał już w płomieniach, potraktowany kolejną porcją termitu. Sekcja szturmowa, bez słowa, spakowała broń do bagażnika czekającego na nich, legalnego vana dostawczego. Dokumentacja sieci była bezpieczna. Grupa Chopina po raz kolejny zniknęła w cieniu.
Oczekiwanie w klubie
W małej, wyłożonej ciemnym drewnem sali tradycji Klubu Wojsk Specjalnych na Dębnikach pachniało mocną kawą i tytoniem. Pod ścianą, w gablocie z pamiątkami z misji w Iraku i Afganistanie, stał niedbale oparty 73-letni Wiesław. Mimo wieku jego sylwetka była prosta jak struna – dekady spędzone jako instruktor legendarnego systemu walki wręcz Combat 56 oraz szkoleniowiec w ośrodku w Starych Kiejkutach uformowały jego ciało i umysł. W dłoni trzymał szklankę z czarną herbatą.
Naprzeciwko niego, przy masywnym stole, siedział Marek Lisowski, szef Grupy Chopina. Studiował mapę operacyjną południowej Polski, nerwowo bębniąc palcami o blat.
– Za pięć minut Łukasz powinien mijać Praską – mruknął Lisowski, zerkając na zegarek. – Chłopaki są na pozycjach.
Wiesław nie odpowiedział od razu. Pociągnął łyk gorącego naparu, a jego zimne, badawcze oczy, które widziały narodziny i upadki polskich służb od czasów PRL-u przez WSI aż po nowoczesność, spoczęły na Lisowskim.
– Iskra prowadzi vana. Jeśli on planował trasę uderzenia, to nie ma miejsca na błąd. Ten chłopak ma geometrię Krakowa w małym palcu – powiedział szorstkim, matowym głosem starszy oficer. – Martw się o to, co znajdziemy w rzeczach tego gnoja z ministerstwa. GRU nie zostawia otwartych furtek.
W tym samym momencie telefon Lisowskiego leżący na stole zawibrował krótko. Na ekranie pojawił się jeden, zakodowany symbol – zielony ptaszek przesłany przez Juliana.
Cel zlikwidowany. Nośniki przejęte. Termit odpalony.
Marek Lisowski wypuścił głośno powietrze i wstał, zamykając laptopa.
– Czysto. Zwijamy się.
Wiesław jedynie odstawił szklankę i poprawił skórzaną kurtkę, pod którą krył się dyskretnie schowany pistolet. Wyszli tylnym wyjściem klubu prosto na zamknięty parking, gdzie czekał terenowy Jeep. Kwadrans później jechali już wzdłuż Wisły, kierując się w stronę wapiennych wzgórz i lasów, gdzie w dawnych magazynach niedaleko Klasztoru Benedyktynów mieściła się tajna, główna baza operacyjna Grupy Chopina w Tyńcu.
Analiza w bazie.
Maciej podszedł bliżej, niemal dotykając nosem ekranu. Na cyfrowej mapie Polski południowej zaczęły podświetlać się czerwone punkty.
– Elektrownia Jaworzno, Elektrownia Łaziska i główny węzeł przesyłowy w Klikowej pod Tarnowem – odczytał Maciej, a jego głos stał się nienaturalnie spokojny. – Skurwysyny. Chcą położyć całe zasilanie aglomeracji śląskiej i Krakowa w jednym momencie. Jeśli odetną Śląsk i Małopolskę, stanie przemysł, kopalnie, huty i transport na całym południu kraju.
Julian wyciągnął z kieszeni swoją pamiątkową, zapalniczkę z Nowego Orleanu i zaczął nią nerwowo klikać.
– Łukasz zdobył dla nich mapy zasilania awaryjnego i systemów automatyki zabezpieczeniowej (EAZ) dla tych konkretnych obiektów. Awdejew wie, że fizyczne wysadzenie słupa niewiele da, bo prąd popłynie inną drogą. Ale jeśli jego ludzie uderzą w stacje transformatorowe według tych wytycznych, wywołają kaskadowy blackout na połowie terytorium Polski.
W tym momencie telefon Łukasza, podpięty do deszyfratora Erica, zawibrował. Na ekranie pojawiła się nowa wiadomość od pułkownika GRU, wysłana z warszawskiej bezpiecznej lokalizacji:
„Łukasz, dlaczego milczysz? Kurier ze Śląska czeka na sygnał w Katowicach. Potwierdź odbiór nośnika z Krakowa.”
Julian spojrzał na Macieja, a w jego oczach pojawił się błysk dawnego agenta CIA, który dokładnie wie, jak wykorzystać swój aktorski talent.
– Mogę mu odpisać jako Łukasz. Znam styl, w jakim piszą rosyjscy agenci, i potrafię podrobić jego cyfrowy podpis. Mogę napisać Awdejewowi, że auto miało awarię na autostradzie A4, ale nośnik jest bezpieczny i jedziemy na spotkanie z kurierem w Katowicach. Kupię nam czas, a przy okazji wystawimy tego śląskiego kuriera jak na tacy.
Polowanie na Śląsku
Srebrny dostawczy Mercedes z logo fikcyjnej firmy elektroinstalacyjnej sunął lewym pasem autostrady A4, mijając punkt poboru opłat w Mysłowicach i kierując się prosto na Katowice.
Za kierownicą siedział Krzysztof „Kafar” Romanowski. Były szturmowiec gliwickiego JW AGAT czuł się tu jak w domu. Znał każdy zjazd, każdą hałdę i specyfikę śląskiej infrastruktury. Obok niego Julian sprawdzał na cyfrowym ekranie lokalizację nadajnika GPS z telefonu Łukasza. Julian właśnie wysłał Awdejewowi krótką wiadomość z potwierdzeniem, że „wszystko idzie zgodnie z planem”. Rosyjski pułkownik połknął haczyk – odpisał, że kurier czeka na tyłach opuszczonej Huty Uthemanna w katowickiej dzielnicy Szopienice.
Z tyłu vana, w pełnym rynsztunku bojowym, siedziała reszta nowej sekcji. Chorwat Branimir, potężny i milczący, metodycznie sprawdzał mechanizm ryglowy swojego HK416. Obok niego Gruzin Lasza, z drapieżnym wyrazem twarzy, ostrzył na skórzanym pasku bojowy nóż, a z boku Maciej analizował rzuty architektoniczne starej huty.
– Szopienice to trudny teren – odezwał się Kafar, zerkając w lusterko wsteczne na chłopaków. – Mnóstwo gruzu, stare ceglane hale i setki dróg ucieczki. Kurier nie przyjechał tam sam. Awdejew na pewno dał mu obstawę, prawdopodobnie „turystów” z Specnazu udających pracowników ochrony.
