Kacper Słomka - Doświadczenie i mit

Każdy człowiek posiada swój bagaż doświadczeń, które kształtują jego osobowość. Takie stwierdzenie jest oczywistym truizmem, a to że w ten sposób rozpoczyna się niniejszy artykuł jest ni mniej ni więcej pewną prowokacją z mej strony. Bo nie o doświadczeniach jednostki, czy jej psychologii będzie tu mowa.

Więc może tematem niniejszego artykułu będą doświadczenia zbiorowe i pokoleniowe wspólnoty narodowej? Owszem, po części tak, jednak nie wyczerpuje to formuły tematu. Oczywiście będę w niniejszym artykule odwoływał się do różnego rodzaju doświadczeń historycznych naszego Narodu, jak prawie zawsze czynię oddając się na piśmie rozważaniom historiozoficznym, jednak nie będą one istotą, a jedynie elementem rozważanej kwestii.

Patrząc na drugą część tytułu ktoś mógłby więc pomyśleć, że będę rozważał kwestie mitów narodowych. To także jednak tylko częściowa prawda.

Najbliżej prawdy byłby ten czytelnik, który uznałby, że artykuł jest poświęcony relacji pomiędzy doświadczeniem i mitem- ich wzajemnym oddziaływaniom na siebie, itp. I to można wywnioskować z tytułu, jednak wyjaśnienie kwestii relacji między doświadczeniem i mitem stanowi tu jedynie punkt wyjścia. Punktem dojścia bowiem, będzie próba odpowiedzi na pytanie w jaki sposób doświadczenia i mity, oraz różnice między tworzonymi przez nie konstruktami tożsamościowymi współistniejącymi w naszym społeczeństwie przekładają się na jego funkcjonowanie we współczesnym złożonym świecie.

Mając świadomość, że odpowiedź na tak postawiony problem jest trudna, a udzielenie jej w sposób jednoznaczny zdaje się być nieomal niemożliwe, pragnę rozpocząć od wyjaśnienia kwestii podstawowych.

Co jest co?

Czym właściwie jest doświadczenie zbiorowe?

Doświadczenie można zdefiniować stosunkowo prosto. Jest to pewne wydarzenie z życia, które prowadzi do utrwalenia w umyśle, świadomości lub podświadomości pewnych wzorców zachowań, kształtuje późniejszy sposób postrzegania rzeczywistości i reagowania na nią.

Trudniej jednak zdefiniować doświadczenie zbiorowe.

Czy doświadczeniem zbiorowym jest każde wydarzenie dotyczące wspólnoty i wpływające na jej postrzeganie rzeczywistości? Można by tak podejść do sprawy jednak wówczas pojęcie doświadczenia zbiorowego rozszerzy się do granic trudnych do zdefiniowania. Jakie więc kryterium należałoby przyjąć za definiujące doświadczenie zbiorowe? Niewątpliwie, w pierwszej kolejności, kryterium trwałości oddziaływania. Im trwalsze skutki danego wydarzenia w zbiorowej świadomości wspólnoty, im dłużej i bardziej kompleksowo dane wydarzenie wpływa na jej sposób funkcjonowania, tym bardziej można uznać je za doświadczenie zbiorowe- z rodzaju doświadczeń dziejowych lub pokoleniowych.

Drugim ważnym kryterium jest kwestia powszechności. Na im szerszą wspólnotę oddziałuje świadomość danych wydarzeń, tym bardziej można je uznać za doświadczenie zbiorowe o dużej wadze znaczeniowej tego określenia.

Przy tej kategoryzacji powstaje zarazem pewien istotny problem, który w zasadzie już został zasygnalizowany. Podział ogółu doświadczeń zbiorowych na doświadczenia pokoleniowe i dziejowe. Przy omawianiu ich można bez trudu posłużyć się analogią do prostokąta i kwadratu, pojazdu gąsienicowego i czołgu, metonimii i synekdochy, czy dajmy na to zupy i eintopfu. Otóż, każde doświadczenie dziejowe jest zarazem doświadczeniem pokoleniowym, jednak nie każde doświadczenie pokoleniowe staje się doświadczeniem dziejowym. Jest to kwestia pewnych procesów, które mogą, lecz nie muszą zajść, jako żywo niczym proces odparowywania przy gotowaniu wspomnianego eintopfu.

