Polityka, jak wszystko w naszym postkomunistycznym i neoliberalnym państwie, charakteryzuje się całkowitym bałaganem pojęciowym i pomieszaniem aksjologii różnych płaszczyzn. Szczególnie widzimy to w każdej praktycznie kwestii, gdzie pojawia się inny naród, etnos lub państwo niż nasze własne. Widzimy tu wyraźny spór optyki wspólnotowej, jak i optyki dobrudzkiej czy ogólnoludzkiej. Co ciekawe – niespecjalnie się ona pokrywa z klasycznymi podziałami na lewicę i prawicę. Mamy bowiem paradoksalną sytuację, gdy prawica – afiszująca się z dbałością o Naród – powszechnie popiera imigrację, w tym cała Konfederacja, a z drugiej strony mamy lewicowców jak Okraska czy Woś albo środowiska „Tygodnika Solidarność”, którzy mocno krytykują właśnie ową imigrację. Tak samo widzimy spore różnice zdań chociażby w temacie Ukrainy i Ukraińców, paktu migracyjnego, pomocy wszelkiej ludności obcej względem Polski etc. Pomijając wszelkie medialne fluktuacje, agenturalność i zwykłą głupotę, to jednym z głównych zjawisk warunkujących to przysłowiowe „pomieszanie z poplątaniem” jest konflikt i mylenie etyki odpowiedzialności i etyki przekonań.
Pojęcia te wprowadził już bardzo dawno temu Max Weber. Etyka przekonań to uznanie, że z wyznawanych przez siebie wartości i przekonań co do tego, co jest słuszne i jak należy postępować w zgodzie ze swoją aksjologią, wynika to jak mamy żyć, zachowywać się w relacjach z innymi i jakie decyzje podejmować. Oczywiście jest tu – jak wszędzie zresztą, miejsce na hipokryzję i niekonsekwencje, ale nam chodzi o konstatację, że etyka przekonań to sposób w jaki każdy z nas indywidualnie zachowuje się na co dzień i wartościuje swoje życie.
Etyka odpowiedzialności zaś odwołuje się do powinności i właśnie odpowiedzialności, za powierzone nam aspekty – w polityce chodzi przede wszystkim o odpowiedzialność za Naród, państwo czy społeczeństwo. A więc osławiony realizm polityczny, nie wnikając już w znaczenie tego terminu i jego odmiany, oznacza że nie kierujemy się brakiem zasad, a po prostu etyką warunkującą inne wartości i punkt odniesienia. Tu niespecjalnie jest miejsce na właśnie „lubię – nie lubię”, a kierować się trzeba świadomością, że nasze działania mają być korzystne dla dobra ogółu. I stąd obiegowa prawda (skądinąd w dużej mierze słuszna przecież), że polityka to brudna dziedzina i promuje działania nieetyczne. Problem tu leży właśnie w niezrozumieniu tego, że jakiekolwiek działanie w imieniu kogoś – społeczeństwa, narodu czy państwa opiera się właśnie na etyce odpowiedzialności.
Tutaj nie ma znaczenia, czy kogoś lubimy, czy coś nam się podoba, czy jakieś zagrywki lub metody uważamy za moralne lub też nie. Tu opieramy się na interesie narodowym oraz racji stanu – i to jest właśnie odpowiedzialność. Przykładowo: każdy i każda z nas w życiu codziennym kieruje się antykomunizmem. To oczywiste – komunizm to syf moralny, polityczny i jakikolwiek inny. Jednak jako politycy czy takim samym antykomunizmem będziemy się kierować np. w relacjach z Chinami czy Wietnamem? Przy założeniu, że np. negocjujemy układ handlowy, który da Polsce duże pieniądze, nowe miejsca pracy a także transfer technologii? Tak samo – jeśli jakiś polityk w życiu prywatnym jest świnią, jak np. Berlusconi – to jako zwykły człowiek mamy prawo, a nawet obowiązek takiej świni ręki nie podawać. Ale jako polityk? Zwłaszcza, że Włochy to istotny partner i gracz na mapie politycznej Europy?
Jako, że wspakultura przenikła wszelkie aspekty publicznego funkcjonowania naszego państwa i społeczeństwa, to i tu objawia się ona właśnie owym pomieszaniem etyki przekonań i odpowiedzialności. Wynika to z hiper indywidualizmu, który nakazuje ludziom, zwłaszcza liberalnej i lewicowej proweniencji, traktować wszystko w indywidualistyczny sposób. Zamiast więc – tak jak powinni – przełożyć obowiązek i odpowiedzialność nad swoje osobiste przekonania, to robią coś zupełnie przeciwnego. Nieważne jest dla nich to, co dobre dla ogółu, ale to co dobre wedle ich własnego moralnego kompasu.
Chociażby kwestia imigracji. To, że jest ona szkodliwa, widzi każdy kto ma sprawnie działające półkule mózgu. Niszczy ona rynek pracy, rozbija Naród, zwiększa przestępczość, rodzi konflikty, stwarza groźbę terroryzmu czy sabotażu. A mimo to słyszymy codziennie, że trzeba pomagać komuś tam, bo to „nasz obowiązek” albo to „humanitarne” czy „ludzkie”. I tak, w ramach codziennego życia każdy ma prawo – a często i obowiązek – pomóc potrzebującemu. Jednak jako osoba sprawująca władzę, także medialną, ma obowiązek przede wszystkim dbać o dobrostan swojej wspólnoty – wynika to wprost z faktu istnienia państwa i wspólnoty narodowej. Nie dlatego dbamy o nasz Naród czy rodzinę bo są obiektywnie lepsze – ale dlatego, że są nasze. I tak samo – polityk czy parlamentarzysta ma obowiązek myśleć o dobru swojego państwa, bo to jego państwo i jego współobywatele. Ludzie funkcjonują w ramach państw, co jest faktem obiektywnym od wielu tysięcy lat, a więc i publiczna działalność musi wiązać się z etyką odpowiedzialności za to państwo i jego obywateli.