– Nasz cel to żywy kurier i jego nośnik danych – przypomniał chłodno Maciej z przodu. – Musimy odciąć mu drogę ucieczki, zanim zorientuje się, że zamiast warszawskiego urzędnika przyjechała Grupa Chopina.
Kwadranst później Mercedes zjechał z głównej trasy i zanurzył się w industrialny labirynt Szopienic. Księżycowe światło oświetlało potężne, niszczejące wieże dawnej huty. Kafar zgasił reflektory, przełączając auto na tryb jazdy na światłach pozycyjnych i wprowadził vana w głąb zrujnowanego kompleksu, zatrzymując się dwieście metrów od wskazanego punktu spotkania.
W tym samym momencie nad ich głowami cicho bzyczał miniaturowy, czarny dron z termowizją, sterowany przez Szerszenia. Głos najemnika natychmiast ożył w słuchawkach sekcji:
– Tu Szerszeń. Widzę ich. Czarny SUV zaparkowany przy starej wieży ciśnień. Trzech ludzi na zewnątrz, wszyscy z bronią krótką pod kurtkami. Czwarty siedzi w środku z laptopem. To wasz kurier.
– Julian, czas na twój teatr – mruknął Maciej.
Julian poprawił elegancki płaszcz, upodabniając się do krakowskiego urzędnika, wziął w rękę telefon Łukasza i wyszedł z vana, ruszając pieszo w stronę SUV-a. W tym samym czasie Kafar, Branimir i Lasza, niczym cienie, rozproszyli się wśród zrujnowanych ścian fabryki, zachodząc Rosjan od skrzydeł z uniesionymi karabinkami HK416.
Gdy Julian wyłonił się zza węgła, trzej uzbrojeni mężczyźni natychmiast spięli się, a ich dłonie powędrowały pod połowy kurtek.
– Łukasz? – zapytał szorstko po rosyjsku jeden z nich, rosły facet w czapce z daszkiem.
– Tak. Samochód mi padł na autostradzie, musiałem wziąć taryfę – odpowiedział Julian z idealnym, lekko spanikowanym polskim akcentem, dokładnie imitując styl bycia zabitego urzędnika. – Mam dokumenty. Gdzie szef?
Gdy Julian wypowiedział umówione hasło, Rosjanie zareagowali z nieludzkim refleksem. To nie byli amatorzy.
Rosły dowódca obstawy w ułamku sekundy zorientował się, że przed nim nie stoi przestraszony urzędnik Łukasz. Jego dłoń błyskawicznie szarpnęła zza pazuchy pistolet APS Stieczkin. Nie zdążył go jednak unieść.
Z ciemności hali wyrosła sylwetka Branimira. Chorwat nie bawił się w walkę wręcz – uniósł swojego HK416 i dwukrotnie nacisnął spust. Dwa pociski kalibru 5,56 mm rozerwały klatkę piersiową Rosjanina, wbijając go w maskę SUV-a.
W tym samym momencie drugi z obstawy zanurkował za koło samochodu, otwierając chaotyczny ogień z Glocka. Huk niespustoszonych strzałów bez tłumika rozdarł industrialną ciszę Szopienic, odbijając się echem od ceglanych ścian. Jedna z kul drasnęła ramię Laszy, rozrywając materiał munduru.
Gruzin syknął z wściekłości, padł na gruz i odpowiadając ogniem ze swojego HK416, przestrzelił oponę SUV-a, a kolejna seria zabiła rykoszetem ukrywającego się dywersanta.
Trzeci z Rosjan próbował zajść sekcję od boku, strzelając w stronę błysków ognia. Trafiłby Branimira, gdyby nie Kafar. Były żołnierz JW AGAT, wykorzystując osłonę ze zrujnowanego filaru, wychylił się i posłał precyzyjną, trzystrzałową serię prosto w sylwetkę napastnika. Pociski przebiły kamizelkę kuloodporną Rosjanina. Mężczyzna zwalił się na beton, ciężko dysząc i brocząc krwią.
W kabinie SUV-a kurier wrzeszczał z przerażenia, gdy odłamki szyb raniły mu twarz. Kafar dopadł do drzwi, kolbą karabinka wybił resztki szkła i wyciągnął trzęsącego się mężczyznę na zewnątrz, rzucając go prosto w kałużę krwi jego własnej obstawy.
– Czysto! – ryknął Kafar, podczas gdy Lasza, ignorując krwawiące ramię, natychmiast dopadł do wnętrza auta, by zabezpieczyć nietknięty laptop kuriera.
Kafar ostro wszedł w zakręt, wyłączając reflektory Mercedesa i gasząc silnik. Samochód siłą rozpędu wtoczył się do wnętrza zrujnowanej, żelbetowej hali dawnego zakładu przeróbczego opuszczonej kopalni na Górnym Śląsku. Wokół panowała głęboka, industrialna cisza, przerywana jedynie ciężkim oddechem rannych i więźnia.
Gdy tylko auto się zatrzymało, tylne drzwi otworzyły się z trzaskiem. Branimir, mimo swoich potężnych gabarytów, działał z chirurgiczną precyzją. Jako weteran przeszkolony w TCCC (Tactical Combat Casualty Care), natychmiast przystąpił do działania. Rozciął zakrwawiony rękaw munduru Laszy, oceniając ranę postrzałową.
– Pocisk przeszedł na wylot, czysta rana mięśniowa. Brak uszkodzeń tętnicy – rzucił szorstko Chorwat.
Błyskawicznym, wyuczonym ruchem wyciągnął z apteczki taktycznej gazę upakowaną środkiem hemostatycznym, wbił ją w kanał rany, wywołując u Gruzina stłumiony syk bólu, po czym ciasno owinął ramię bandażem uciskowym Israeli Bandage. Lasza jedynie zacisnął zęby, skinął głową w podziękowaniu i oparł się o ścianę, trzymając w zdrowej dłoni zabezpieczony laptop kuriera.
W tym samym czasie Kafar wywlókł rosyjskiego kuriera z vana i rzucił go na zardzewiałe, metalowe krzesło, które stało na środku pustej hali. Dołączył do nich Szerszeń.
Przesłuchanie w surowych, postindustrialnych dekoracjach opuszczonej kopalni nie trwało długo. Rosjanin, odcięty od swojej obstawy i patrzący na bezwzględnych profesjonalistów z Grupy Chopina, gotowych na wszystko, szybko pękł. Kurier podał kody deszyfrujące, potwierdził lokalizację skrytek z ładunkami wybuchowymi pod Jaworznem oraz – co najważniejsze – ujawnił pełną strukturę łączności sieci dywersyjnej pułkownika Awdejewa.
Dzięki tym informacjom cel operacyjny Grupy Chopina został w pełni osiągnięty. Polskie południe zostało uratowane przed paraliżem energetycznym.