Wydarzenie stające się doświadczeniem pokoleniowym będzie zawsze oddziaływało na konkretne pokolenie, jako na wspólnotę generacyjną. Aby jednak stało się ono doświadczeniem dziejowym, oddziaływającym na szerszą wspólnotę, ponad podziałami generacyjnymi potrzebuje utrwalenia w kulturze i świadomości. Ściślej biorąc- potrzebuje narracji i nadbudowy ideowej. Nośników utrwalenia w świadomości. Te zaś wszystkie streszczają się w jednym słowie- mit.

Bo czymże właściwie jest mit, w sensie opowieści tożsamościowej? Jest on niczym więcej jak utrwaloną narracją o wydarzeniach będących doświadczeniami dziejowymi konkretnej wspólnoty. Istnieje tu pełna korelacja między mitami klasycznymi, którym zostały poświęcone starożytne eposy jak ,,Iliada” ,,Odyseja” czy ,,Eneida”, a opowieściami znacznie bliższymi współczesnym czasom i bardziej realnymi, obudowanymi wokół powstania styczniowego, powstań śląskich, Orląt Lwowskich czy różnych epizodów II wojny światowej. W każdym z tych wypadków narracja służy utrwaleniu oddziaływania tożsamościowego. W jaki sposób jednak doświadczenie buduje mit i jakie doświadczenia i mity wpływają na nas obecnie? Dlaczego tak trudne, miewam wrażenie że coraz trudniejsze, staje się zbudowanie spójnej wspólnoty tożsamościowej wokół wspólnych mitów funkcjonujących w naszej wspólnocie narodowej? To już są kwestie do szerszych rozważań. Spróbujmy przynajmniej częściowo sobie na nie odpowiedzieć.

Wydarzenie, doświadczenie, mit i co z tym dalej?

Każde wydarzenie, które ma w sobie ładunek tragiczny musi stać się doświadczeniem, niejako mocą samego swego oddziaływania na świadomość jego uczestników. Nieomal każde z kolei doświadczenie dotyczące wystarczająco dużej wspólnoty ludzi i oddziaływające na tę grupę wystarczająco głęboko ma potencjał mitu. A jak pokazują badania historyków i archeologów u źródeł każdego chyba mitu tożsamościowego leży takie lub inne konkretne doświadczenie zbiorowe. Już XIX wieczne badania zaprzeczyły wszak, popularnym w oświeceniu, tezom o wyłącznie fikcyjnej osnowie przekazów mitologicznych np. starożytnej Hellady. Dzięki Schliemannowi wiemy, że wojna trojańska była faktem, że w istocie gród Troja istniał i że w istocie około 1220 p.n.e. został zdobyty i spustoszony przez lud Ahhijawa- jak odkryte po Schliemanie hetyckie źródła nazywają homeryckich Ahiaois. Podobnie wykopaliska w Mykenach, zwłaszcza zaś odkrycie Skarbca Atreusza, znanego też jako Grób Agammemnona, każą nam przypuszczać, że i u źródeł mitologicznego przekazu o tragedii rodu Atrydów, musiały leżeć jakieś doświadczenia realne starożytnych Hellenów. Odwołałem się tu do Grecji jako do swoistego wspólnego wszystkim Europejczykom skarbca kulturowego przekazów mitologicznych, ale na naszym ojczystym gruncie mamy również nadto wiele dowodów wskazujących, że i u źródeł naszych legend muszą leżeć jakieś doświadczenia realne naszych odległych przodków. Kopiec Kraka i kopiec Wandy, które wedle badań archeologów musiały powstać między VI a VIII wiekiem p.n.e., a więc znacznie przed nie tylko Mieszkiem, ale i początkami państwa Piastów w Wielkopolsce, każą nam przypuszczać, że u źródeł legend krakowskich utrwalonych przez pisarstwo mistrza Wincentego Kadłubka, także musiały leżeć jakieś wydarzenia realne i wywodzące się z nich doświadczenia zbiorowe ludzi ówczesnych. Zważywszy, że profesor Słupecki nie bez podstaw wskazuje na możliwe celtyckie pochodzenie kurhanów małopolskich- zarówno kopiec Kraka, jak i kopiec Wandy są zorientowane solarnie w ten sposób, że wskazują nam położenie słońca w dni świąt gaelickich właśnie- to być może poetyckie wyobrażenie owego doświadczenia, przedstawione przez Juliusza Słowackiego w jego ,,Lilli Wenedzie” jest bliższe prawdy, niźli się badaczom wydawało. Jednak, jakkolwiek temat ten jest pasjonujący, muszę wbrew wzorcom wspomnianego autora, ograniczyć tu dygresje i ze świata Hellenów i Troadian, Gaelów i Słowian przenieść się w czasy bliższe nam, dla udzielenia odpowiedzi na pytanie fundamentalne dla całych tych rozważań.