Tak samo sprawa wygląda choćby z Ukrainą. Tu zresztą mamy jeszcze większy mętlik, bo obok siebie stoją ludzie, który podzielają identyczne poglądy, ale z zupełnie różnych względów. Ktoś kto mówi, że Ukrainie należy pomagać z przyczyn humanitarnych, robi to bo jako wspakulturowiec posługuje się etyką przekonań. Natomiast jeśli mówimy, że pomagamy wojskowo Ukrainie, bo to w naszym elementarnym interesie, ze względu na odwieczne i nieprzemijające zagrożenie ze strony rosyjskiego ześcierwienia, to robi to bo myśli o swojej wspólnocie i jej bezpieczeństwie. Co ciekawe – tu też będą pewne różnice. Jeśli bowiem mając na uwadze dobro Polski i polskiego Narodu optujemy za wspieraniem Ukrainy, to przecież nie będziemy robić tego bezrefleksyjnie a pojawiające się zgrzyty i problemy rozpatrywać i załatwiać będziemy nie z myślą o dobrym samopoczuciu Ukraińców, ale o realizacji interesu naszej wspólnoty – to właśnie odpowiedzialność. Oczywiście, Ukraińcom należy współczuć po ludzku, jednak polityka i państwowość kierują się innymi, opartymi o odpowiedzialność, kryteriami. Dla nas najważniejsze jest, by w Polsce nie spadały bomby.
Jeszcze bardziej kontrowersyjny temat to chociażby dostęp wszelkiej ludności napływowej do dobrodziejstw (jeszcze nie całkiem rozmontowanego) państwa polskiego – służby zdrowia, edukacji etc. Słyszymy nieraz, że ta czy inna grupa ludzi (zwłaszcza w tzw. „ośrodkach uchodźczych”) posiada dostęp do lekarzy i to specjalistów poza wszelką kolejnością. To już nawet nie równe traktowanie z obywatelami Polski i członkami Narodu, ale wręcz traktowanie uprzywilejowane i to wysoce. Czy to powinno się dziać? Gdyby kierować się wszechmiłością i dobroludzizmem to być może, ale jeśli mówimy o etyce odpowiedzialności i wierności swojemu Narodowi – to tak, wtedy Polacy powinni mieć pierwszeństwo w dostępie do edukacji, służby zdrowia czy czegokolwiek innego zapewnianego przez polskie państwo. I przede wszystkim żaden polityk, parlamentarzysta czy działacz społeczny albo dziennikarz nie powinien sugerować i propagować innych rozwiązań. Wynika to znowuż z tejże etyki – jesteśmy odpowiedzialni nie tylko „za” ale i „przed” – przed Polakami i Polkami, który stanowią tu ludność tubylczą, których przodkowie budowali i tworzyli to państwo oraz jego dorobek i już z tego punktu mamy prawo do pierwszeństwa a osoby publiczne do obrony tegoż.
Tak samo w kwestii socjalu – analizować jego dostępność należy ze względu na szeroko i kompleksowo rozumiany interes narodowy. Jeśli 800+ przyznawany uchodźcom z Ukrainy ma np. pozwolić na uniknięcie innych wydatków, zażeganiu określonych konfliktów czy drenażu rynku pracy (osoby pozbawione socjalu chętniej zgodzą się na gorsze warunku płacowe i prawne wykonywanej pracy) to ok, zgódźmy się na to (choć tu postulat prezydenta Nawrockiego o konieczności pracy jest nad wyraz słuszny – oczywiście w kontekście uchodźców, a nie Polaków). Jednak samo twierdzenie, że coś się komuś obcemu należy z powodów humanitarnych czy innych, jest wspakulturą w czystej postaci.
Rzecz jasna owo pomieszanie porządku obu etyk dotyka szerokiego spektrum polskiej sceny politycznej i publicznej. Nie zawsze wynika wyłącznie z tego, że ktoś w ramach praktykowanego indywidualizmu przekłada osobiste poglądy nad swój obowiązek. Często wynika to zarówno z aspektów funkcjonowania w pewnym środowisku czy grupie – przykładowo w środowiskach akademickich czy naukowych jest dobrze widziane praktykowanie i chwalenie się wszelkimi działaniami antynarodowymi, wrogimi wspólnocie i tym, co można podpiąć pod internacjonalizm i ojkofobię. Częściej jednak jest tak, bo zwyczajnie pewnym ludziom łatwiej tak realizować swoją agendę. Przykładowo prawica wolnorynkowa nieraz mówi o humanitaryzmie w kontekście imigrantów, a tak naprawdę chodzi o tanią siłę roboczą i drenaż pracowników na lokalnym runku pracy. Przykładów takich możemy mnożyć, niejednokrotnie mamy tu do czynienia z działaniami o charakterze agentury wpływu, chociażby w kontekście ekologii. Tu często argumenty oparte o indywidualne przekonanie o pewnych koniecznościach wobec świata natury wynikają z tego, że obce wpływy (głównie niemieckie) dobrze to opłacają.
Odbudowa i naprawa życia społecznego i publicznego a tym samym Rzeczpospolitej zacząć się powinna od sfery pojęć i terminów. Tak długo jak nie zrozumiemy, że służba publiczna opiera się nie na służeniu innym, obcym, czy wierności swoim prywatnym poglądom ale właśnie na służeniu swojej wspólnocie, swojemu Narodowi i dbaniu o własne państwo, tak długo będziemy bezproblemowo rozgrywani przez inne, lepiej działające i zorganizowane, struktury i rządy.