Trening w Tyńcu
Mgła nad Wisłą w okolicach Tyńca była tak gęsta, że ledwo było widać zarysy klasztoru Benedyktynów. Na prywatnym, silnie ufortyfikowanym terenie wokół domu Hendricha, Alistair Vance postanowił urządzić nowym rekrutom brutalny sprawdzian.
Marek Lisowski i Hendrik Viljoen stali na tarasie, pijąc mocną kawę. Na trawniku poniżej Szkot stanął naprzeciwko Thiago „Malandro”.
– Słyszałem, że w Rio byłeś gwiazdą klatki, dzieciaku – rzucił Vance z kpiącym, szkockim akcentem. – Ale zapomnij o sędziach i zasadach. Pokaż mi, jak reagujesz, gdy wróg skraca dystans w ciasnym korytarzu.
Thiago wyszczerzył zęby w swoim firmowym, szerokim uśmiechu. Jego śniada skóra, pokryta tatuażami z faweli, parowała na porannym chłodzie. Ruszył lekko, po boksersku, wyprowadzając błyskawiczny lewy prosty. W formule MMA ta walka skończyłaby się szybko na korzyść młodego Brazylijczyka, ale Vance nie zamierzał z nim walczyć w klatce.
Szkot sparował cios twardym, wojskowym blokiem przedramienia, ale zamiast klasycznej wymiany ciosów, natychmiast zademonstrował brutalną mechanikę systemu Combatives, którego uczą w SAS. Uderzył nasadą dłoni prosto w splot słoneczny chłopaka, jednocześnie chwytając go za kołnierz bluzy i precyzyjnie kopiąc w tylną część kolana. Ruch był brudny, pozbawiony gracji, nastawiony na natychmiastową eliminację.
Thiago, zaskoczony brakiem sportowych nawyków, stracił równowagę i upadł na jedno kolano, ale zdołał natychmiast odskoczyć w tył, ciężko dysząc, z dłonią na klatce piersiowej. Jego uśmiech stał się jeszcze szerszy.
– Caralho… – wykrztusił Brazylijczyk, masując splot. – Brakowało tylko palców w oczach, staruszku.
– Na to też przyjdzie czas – mruknął Vance, zadowolony z testu. – Masz refleks, ale musisz oduczyć się czekania na gong. Na granicy nikt ci nie da punktów za styl.
Z boku, w całkowitym bezruchu, stał Alejandro „Sicario” Gomez. Jego ciemna, oliwkowa twarz była całkowicie pozbawiona emocji, a czarne, puste oczy obserwowały walczących. Pod kurtką, na jego piersi, delikatnie pobrzękiwał srebrny medalion Santa Muerte. Alejandro nie potrzebował pokazów – czekał na prawdziwą krew.
Osobiste porachunki
W krakowskim biurze CSTS noc powoli ustępowała szaremu świtowi. Marek Lisowski siedział za wielkim dębowym biurkiem, sącząc resztkę zimnej, czarnej kawy. Naprzeciwko niego, w cieniu fotela, siedział Ihar. Białorusin patrzył na swoje potężne, spracowane dłonie, którymi kilka godzin wcześniej odebrał życie rosyjskiemu operatorowi dronów na autostradzie A4.
Marek przyglądał mu się przez dłuższą chwilę w milczeniu.
– Dobra robota na autostradzie, Ihar. Ale widzę, jak na nich patrzysz. Twoja sekwencja ruchów… Nie zabijasz ich tylko dlatego, że Grupa Chopina Ci płaci. Dla Ciebie to coś więcej.
Białorusin uniósł głowę. Jego oczy, zwykle puste i wyprane z emocji, na moment rozbłysły dzikim, starym gniewem. Oparł łokcie o kolana i splótł palce.
– Sześć lat temu, szefie… w Mińsku – zaczął Ihar, a jego głos stał się nienaturalnie cichy. – Miałem narzeczoną. Swietłana. Była kosmetyczką. Piękna, jasne włosy, zupełnie nie pasowała do tego syfu, w którym żyliśmy. Pewnego wieczoru wracała z basenu. Została zgwałcona i skatowana na śmierć w jednym z parków.
Ihar urwał na moment, przełykając ślinę. Marek nie przerywał.
– Sprawcą był dwudziestojednoletni chłopak. Syn generała-majora białoruskiego KGB, bliskiego zausznika Łukaszenki – kontynuował Ihar, a na jego jawie napięły się mięśnie. – Śledztwo umorzono w trzy dni. Dowody zniknęły. Świadków zastraszono. Chłopak dostał nowy paszport i wyjechał na studia do Moskwy. Stał się nietykalny. Wtedy zrozumiałem, że w naszym kraju prawo to tylko fikcja służąca zwyrodnialcom z układami. Zdezerterowałem ze Specnazu, przeszedłem na Ukrainę, do Pułku Kalinowskiego.
Ihar wyciągnął z kieszeni czarny, wełniany komboskion, patrząc na jego grube węzły.
– Kiedy zaciskam ten sznur na szyi każdego funkcjonariusza FSB, GRU czy białoruskiej bezpieki… każdego ich kapusia, którego namierzamy… ja nie wykonuję po prostu kontraktu dla Grupy Chopina, szefie. Ja realizuję swoją prywatną, świętą zemstę. Każdy z nich nosi na rękach krew mojej Swietłany. I nie spocznę, dopóki ten system nie spłonie.
Marek Lisowski skinął powoli głową. Wstał, podszedł do okna i położył rękę na ramieniu Białorusina.
– Rozumiem cię, Ihar. I dam ci okazję, by pchnąć tę zemstę dalej. Następny cel jest w Obwodzie Królewieckim. Idziesz w pierwszej sekcji.
Rajd na Królewiec
Doba logistycznego przygotowania sterowanego przez Hendrika i techniczne wsparcie Edwina wystarczyła, by sekcja uderzeniowa Grupy Chopina znalazła się na terenie Obwodu Królewieckiego. Edwin zsynchronizował drony tak, by zakłócić rosyjskie radary przygraniczne, co pozwoliło najemnikom na bezszelestne przeniknięcie przez bagniste lasy w rejonie rzeki Pregoły.
Noc była lodowata, a nad starymi, poniemieckimi halami warsztatów kolejowych w Gwardiejsku unosiła się gęsta mgła. Wokół bocznic kręcili się uzbrojeni strażnicy w rosyjskich mundurach. Wewnątrz jednej z hal przygotowywano transport dronów termitowych, które miały uderzyć na Polskę.
Dowództwo nad operacją na miejscu sprawował porucznik Michał Nowakowski. Obok niego, w gęstych zaroślach, leżała sekcja uderzeniowa: potężny Marcin „Kloc”, rzucający nerwowe spojrzenia Krzysiek „Szerszeń” z kontrolerem dronów w dłoniach, Alistair Vance oraz dwaj Latynosi – Thiago i Alejandro.