Jak to się dzieje, że doświadczenie pokoleniowe staje się mitem tożsamościowym ponadpokoleniowej wspólnoty jaką jest np. Naród? Proces ten ma w sobie coś z orki pola, albo rzeźbienia w drewnie. Gdy już się zakończy, jego wynik jest dla każdego oczywisty i dla samych uczestników procesu po swym zakończeniu wydaje się on czymś prostym, oczywistym, naturalnym. Jednak tylko ci który biorą w nim udział wiedzą, ile w gruncie rzeczy wymaga ów proces wysiłku i to różnego rodzaju. Wszystko zaczyna się jednak jak w Biblii. En arche en ho logos- na początku było słowo. To słowo, które zapoczątkuje mit to nic innego jak opowieść. Opowieść o doświadczeniu pokolenia. Opowieść, lub raczej w liczbie mnogiej- opowieści. Z czasem zaczyna z nich wyrastać narracja. Powstaje zapis kulturowy, epicki. Powstają dzieła kultury, które sprawiają, że narracja wokół konkretnego wydarzenia i doświadczenia zostaje utrwalona. Następnie pokolenia nastające już po przeminiętym doświadczeniu inkulturując się przyjmują tę narrację jako swoją własną. Przyjęcie narracji to już wstęp do internalizacji mitu. Czymże jest owa internalizacja? Jest ona przyjęciem danego mitu jako elementu swojej tożsamości. Gdy to nastąpi wówczas odbiorca mitu staje się jego wyznawcą, a mit staje się mitem tożsamościowym. Tak było z ,,Iliadą” która wokół swego przekazu jednoczyła wszystkich Hellenów, niezależnie od ich podziału na poszczególne poleis. Jak to jest z naszymi mitami? Mitami które funkcjonują w naszym Narodzie? To niestety sprawa bardziej skomplikowana i wymagająca poddania głębszej analizie, której refleksje niestety mogą być dla nas gorzkie.

Jak rosła i jak rozpadła się wspólnota mitologiczna Polaków- albo o tragedii tożsamościowej naszego Narodu.

Nie bez powodu regularnie wracałem do Greków. Mimo, że podzieleni na liczne poleis byli oni jednak jedną wspólnotą mitologiczną dzięki mitowi o wojnie trojańskiej utrwalonemu na dziesiątki sposobów w ich kulturze- od monumentalnych eposów bohaterskich jak Iliada i Odyseja, poprzez poruszające i prowadzące do katharsis dramaty sceniczne jak Agammemnon, Ifigenia, Ofiarnice, czy Trojanki, aż po rzeczy zupełnie drobne ale otaczające Greka na co dzień, jak wazy czerwonofigurowe przedstawiające scenki z bohaterami spod Troi- np. motyw Achillesa opatrującego swego przyjaciela Patroklosa. Przez wiele wieków my Polacy także, pomimo licznych różnic, funkcjonowaliśmy w zasadzie w ramach jednej wspólnoty mitologicznej.

Pierwszym mitem tożsamościowym istotnym dla naszych przodków była idea Corona Regni Poloniae, a więc mit monarchiczny. Założenia tej idei, która w ogólnym zarysie głosiła konieczność zjednoczenia się wszystkich ziem piastowskich pod jednym monarchą, jako pierwsi sformułowali duchowni- zwłaszcza biskup Jakub Świnka jeszcze pod koniec wieku XIII, natomiast człowiekiem, który nadał jej ostateczny kształt i uczynił jedną z podstaw polskiego myślenia politycznego na całe przyszłe wieki był nie kto inny jak ostatni z Piastów- Kazimierz Wielki. Nie tworzyli oni jednak tylko idei politycznej, lecz właśnie budowali mit, gdyż w założeniach swojej idei odwoływali się do dziedzictwa Bolesława Chrobrego, a więc do czasów, których żaden z nich sam nie pamiętał, które były pięknym wspomnieniem chwalebnej przeszłości. Ogromną rolę odegrał tu sposób w jaki epokę wczesnopiastowską przedstawili w swych kronikach Gall Anonim, Wincenty Kadłubek i Jan Długosz. Cały późniejszy nieco idealistyczny obraz panowania Bolesława Chrobrego, który leżał u podstaw mitu piastowskiego, do którego na różne sposoby miały się odwoływać wieki późniejsze w zasadzie zawdzięczamy im. Jednocześnie jednak wymieniając ostatniego z kronikarzy- będącego zarazem wychowawcą wnuków Jagiełły, należy wspomnieć że jest on budowniczym nowego mitu, który miał przyćmić mit piastowski. Mowa o micie grunwaldzkim.