– Szerszeń, czyść przedpole – rzucił krótko Nowakowski przez radio.
Krzysiek „Szerszeń” z Nowego Sącza, mimo swojego ADHD, w momencie odpalenia dronów FPV zyskiwał absolutną, przerażającą ostrość widzenia. Jego palce tańczyły na drążkach aparatury. Trzy miniaturowe drony kamikadze, niosące ładunki odłamkowe, wleciały z cichym bzyczeniem przez wybite okna dachu hali.
BUM. BUM. BUM.
Eksplozje wewnątrz budynku rozrywały poszycie i odcięły zasilanie. W tym samym momencie Marcin oraz Alistair Vance otworzyli huraganowy ogień z karabinków kładąc trupem zewnętrzną wartę. Rosjanie rzucili się do panicznej obrony, ale ich pozycje były chaotyczne.
W środku płonącej hali Thiago „Malandro” da Silva parł do przodu jak taran. Wykorzystując swoją dynamikę, wpadł za betonowy filar, gdzie dwóch rosyjskich żołnierzy próbowało przeładować karabiny. Thiago wyprowadził potężne, bokserskie uderzenie, łamiąc szczękę pierwszemu, a drugiego chwycił w pasie i z niesamowitą siłą rzucił nim o betonową posadzkę, eliminując go z walki w ułamku sekundy.
Z tyłu hal, w ciemnościach bocznic kolejowych, uciekać próbował sam pułkownik wywiadu, Smirnow. Szedł szybko, trzymając w ręku pistolet, osłaniany przez ostatniego żywego ochroniarza ze Specnazu.
Nagle z mroku, bez jakiegokolwiek dźwięku, wyrosła drapieżna sylwetka Alejandro „Sicario” Gomeza. Kolumbijczyk poruszał się jak cień w kolumbijskiej dżungli. Zanim ochroniarz zdążył obrócić broń, długa, szeroka maczeta Sicario błysnęła w blasku pożaru, przecinając gardło żołnierza. Krew trysnęła na zardzewiały wagon.
Pułkownik Smirnow zamarł, cofając się o krok i unosząc pistolet w stronę Kolumbijczyka. Nie zdążył jednak nacisnąć spustu.
Zza jego pleców, niczym duch zrodzony z zimnej mgły Królewca, wyszedł Ihar.
Ruch Białorusina był ostateczny. Czarny, wełniany komboskion owinął się wokół szyi pułkownika GRU. Ihar wbił kolano głęboko w lędźwie Rosjanina, napinając sznur ze skumulowaną wściekłością wszystkich lat swojej samotnej walki.
Węzły wpiły się w krtań Smirnowa. Pułkownik charczał, jego palce rozpaczliwie drapały wełniane pasmo, a oczy wychodziły z orbit, odbijając płomienie niszczonej bazy dronów. Ihar nie patrzył na niego jak na oficera – widział w nim cały potworny system, który odebrał mu Swietłanę. Docisnął pętlę jeszcze mocniej, aż charkot ustał, a ciało dowódcy zwiotczało całkowicie. Ihar rozluźnił uścisk, pozwalając trupowi pułkownika osunąć się na tory. Schował zakrwawiony komboskion z powrotem do kieszeni, spojrzał na stojącego obok Sicario i rzucił krótko przez radio do Nowakowskiego:
– Główny cel zlikwidowany. Baza zniszczona. Zwijamy się.
Relaks w Tyńcu
Gęsta, rzeczna mgła znad Wisły podchodziła pod ufortyfikowany dom Hendrika, tłumiąc dźwięki krakowskiej nocy. Na rozległym trawniku wokół posiadłości w Tyńcu unosił się zapach palonego drewna akacjowego i pieczonego mięsa. Hendrik Viljoen, z permanentnym kpiącym uśmiechem na częściowo sparaliżowanej twarzy, wprawnie obracał steki na wielkim ruszcie afrykańskiego braai.
Wokół ognia siedzieli najemnicy, próbując spalić adrenalinę po rajdzie na Gwardiejsk. Kontrast między nimi był uderzający. Szerszeń z Nowego Sącza, mimo zmęczenia i odniesionej lekkiej rany gestykulował i potokiem słów opowiadał o użyciu dronów w ostatniej akcji.
Obok niego siedział dr Tomasz Maczek. Sympatyczny lekarz polowy z łagodnym uśmiechem oglądał na ekranie telefonu komórkowego krótkie nagranie, które przed chwilą przysłała mu żona z Zielonek – jego sześcioletnia córka właśnie nauczyła się jeździć na rowerze bez bocznych kółek. Maczek co chwilę chował telefon, by sprawdzić stan rany Szerszenia lub rzucić okiem na resztę chłopaków. Trzy krzesła dalej, w głębokim cieniu tarasu, siedział dr Friedrich Voss (Hades). Afrykaner powoli sączył piwo, chłodno analizując na tablecie zniszczenia bazy w Królewcu i całkowicie ignorując gwar wokół.
W biesiadzie brali udział również ludzie, którzy akurat mieli przerwę w rotacji na granicy. Francuz Jean-Pierre, jako tradycyjny katolik, przeżegnał się, po czym zjadł swój kawałek mięsa i zaczął spokojnie dyskutować z potężnym, 120-kilogramowym Klocem o technikach blokowania ciosów w savate, co skończyło się tym, że olbrzym z JWK po prostu uścisnął Francuza w niedźwiedzim uścisku, rycząc ze śmiechu i wznosząc toast szklanką bimbru. Gruzin Lasza rozmawiał z Markiem o sytuacji w swoim kraju, a Chorwat Branimir, z głęboką blizną na twarzy, siedział z boku, popijając czystą rakiję i wymieniając krótkie, żołnierskie uwagi z rannym na autostradzie Thiago.
Z dala od wszystkich, na samym końcu drewnianego pomostu nad Wisłą, siedział Ihar. Białorusin patrzył na czarną wodę, w której odbijały się gwiazdy. W dłoniach trzymał czarny, wełniany komboskion. Powoli, z namaszczeniem przecierał wilgotną szmatką grube węzły, z których zmył resztki krwi pułkownika Smirnowa. Czuł chwilową, zimną ulgę. Kolejny trybik potwornego systemu z Mińska i Moskwy przestał istnieć. Kolejny dług wobec zmarłej Swietłany został spłacony.
Rozmowa z generałem
Słoneczny, rześki poranek rozświetlił krakowskie Stare Miasto. Marek Lisowski, ubrany w nienagannie skrojony, ciemnoszary garnitur, siedział przy narożnym stoliku ekskluzywnej restauracji na dachu jednego z hoteli. Z tarasu rozpościerał się monumentalny widok na zakole Wisły i Wawel.
Naprzeciwko niego siedział generał brygady Służby Kontrwywiadu Wojskowego (SKW). Mężczyzna w średnim wieku, w cywilnym, drogim ubraniu, powoli mieszał czarną kawę, nie podnosząc wzroku na Marka.
– Oficjalnie, rząd Rzeczypospolitej Polskiej uważa incydent w Gwardiejsku za wewnętrzną awarię instalacji elektrycznej w rosyjskich zakładach kolejowych – zaczął generał, a jego głos był cichy, idealnie skomponowany z szumem wiatru na tarasie. – Nieoficjalnie… szefostwo przesyła wyrazy najwyższego uznania. Likwidacja pułkownika Smirnowa i zniszczenie tych dronów termitowych dały nam bezcenny czas.
Marek Lisowski uniósł filiżankę, upił łyk i spojrzał generałowi prosto w oczy.
– Robimy to, czego wy nie możecie zrobić ze względów dyplomatycznych, generale. Ale Voss wyciągnął z ich ludzi coś więcej. To nie był jednorazowy rajd.
Generał SKW spoważniał, odłożył łyżeczkę i nachylił się nad stołem.
– Wiem. I dlatego tu jestem. Nasz wywiad w Moskwie przechwycił meldunki. Śmierć Smirnowa wywołała furię w dowództwie GRU. Centra decyzyjne podjęły decyzję o natychmiastowym odwecie. Do Polski, przez zieloną granicę z Czechami, wszedł „likwidator”. Jeden z ich najbardziej bezwzględnych ludzi z sekcji czarnych operacji FSB. Ma jedno zadanie: zlokalizować kierownictwo Grupy Chopina w Krakowie i uciąć głowę hydrze.
Marek Lisowski przyjął te słowa ze stoickim spokojem. Ani jeden mięsień na jego drapieżnej twarzy nie drgnął.
– Niech szukają – odpowiedział chłodno Marek. – Moja firma zajmuje się ochroną infrastruktury. Potrafimy zadbać o własną.
Generał wstał, położył na stole banknot za kawę i poprawił marynarkę.
– Bądź ostrożny, Marek. Oni nie będą grać według waszych reguł.
Polowanie w cieniu kamienic
Deszczowy, duszny wieczór spowity był mrokiem, gdy Marek Lisowski wracał pieszo do swojego mieszkania na krakowskim Podgórzu. Szedł spokojnym krokiem wzdłuż starych, odrapanych kamienic w okolicach ulicy Szerokiej. Kilkanaście metrów za nim, z rękami w kieszeniach kurtki, szedł Chorwat Branimir. Stary pies wojny bacznie obserwował otoczenie, a pod jego połami krył się pistolet.
Z przodu, idąc z naprzeciwka, poruszał się Thiago „Malandro”. Brazylijczyk miał na sobie sportową czapkę, ale jego bandycki instynkt z faweli działał na najwyższych obrotach. Nagle Thiago zauważył zmianę w cieniu jednej z bram. Dwuosobowy „ogon” ubezpieczany przez trzeciego mężczyznę na rogu ulicy. Rosyjscy likwidatorzy.
– Szefie, mamy gości. Trzech. Idą w kleszcze – rzucił Thiago przez mikrofon krtaniowy.
Marek Lisowski nie przyspieszył kroku. Jego dłoń bezszelestnie wślizgnęła się pod marynarkę, opierając się na teksturowanym chwycie Sig Sauera P320 z nakręconym, kompaktowym tłumikiem.
W tym samym momencie z ciemnej, ślepej uliczki wyskoczył pierwszy z zamachowców, unosząc broń. Branimir zareagował ułamku sekundy. Chorwat błyskawicznym ruchem dobył broni i oddał dwa szybkie strzały w klatkę piersiową napastnika. Stłumiony huk pyknięć tłumika zlał się z szumem spadającego deszczu. Rosjanin runął na mokry bruk.
Drugi z likwidatorów rzucił się w stronę Marka, ale Lisowski był na to przygotowany. Prezes Grupy Chopina zrobił szybki unik, wyciągnął swojego Sig Sauera i z zimną, chirurgiczną precyzją, jakiej uczono w WSI, wpakował dwa pociski prosto w czoło napastnika. Mężczyzna padł bez słowa.
Trzeci zamachowiec, widząc klęskę swoich ludzi, spróbował wycofać się w głąb ciemnego podwórza kamienicy. Nie wiedział jednak, że tam czekało na niego prawdziwe niebezpieczeństwo.
Z absolutnego mroku bramy, bez najmniejszego szelestu, wyrosła potężna sylwetka Alejandro „Sicario” Gomeza. Kolumbijczyk tym razem nie użył swojej charakterystycznej maczety – przestrzeń była zbyt ciasna. W jego prawej dłoni błysnął Sig Sauer z tłumikiem, a w lewej długi, zmatowiony nóż taktyczny.
Zanim Rosjanin zdążył obrócić głowę, Sicario oddał jeden precyzyjny strzał w jego prawe kolano, rzucając go na ziemię. Rosyjski likwidator krzyknął z bólu, ale Kolumbijczyk natychmiast dopadł do niego, wbił mu lewą dłoń w usta, a ostrze noża taktycznego wbiło się głęboko pod obojczyk, przebijając tętnicę.
Alejandro nachylił się nad umierającym, a srebrny medalion Santa Muerte zwizualizował się w blasku latarni.
– Cicho… Święta Śmierć przyjmuje twoją krew – wyszeptał mrocznie Kolumbijczyk.
Marek, Branimir i Thiago weszli w bramę. Trzy ciała leżały w krakowskich cieniach.
– Czysto – rzucił krótko Branimir, chowając broń. – Zwijamy zabawki, zanim ktoś zauważy krew.
Duchy przeszłości
Następnego dnia Marek Lisowski postanowił odwiedzić swojego wieloletniego przyjaciela, Wiesława. Wiesław był od Marka o piętnaście lat starszy (miał 73 lata), ale jego potężna, wysportowana sylwetka wciąż budziła respekt. To był prawdziwy twardziel starej daty – zaczynał karierę w elitarnych Czerwonych Beretach (6. Pomorska Brygada Powietrznodesantowa), potem przeszedł do WSI, a w legendarnym ośrodku w Starych Kiejkutach przez lata pełnił funkcję głównego instruktora systemu walki wręcz Combat 56, strzelania dynamicznego i przygotowania fizycznego. Dziś, oficjalnie emeryt, był właścicielem „szemranej”, ale niezwykle dochodowej firmy logistyczno-handlowej w Krakowie, będącej idealną przykrywką dla różnych operacji.
Marek przyjechał do biura Wiesława w asyście Ihara, który zabezpieczał jego transport. Biuro mieściło się w odnowionym postindustrialnym budynku.