Przykład Jana Długosza i tworzenia się mitu grunwaldzkiego jest też pierwszym przykładem postępującego procesu skracania się dystansu dziejowego pomiędzy doświadczeniem a wytworzeniem się mitu. O ile Chrobrego od Kadłubka dzielą z górą dwa wieki, a nawet i od Galla Anonima ponad wiek, zaś od biskupa Świnki już niemal trzy stulecia, o tyle Długosz tworzy swą kronikę pół wieku po Grunwaldzie, współcześnie do wydarzeń wojny trzynastoletniej, znając dzieje wiktorii grunwaldzkiej z opowieści własnego ojca- weterana tejże bitwy. Jan Długosz opisując bitwę w swojej kronice przedstawił jej heroiczny obraz, uwypuklając bohaterstwo Polaków i kunszt dowódczy Jagiełły, ale także przedstawiając wynik bitwy jako wyraz bożej sprawiedliwości, spełnienie się słów polskiego króla wypowiedzianych do posłów krzyżackich: ,,Chociaż nie potrzebuje mieczów mych wrogów, bo mam w mym wojsku wystarczającą ich ilość, w imię Boga jednak dla uzyskania większej pomocy, opieki i obrony w mej słusznej sprawie przyjmuję te dwa miecze przyniesione przez was, a przysłane przez wrogów pragnących krwi i zguby mojej oraz mego wojska. Do Niego się zwrócę jako najsprawiedliwszego mściciela pychy, która jest nie do zniesienia, do Jego Rodzicielki Panny Marii oraz patronów moich i mojego Królestwa: Stanisława, Wojciecha, Wacława, Floriana i Jadwigi i będę ich prosił, by obrócili swój gniew na wrogów równie pysznych co niegodziwych(…)” Wprowadzenie elementu nadprzyrodzonego, woli bożej w narrację o wydarzeniach historycznych jest tu czymś więcej niźli tylko wyrazem typowej dla ludzi średniowiecza historiozofii teocentrycznej. Jest też budową mitu w jego najbardziej klasycznym ujęciu- jako opowieści o losach wspólnoty, dla której wzorem są bohaterowie pełniący wzniosłą misję daną im z woli boskiej. Jagiełło w tej opowieści urasta więc do roli ucieleśnionego nemesis karzącego pychę i obłudę krzyżacką. Przyczynami klęski niemieckiej w tej opowieści są nie tylko przyczyny czysto wojskowe, zwłaszcza taktyczne. W opowieści Długosza klęska wojsk Ulricha von Jungingena jest jasnym skutkiem sprzeniewierzenia się przez cały Zakon jego powołaniu, regule i cnotom zakonnym. Polacy stają się nie tylko zwycięzcami w sensie militarnych triumfatorów. Są też wykonawcami bożej kary wobec grzeszników, pośrednikami nemesis, i tym samym triumfatorami również moralnymi. Trzeba to z całą mocą podkreślić. Dla naszych przodków epoki Długosza kwestia relacji między wyższością moralną a skutecznością, nie była jak dla późniejszych romantyków problemem prowadzącym do przymusowego ,,godzenia sprzeczności”. Dla ludzi wychowanych na micie Grunwaldu było sprawą wręcz oczywistą, że wyższość moralna powinna wiązać się ze skutecznością, że ludzie wyżsi moralnie, nie powinni tą wyższością tłumaczyć braku skuteczności, lecz przeciwnie- w imię moralnej wyższości robić wszystko by być skutecznymi. Taki był bowiem etos rycerstwa- o którym niewątpliwie będę jeszcze pisał- i taka postawa została niejako ugruntowana doświadczeniem Grunwaldu i wychowaniem na kulcie tego zwycięstwa, micie owej wojny, który to mit został ukuty w pierwszej kolejności przez Długosza, a potem rozwijali go np. Jan z Wiślicy, autor pierwszego polskiego eposu pt. ,,Wojna pruska”, którego tematem była właśnie wiktoria grunwaldzka. Wkrótce poglądy wyrastające z mitu grunwaldzkiego, w obliczu zmieniających się realiów geopolitycznych, ale też kulturowych wywrą wpływ na trzeci z kolei mit tożsamościowy- który okazał się prawdopodobnie jednym z najtrwalszych, choć obok niewątpliwych zalet ma też swoje wady. Oczywiście mowa tu o micie sarmackim, a zwłaszcza jednej z podstawowych jego składowych, tj. przekonania o tym, że Polska jest ante-murale christianitas.

Przekonanie to było ostatecznym wynikiem splecenia się kilku nader różnych wypadkowych. Z jednej strony mit grunwaldzki wychował Polaków do przekonania, że racja moralna winna mieć swych skutecznych obrońców i triumfować w sensie fizycznym, oraz że to nasz Naród winien pełnić rolę miecz bożego. Z drugiej strony po klęsce Krzyżaków zmienili się zupełnie wrogowie zagrażający naszemu krajowi. Najgroźniejszymi stali się z jednej strony muzułmańscy Tatarzy i Turcy (częściej sami Tatarzy, bo z Wielką Portą stosunki Rzeczpospolitej częściej były poprawne niż wrogie), z drugiej zaś również odróżniająca się od Polaków wyznaniem Moskwa. W XVII wieku do tego grona dołączą jeszcze protestanccy Szwedzi, okazjonalnie wespół z również protestanckimi Brandenburczykami. W połączeniu z klęską unii brzeskiej oraz bardzo silną w okresie rządów Zygmunta III Wazy rekatolizacją szlachty doprowadziło to do najpierw wykształcenia się, a potem ugruntowania przekonania o Polsce jako ,,przedmurzu chrześcijaństwa”, przy czym słowo ,,chrześcijaństwo” było w znacznym stopniu rozumiane jako swoiste pars pro toto cywilizacji Okcydentu, do której Polska dzięki chrztowi się zalicza. Ten mit łączył się z szerszym mitem sarmackim, który z kolei był pierwszym, jeżeli nie jedynym jak dotąd polskim mitem tożsamościowym, który ukształtował w pełni wykończony super-system kultury. Podobnie jak tradycja homerycka ukształtowała całą cywilizację Hellenów od literatury po wzorce zdobnicze, tak i u nas- mit sarmacki odcisnął piętno na każdej dziedzinie kultury. Jego wyrazem była zarówno literatura i sztuka wysoka, jak i wzorce obyczajowe, kultura codzienności (włącznie z kulturą podrywu i kulturą picia), jak i nawet strój, zwłaszcza męski, który z perspektywy mieszkańców Zachodu był absolutnie oryginalny na tle sposobu ubierania się innych nacji. Można by nad sarmackim super-systemem kulturowym rozwodzić się długo, jednak w swoim artykule przedstawię tylko dwa przykłady jego elementów, gdyż są one dość istotne dla dalszego ciągu naszych rozważań. Pierwszym jest epos, obecnie zapomniany, przyćmiony przez inną, późniejszą epopeję, tymczasem z perspektywy promowanych postaw daleko bardziej wartościowy. Mowa tu o ,,Transakcji wojny chocimskiej” autorstwa Wacława Potockiego. Utwór ten, napisany przez jednego z najwybitniejszych polskich twórców epoki baroku, opowiada dzieje jednej z największych, zwycięskich bitew stoczonych przez wojsko Rzeczpospolitej Obojga Narodów w jej burzliwych dziejach- pierwszej bitwy pod Chocimiem, która miała miejsce w roku 1621. Wojna ta jest opisana bardzo szeroko i dokładnie, poetyckie strofy Potockiego, wzorem Homera opiewają czyny wszystkich ważnych bohaterów tej wojny, a także zbiorowy wysiłek żołnierzy Rzeczpospolitej. Jednocześnie w odautorskich dygresjach nie brakuje elementów krytyki zepsutych stosunków międzyludzkich, nadużyć feudalnych, wreszcie błędów ustrojowych poczynających w trakcie pisania tego eposu (który został wydany w 1675) powoli psuć Rzeczpospolitą. Ale ani jedno, ani drugie nie jest istotą tego wielkiego pomnika literatury sarmackiej. Jego istotą jest utrwalanie mitu w sposób niejako dystynktywny- poprzez epicką opowieść opartą na wzorcu homeryckim, choć siłą rzeczy schrystianizowanym. Świadectwem tego zamiaru jest już inwokacja owego eposu:

Wprzód niźli sarmackiego Marsa krwawe dzieje
Potomnym wiekom Muza na papier wyleje,
Niż durnego Turczyna propozyt szkarady
Pisać pocznę w pamiętne Polakom przykłady,
Który z niemi zuchwale mir zrzuciwszy stary,
Chciał ich przykryć haraczem z Węgry i Bułgary; —
Boże! którego nieba, ziemie, morza chwalą,
Co tak mdłém piórem jako władniesz groźną stalą,
Co się mścisz nad ostatnim tego domu węgłem,
Gdzie kto usty przysięga sercem nieprzysięgłem;
Ciebie proszę, abyś to, co ku twojéj wdzięce
W tém królestwie śmiertelne chcą wspominać ręce,
Szczęścić raczył; boć to jest dzieło twéj prawice:
Hardych tyranów dumy wywracać na nice,
Mieszać pysznych i z błotem górne równać myśli,
Przez tych, którzy swą siłą od ciebie zawiśli.

Pozwoliłem sobie przytoczyć tę inwokację z trzech powodów- po pierwsze, dla ukazania jak bardzo mit sarmacki, mit ante murale christianitas był zakorzeniony we wcześniejszym micie grunwaldzkim. Po wtóre- ażeby unaocznić sposób postrzegania działania Boga w dziejach przez naszych przodków. Bóg nie działa sam- posługuje się narzędziem, którym jest lud wierny. Jakże dalekie to od naiwnego, romantycznego mesjanizmu wieków późniejszych! Jakże wielce brakuje nam podobnego myślenia obecnie, gdy ogromne masy Narodu żyją często w przekonaniu, że wszystko ,,samo się ułoży”, a co głębiej wierzący lecz niestety po mesjanistycznemu, że ,,trzeba się modlić.” Przypominam o tym, bo w dalszej części mego wywodu będę do mitu sarmackiego powracał. Po trzecie wreszcie- zwróćmy uwagę na tę inwokacje w zestawieniu jej z najsławniejszą inwokacją z naszej literatury- tą z ,,Pana Tadeusza”. Dzieło, któremu dość arbitralnie przypisano rolę naszej epopei narodowej rozpoczyna się inwokacją sielankową w sensie zapowiadanego tematu. I w zasadzie taki ton jest zupełnie uzasadniony- gdyż w zasadzie większa część owej deuteropopei- jak dzieło Mickiewicza nazywał śp. prof. Bogusław Bednarek jest utrzymywana w takim właśnie tonie. Bardziej heroikomicznym, tudzież sentymentalnym niż rzeczywiście epickim w sensie wierności wzorcom klasycznego eposu. Inwokacja ,,Transakcyi wojny chocimskiej” z miejsca uderza w ton bojowy, bo też temat dzieła tego wymaga. Dzieło Potockiego jest bowiem epopeją narodową w pełnym tego słowa znaczeniu, wyczerpując w pełni schemat eposu heroicznego- skupiającego się na wielkim, przełomowym wydarzeniu leżącym u podstaw świadomości wspólnoty, wielkim konflikcie stanowiącym podstawę dla mitu. Wreszcie wyczerpuje Potocki schemat homerycki opiewając bohaterów tego wydarzenia, ze szczególnym uwzględnieniem bohaterów historycznych jak np. Jan Karol Chodkiewicz czy Stanisław Lubomirski. U Mickiewicza porównywalne wydarzenie w zasadzie się nie pojawia. Wyprawa Napoleona na Moskwę, a raczej wkroczenie jego wojsk na Litwę jest pokazana dopiero na końcu dzieła. Bitwa z Moskalami, ostatni zajazd na Litwie są wydarzeniami fikcyjnymi, które tylko mocą poetyckiego słowa stały się podstawą mitu świadomościowego w jakikolwiek bądź sposób. Można więc podziwiać kunszt Mickiewicza, ale to co on nam prezentował to nie jest sarmatyzm, a na pewno nie jest to ten sarmatyzm, który byłby godny naśladowania. Zanim jednak przejdę w czasy życia naszego wieszcza, to trzeba rzec jeszcze jedno. Ów drugi przykład elementu super-systemu kulturowego sarmatyzmu o którym chcę tu wspomnieć to niewątpliwie polonez. Ten jeden element rozległego zjawiska jakim była kultura sarmacka przetrwał ją o wieki i nadal odgrywa dużą rolę w naszej kulturze. Niestety jest chyba jednym z ostatnich tego typu elementów. Niekłamanym smutkiem napawa mnie fakt, że choć każdy przynajmniej raz w życiu tańczył nasz taniec narodowy, to już znajomość literatury staropolskiej, w której zawarte są wszystkie największe opowieści o naszych najwspanialszych triumfach, inspirujące późniejszych o wieki twórców takich jak Kraszewski czy Sienkiewicz są już znacznie mniej znane. Jednak problem ten jasno wynika ze wzmiankowanego przeze mnie rozpadu jedności wspólnoty mitologicznej. Pierwsze ciosy tej jedności zadali niestety wspomniani już romantycy.