Gdy weszli do sekretariatu, Ihar nagle zamarł. Jego ciało spięło się tak mocno, jakby zaraz miał przyjąć uderzenie. Jego wzrok utkwił w młodej kobiecie, która właśnie segregowała dokumenty przy biurku recepcyjnym.
Miała jasne włosy, znajome rysy twarzy i te same, głębokie, błękitne oczy. Wyglądała niemal identycznie jak… Swietłana.
Kobieta uniosła głowę, spojrzała na potężnego Białorusina i upuściła trzymane dokumenty. Kartki rozsypały się po podłodze.
– Ihar…? – wyszeptała drżącym głosem. – To ty? Boże mój… Myśleliśmy, że zginąłeś na Ukrainie…
To była Alena – młodsza siostra zamordowanej Swietłany. Zbiegiem okoliczności, po ucieczce z Białorusi przed prześladowaniami reżimu, trafiła do Krakowa i znalazła zatrudnienie właśnie w firmie Wiesława, który chętnie zatrudniał uchodźców ze Wschodu, zyskując lojalnych i wdzięcznych pracowników.
Ihar zrobił krok do przodu, a jego zwykle kamienna, bezwzględna twarz po raz pierwszy od lat drgnęła pod wpływem czystego, ludzkiego wzruszenia.
Z gabinetu obok wyszedł sam Wiesław – potężny, siwy mężczyzna o niedźwiedzich barach i przenikliwym spojrzeniu instruktora jednostek specjalnych. Spojrzał na Marka, potem na zszokowanego Ihara i zapłakaną Alenę.
– Widzę, Marek, że wasze ścieżki krzyżują się w tym mieście bardziej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać – mruknął Wiesław swoim niskim, chropowatym głosem, kładąc potężną dłoń na ramieniu Marka. – Wejdźmy do środka. Musimy pogadać o tym, co wasi chłopcy zrobili wczoraj na Kazimierzu. Rosjanie tak łatwo nie odpuszczą, a stare rany lubią krwawić w najmniej odpowiednich momentach.
Oczyszczenie ran
Wiesław z niepasującą do swojego wyglądu delikatnością zarządził przerwę w pracy, zamykając drzwi gabinetu i zostawiając Ihara i Alenę samych w małym, wyłożonym drewnem pokoju socjalnym. Na stole parowały dwa kubki czarnej herbaty.
Ihar siedział ze splecionymi dłońmi. Człowiek, który bez mrugnięcia okiem dusił ludzi, teraz nie potrafił spojrzeć Alenie prosto w oczy. Widział w niej zbyt wiele ze zmarłej Swietłany.
– Myśleliśmy, że nie żyjesz, Ihar – odezwała się cicho Alena, owijając dłonie wokół ciepłego kubka. – Po tym, jak uciekłeś na Ukrainę, do Pułku Kalinowskiego, słuch o tobie zaginął. Moja matka płakała co noc.
– Musiałem zniknąć, Alena. Dla waszego bezpieczeństwa – odpowiedział niskim, zachrypniętym głosem. – Każdy, kto mnie znał, był celem dla KGB. Jak tu trafiłaś? Do Krakowa? Do Wiesława?
Alena uśmiechnęła się blado, patrząc w stronę zamkniętych drzwi gabinetu starego oficera WSI.
– Gdy reżim zaczął naciskać na naszą rodzinę, uciekłam przez zieloną granicę do Polski. Na początku byłam przerażona. Trafiłam tutaj, do firmy Wiesława. Kiedy go pierwszy raz zobaczyłam… tego żylastego, surowego faceta z ochrypłym od wódki i papierosów głosem, który nosił pod kurtką broń, bałam się go potwornie. Myślałam, że to kolejny bandyta. Ale z czasem… Ihar, on ma złote serce. Pomógł mi z dokumentami, doradził przy wynajmie małego mieszkania na Podgórzu, traktuje mnie jak własną córkę. Nauczyłam się go szanować. To niesamowity człowiek. Teraz mam z nim i jego rodziną tak bliską relację, że nawet wyprowadzam czasem na spacery, albo do groomera Zefira, bichona jego żony.
Ihar skinął powoli głową, czując, jak puszcza w nim wieloletnie napięcie.
– Cieszę się, że jesteś bezpieczna. A on… – Ihar zawahał się, a jego wzrok stwardniał. – Ten skurwiel. Syn generała. Wiesz coś o nim?
Alena spuściła wzrok, a jej błękitne oczy zaszły łzami.
– Wyjechał z Moskwy. Mieszka teraz w Brazylii, w Rio de Janeiro. Ojciec kupił mu tam luksusowy i apartament w bezpiecznej dzielnicy Leblon i załatwił pracę w przedstawicielstwie rosyjskiej firmy. Myśli, że tam, za oceanem, nikt go nie dojedzie. Że tam jest wolny.
Ihar zacisnął pięści tak mocno, że pobielały mu kłykcie. Spojrzał na Alenę, a w jego głowie powoli rodził się plan ostatecznej odpłaty.
– Znajdę go, Alena. Obiecuję ci to.
Ta rozmowa zmieniła wszystko. W ciągu kolejnych tygodni, za każdym razem, gdy Ihar wracał z rotacji na granicy do Krakowa, meldował się na Podgórzu. Spacerowali wzdłuż Bulwarów Wiślanych, jedli obiad w małych kawiarniach na Kazimierzu. Powoli, z każdym spotkaniem, rodziło się między nimi coś głębszego – zrodzone z dwojga poranionych przez ten sam reżim dusz, które w końcu odnalazły bezpieczną przystań. Stali się parą.
Śmierć w krakowskim smogu
Rosyjska siatka w Krakowie wciąż była aktywna. Po nieudanym zamachu na Kazimierzu, GRU rzuciło do gry swojego asa – Ilję „Korsarza” Pietrowa. Pietrow działał w Polsce na fałszywym, argentyńskim paszporcie. Był mrocznym, psychopatycznym zabójcą, który posiadał unikalne zdolności skradania się i walki nożem – profilowo stanowił dokładne, rosyjskie odbicie Alejandro „Sicario” Gomeza.
Marek Lisowski wysłał przeciwko niemu swoją najbardziej zabójczą sekcję: Thiago, Sicario oraz japońskiego snajpera, Kenjiro.
Do ostatecznego starcia doszło w opuszczonym, poprzemysłowym rejonie krakowskich Rybitw. Mgła mieszała się z gęstym dymem z pobliskich kominów.
Kenjiro zajmował pozycję na dachu starego silosu zbożowego, trzymając w dłoniach swój powtarzalny karabin wyborowy Sako TRG. Przez optykę termowizyjną lustrował teren. Nagle w jego słuchawce zatrzeszczał głos Erika, który obserwował wszystko za pomocą małego drona:
– Kenjiro, uwaga! Masz kontrsnajpera na godzinie drugiej, dach magazynu logistycznego!
Było za późno. „Korsarz” Pietrow nie działał sam – ubezpieczał go elitarny strzelec z Syberii. Rozległ się głośny, stłumiony wystrzał. Pocisk kalibru .338 Lapua Magnum przeszył ramię i klatkę piersiową Japończyka. Kenjiro osunął się na betonowy dach. Konając, zdołał jednak nacisnąć spust po raz ostatni – jego pocisk trafił syberyjskiego snajpera prosto w oko, eliminując go z gry. Japoński as odszedł jako wyznawca Straight Edge – do końca czysty, precyzyjny i bezwzględny.
Na dole, wewnątrz labiryntu kontenerów, Thiago i Sicario usłyszeli strzały. Thiago „Malandro” z wściekłością faweli ruszył do przodu , odcinając drogę ucieczki dwóm rosyjskim osłonowym. Brazylijczyk wpadł na nich jak huragan – krótkimi seriami zlikwidował pierwszego, a drugiego powalił rzucając w niego nożem, po czym dobił strzałem z bliska.
W tym samym czasie w najciemniejszym zaułku hal doszło do pojedynku tytanów. „Korsarz” Pietrow, z nożem bojowym, wyskoczył z cienia na Alejandro.
To była krótka, przerażająca walka dwóch potworów. Pietrow był szybki, ale Sicario Gomez miał za sobą lata rzezi w Medellín. Kolumbijczyk zablokował pchnięcie Rosjanina lewym przedramieniem, pozwalając, by ostrze rozcięło mu skórę, a prawą ręką wyprowadził potężne, chirurgiczne cięcie swoją maczetą, niemal całkowicie odrąbując Rosjaninowi dłoń w nadgarstku.
Pietrow upadł na kolana, charcząc. Sicario stanął nad nim, a jego oliwkowa twarz w świetle pożaru wyglądała jak oblicze samej Śmierci.
– Santa Muerte przyjmuje twój argentyński paszport, pendejo – wyszeptał Kolumbijczyk, po czym jednym, płynnym ruchem maczety zakończył życie najgroźniejszego likwidatora GRU w Polsce.
Ostatni akt sprawiedliwości
Trzy miesiące później. Luksusowa, tętniąca życiem dzielnica Leblon w Rio de Janeiro. Słońce paliło złocisty piasek Copacabany, ale w cieniu tarasu jednego z ekskluzywnych penthousów czas płynął wolniej.
Anatolij Bielajew – syn generała-majora białoruskiego KGB, morderca Swietłany – siedział w samych szortach, popijając caipirinhę i przeglądając coś w telefonie. Myślał, że uciekł przeznaczeniu.
Drzwi tarasowe otworzyły się bezszelestnie. Do środka wszedł Ihar w towarzystwie dr. Friedricha Vossa. Afrykaner miał na sobie lekki, lniany garnitur, ale jego przezroczyste oczy wciąż niosły ze sobą chłód Hadesu.
Anatolij zerwał się z fotela, ale potężny cios Ihara w splot słoneczny natychmiast zwalił go z nóg. Białorusin chwycił go za włosy, podnosząc jego twarz do góry i zmuszając, by spojrzał na zdjęcie Swietłany, które Ihar trzymał w lewej dłoni.
– Pamiętasz ją, suko? – wycharczał Ihar po białorusku. – Sześć lat temu w Mińsku. Myślałeś, że twój tatuś kupi ci całe życie?
Anatolij zaczął skomleć, błagając o litość i oferując miliony z kont ojca. Ihar uniósł czarny komboskion. Przez ułamek sekundy chciał zacisnąć pętlę na jego szyi. Chciał poczuć, jak pęka jego krtań. Ale obiecał coś Vossowi. Ta śmierć nie mogła być szybka.
Voss podszedł powoli, wyciągając z kieszeni metalowe etui, w którym znajdowała się strzykawka z gęstym, żółtawym płynem – autorską neurotoksyną opartą na jadzie afrykańskich węży i syntetycznych związkach paraliżujących.
– Sznur to zbyt duża łaska dla kogoś takiego, Ihar – powiedział chłodno Voss po rosyjsku, nachylając się nad trzęsącym się Anatolijem. – Ta substancja nie wyłączy kory mózgowej. Przez następne dwadzieścia cztery godziny pańskie receptory bólowe będą działać na trzysta procent normy, podczas gdy pańskie mięśnie gładkie, kawałek po kawałku, będą ulegać martwicy. Będziesz czuł, jak płoną twoje własne płuca, Bielajew. Będziesz błagał o śmierć, ale twój układ nerwowy utrzyma cię w pełnej świadomości do samego końca.
Voss precyzyjnie wbił igłę w udo Białorusina i powoli wcisnął tłok.
Anatolij wydał z siebie pierwszy, stłumiony skowyt, gdy toksyna zaczęła rozchodzić się po naczyniach krwionośnych. Ihar puścił jego włosy, pozwalając mu osunąć się na luksusowe kafelki tarasu w Leblon.
Białorusin odwrócił się, podszedł do barierki i spojrzał na majaczącą w oddali statuę Chrystusa Odkupiciela w Rio. Wyciągnął telefon i wysłał jedną, krótką wiadomość tekstową do Aleny, która czekała na niego w bezpiecznym mieszkaniu na krakowskim Podgórzu:
„Sprawa załatwiona. Wracam do domu, Alena. Do ciebie.”
Cyfrowy sabotaż Erika
W sterylnym, chłodnym pomieszczeniu technicznym w Tyńcu panowało absolutne milczenie, przerywane jedynie miarowym szumem wentylatorów serwerowni. Erik, trzydziestoletni Duńczyk, siedział przed potężną konsolą z sześcioma monitorami. Jako zdeklarowany wyznawca filozofii Straight Edge, nie potrzebował stymulantów – jego umysł, wolny od jakichkolwiek używek, działał z prędkością procesora kwantowego.
Właśnie kończył trwający od sześciu tygodni proces penetracji zabezpieczeń cyfrowych Zachodniego Okręgu Wojskowego Federacji Rosyjskiej. Wykorzystując autorskie exploity i luki w protokołach sieciowych, Duńczyk ominął zapory FSB i spenetrował tajne fundusze operacyjne wroga.
Jego palce wykonały ostatnią, bezbłędną sekwencję na klawiaturze.
– Operacja „Kaper” zakończona – mruknął pod nosem Erik.
Zimny, binarny kod na ekranie zmienił kolor na zielony. W ułamku sekundy z rosyjskich kont wojskowych wyparowała astronomiczna suma ponad stu czterdziestu milionów dolarów. Pieniądze, przepuszczone przez setki mikroskopijnych transakcji i systemów czyszczących, zostały rozdzielone i zdeponowane na kilkudziesięciu zaszyfrowanych, bezpiecznych kontach bankowych Grupy Chopina w Kostaryce, na Dominikanie oraz w Singapurze. Budżet firmy na operacje czarne i nowoczesny sprzęt taktyczny został zabezpieczony na dekadę w przód.