Przy całej mej estymie do naszych wieszczy trzeba zaznaczyć, że stworzone przez nich mity nijak nie przystają do wcześniejszej naszej mitologii narodowej, a co gorsza i z tą późniejszą miewają tragiczne zgrzyty lub wpływają na nią w sposób, w który lepiej by nie wpływały. Bo jakież właściwie mity w głównej mierze wytworzył romantyzm? Po pierwsze mit napoleoński, po drugie mesjanistyczny. Najciekawsze jest w tym wszystkim to, że twórcą obydwu w znacznym stopniu był ten sam autor- Adam Mickiewicz. Człowiekiem, który próbował zachować zdrowy w kształcie mit sarmacki był jego największy oponent- Juliusz Słowacki. Ale niestety głównie z racji większej sławy autora już za życia, to ,,Pan Tadeusz” został wyświęcony na epopeję narodową, nie ,,Beniowski”. Efektem była klęska mitu konfederacji barskiej w starciu z mitem napoleońskim. Klęska tragiczna w skutkach, bo mit Bonapartego nie dość że umacniał marazm narodowy nieomal równie skutecznie jak mit mesjanistyczny, to jeszcze wpajał przekonanie o tym, że Polakom potrzebna jest zewnętrzna siła aby osiągać wielkość. A tymczasem gloryfikacja Napoleona, w niektórych środowiskach trwająca do dziś, powinna być uznana za aberrację, gdyż ze współczesnej perspektywy doskonale wiemy, że Bonaparte Polakami posługiwał się czysto instrumentalnie, jak zresztą wszystkim i wszystkimi. Niemniej sam fakt gloryfikowania tego człowieka nie byłby jeszcze najgorszy, gdyby nie rzecz stokroć gorsza- wyrobienie w Polakach koleiny myślowej, każącej postrzegać siebie w kategoriach młodszego braciszka. Jeżeli dziś masa ludzi w Polsce widzi zbawcę Rzeczpospolitej w np. Trumpie, to właśnie tej koleiny jest to wynikiem. Drugi zaś problem to wspomniany mesjanizm. Tę kwestię już w innym artykule omawiał kiedyś kolega Grzegorz Ćwik, tak więc jedynie gwoli przypomnienia. Mickiewiczowski mesjanizm, jak słusznie zauważał już np. Słowacki usypiał wolę Narodu. Trenowanie Polaków do roli cierpliwych męczenników za sprawę i czystych niewinnych ofiar na ołtarzu idei (broń Boże nie w walce, bo nie chodzi o zwycięstwo tylko o poświęcenie) wyhodowało w nas niestety skłonność do wmawiania sobie różnych bajek o ,,triumfach moralnych” etc. Nasi sarmaccy przodkowie, słysząc owe bajędy poryczeliby się ze śmiechu, z powodów o których już tu napisałem. Jeżeli chcemy już o sarmatyzmie uczyć się od romantyków, to naprawdę należy odłożyć ,,Pana Tadeusza” i wziąć w rękę ,,Beniowskiego”. Nieważne co uważamy o stylu Słowackiego czy formie jaką jest poemat dygresyjny, fakt pozostaje faktem, że jego bohater naprawdę walczy z Rosją, na serio bierze udział w walcę zbrojnej i nie czeka na zbawców nie wiadomo skąd. A tymczasem przez większą część poematu Mickiewicza, bohaterowie, jak trafnie zauważył Norwid ,,jedzą, piją, grzyby zbierają i czekają aż Francuzi zrobią im Ojczyznę.” To nie jest postawa, którą Sarmaci uznali by za godną. Romantyzm niestety był pierwszym etapem psucia naszej wspólnoty mitologicznej. Późniejsze epoki jednak przynoszą pewien powiew nowych mitów, dzięki którym po kolejnym doświadczeniu dziejowym Polacy zyskali szansę na sklejenie swojej wspólnoty mitologicznej. Ale po kolei, zacznijmy od pozytywistów.