Jednak Erik nie poprzestał na kradzieży funduszy. Chciał zadać wrogowi cios upokarzający.
Wykorzystując uprawnienia administratora, które zdobył podczas włamania, Duńczyk przeszedł na serwery głównej rosyjskiej agencji prasowej TASS. Trzy uderzenia w klawisz Enter wystarczyły, by na stronie głównej oraz we wszystkich kanałach informacyjnych pojawił się oficjalnie wyglądający, pilny komunikat:
„PILNE: Minister Siergiej Szojgu oraz Minister Siergiej Ławrow czasowo nie sprawują swoich obowiązków służbowych. Obaj urzędnicy państwowi zostali pilnie hospitalizowani w zamkniętym ośrodku klinicznym w Moskwie w związku z nagłym zarażeniem i ostrą odmianą syfilisu. Stan pacjentów jest stabilny, ale wymaga izolacji.”
Wpis wisiał na stronie agencji przez niecałe dwadzieścia minut, zanim rosyjscy administratorzy, spoceni z przerażenia, zdołali odciąć zasilanie serwerów. To jednak wystarczyło. Informacja została natychmiast przechwycona przez światowe media, wywołując lawinę kpiących artykułów, memów i fali potężnego upokorzenia dla Kremla. Rosyjskie służby i piony cybernetyczne FSB były wściekłe, ale całkowicie bezradne – Duńczyk nie zostawił po sobie ani jednego cyfrowego śladu, przekierowując logi na losowe serwery w samej Korei Północnej.
Kaukaskie pozdrowienia
Dwa tygodnie po rajdzie w Królewcu i zamachu w Krakowie, jeden z najwyższych rangą generałów i faktyczny szef Głównego Zarządu Wywiadowczego (GRU) postanowił udać się na nieoficjalny, głęboko zakonspirowany urlop do Gruzji. Ukryty w luksusowej, prywatnej willi w rejonie kaukaskich uzdrowisk niedaleko Tbilisi, czuł się całkowicie bezpieczny, chroniony przez elitarną obstawę.
Nie wiedział jednak, że jego śladem ruszył Lasza
. Gruziński weteran z 2008 roku, napędzany głęboką, narodową i osobistą nienawiścią do rosyjskiego imperializmu, nie potrzebował zaawansowanej logistyki. Znał te góry lepiej niż ktokolwiek inny.
Akcja była krótka i bezwzględna. Lasza, we współpracy z lokalnymi kontaktami z dawnych struktur wojskowych, nie bawił się w ciche skradanie. Gdy opancerzony SUV szefa GRU poruszał się górską, krętą drogą w kierunku Tbilisi, Gruzin czekał na niego na skalnej półce.
Lasza użył ciężkiego, radzieckiego granatnika przeciwpancernego RPG-7. Pocisk skumulowany uderzył prosto w komorę silnika pojazdu, rozrywając przód auta i spychając je w głęboką, kilkusetmetrową przepaść. Żaden z pasażerów, włączając w to szefa GRU, nie miał szans na ratunek.
Stojąc na krawędzi urwiska, Lasza spojrzał w dół na płonący wrak, splunął na kaukaską ziemię i rzucił cicho do telefonu satelitarnego, łącząc się z biurem Marka Lisowskiego w Krakowie:
– Dług z 2008 roku i z Królewca został spłacony. Szef GRU nie wróci z urlopu.
Epilog
Ciepłe, jesienne słońce leniwie oświetlało ogród domku jednorodzinnego w podkrakowskich Zielonkach. Dr Tomasz Maczek siedział na drewnianym tarasie, trzymając w ręku kubek gorącej kawy. Z trawnika dobiegał głośny, radosny śmiech jego dzieci – sześcioletnia córeczka właśnie z dumą pokazywała starszemu bratu, jak potrafi samodzielnie manewrować rowerem między drzewkami owocowymi. Z kuchni dobiegał zapach pieczonego przez żonę ciasta.
Dla Tomasza to był idealny świat. Świat, dla którego warto było żyć i wracać z najgłębszego piekła.
Jego myśli uciekły jednak na moment do surowych murów tynieckiego schronu oraz bazy na Suwalszczyźnie. Tomasz był sercem Grupy Chopina, lekarzem, który łatał ciała i dusze ludzi skazanych na wieczną wojnę. Wiedział to, czego nie widzieli cywile na ulicach Krakowa – że wojna hybrydowa nigdy się nie kończy, a pokój jest tylko kruchą iluzją kupowaną krwią w cieniu nocy.
Większość najemników z Grupy Chopina nie potrafiła i nie chciała już wrócić do normalnego życia. Zostawali w firmie, połączeni braterstwem broni i lojalnością wobec Marka Lisowskiego.
Potężny Marcin „Kloc”, specjalista od taktyki zielonej wciąż pił bimber i pilnował suwalskich lasów, czując się tam bezpiecznie jak nigdzie indziej. Jason topił swoje PTSD w walce i imprezach, a nadpobudliwy Krzysiek „Szerszeń” z Nowego Sącza spędzał dnie w laboratorium Erika, projektując kolejne rojów dronów FPV, napędzany milionami dolarów, które Duńczyk ukradł Rosjanom. Francuz Jean-Pierre, porucznik Nowakowski, Marcin i Chorwat Branimir stanowili żelazny trzon średniego szczebla, gotowi na każde wezwanie Lisowskiego.
Thiago „Malandro” i Alejandro „Sicario” Gomez stali się nierozerwalnym duetem – brazylijska charyzma i kolumbijski mrok idealnie czyściły polskie zaułki z rosyjskich agentów. Sam Ihar, choć odnalazł spokój i miłość w ramionach Aleny na Podgórzu, regularnie meldował się w biurze CSTS. Jego wendeta została dokonana, ale lojalność wobec Marka, który dał mu narzędzia do jej spełnienia, była wieczna. No i dr Friedrich Voss – Hades, który wciąż zarządzał mroczną farmacją w podziemiach.
Tomasz upił łyk kawy i uśmiechnął się do biegnącej w jego stronę córki. Wiedział, że gdy telefon w jego kieszeni znowu zawibruje, a na ekranie pojawi się nazwisko Marka Lisowskiego, spakuje swoją torbę medyczną TCCC, ucałuje żonę i pojedzie do Tyńca, albo na pogranicze. Bo Grupa Chopina była tarczą, która chroniła Polskę, więc pośrednio także ten mały, bezpieczny świat w Zielonkach. I dopóki oni żyli w cieniu, jego dzieci mogły bezpiecznie śmiać się na słońcu.