Pozytywistów można w gruncie rzeczy podzielić na trzy grupy- anty-mitologicznych, utrwalających mity romantyczne (wbrew własnym głośnym deklaracjom ideowym) oraz wskrzeszających imperialny mit sarmacki. Każda z tych grup będzie miała dokładnie po jednym wybitnym przedstawicielu. Anty-mitologiczny jest Bolesław Prus. W całej jego twórczości najmocniej widać krytykę romantyzmu, a nawet i szerzej mitologicznego postrzegania własnej wspólnoty narodowej. Patriotyzm bowiem Prus rozumiał niejako na sposób intelektualny, wykoncypowany i w jego przekonaniu nie potrzebujący przez to mitologii do legitymizacji. Dzięki takiemu podejściu możemy Prusowi zawdzięczać bardzo wnikliwe analizy procesów i mechanizmów społecznych (vide ,,Lalka” ,,Faraon”), a zarazem nowy sposób pojmowania patriotyzmu- w kategoriach pracy i ciągłego, a nie tylko okazjonalnego wysiłku, co miało istotny wpływ na późniejszą endecję. Niemniej nie przynależy on do twórców mitologii. Wśród utrwalaczy mitologii romantycznej najmocniejszym piórem była Eliza Orzeszkowa. Doceniając jej wrażliwość społeczną (vide ,,Marta”), a także niewątpliwy patriotyzm, trzeba jednak jednocześnie zaznaczyć, że w swojej twórczości utrwalała ona przekonania mesjanistyczne- czego doskonałym przykładem jest sposób przedstawiania walki zbrojnej w ,,Gloria Victis”. Jej sensem de facto nie jest zwycięstwo lecz ofiara. Mickiewicz zza grobu klaskał uszami Orzeszkowej, gdy pisała to skądinąd bardzo ładne w sensie stylistycznym dzieło. No i wreszcie trzecia grupa, którą na całe szczęście większość Polaków instynktownie uznała za swoich. Odnowiciele prawdziwego sarmatyzmu, i najwybitniejszy z nich tj. Henryk Sienkiewicz. Po nieszczęsnym ,,Panu Tadeuszu” w którym sarmatyzm sprowadził Mickiewicz do polowań, poloneza i zrazów na śniadanie, wkroczył w glorii pierwszy polski noblista i skradł serca rodaków swą trylogią, pokazując im prawdziwy sarmatyzm- etos konia i szabli, służby Ojczyźnie i honorowi, szaleństwa bożego i szaleństwa romansowego. Łączący wszystkie części bohater- Michał Wołodyjowski urasta nam w olbrzyma, choć wedle słów Kmicica ,,na wielkoluda nie wygląda”, a to dlatego że na jego barkach wspiera się odrodzeniu konstruktu mitologicznego walecznej Sarmacji. Ten mit był jednym z czynników które pozwoliły na na stworzenie kapitału ludzkiego, który wywalczył Ojczyźnie niepodległość. I w tym miejscu zaczyna się kolejny rozdział skomplikowanych dziejów naszej wspólnoty mitologicznej.

W kwestii budowania mitologii narodowej na wstępnie swej niepodległości jako Naród doświadczyliśmy czegoś, co miało i nadal posiada potencjał stania się najwspanialszą podstawą świadomości. Było to zwycięstwo w bitwie warszawskiej roku 1920. Ten triumf, wobec którego blednie nawet Chocim stał się w istocie podstawą świadomości naszych przodków w dwudziestoleciu międzywojennym. Na tym micie wychowało się pokolenie Kolumbów. Niestety- pokolenie to zostaje zmasakrowane w trakcie II wojny światowej. Okres PRL dokonuje rzeczy przedziwnych z naszą wspólnotą mitologiczną. Z jednej strony Ford kręci ,,Krzyżaków”, Hoffman ekranizuje sienkiewiczowską trylogie, z drugiej strony władze usilnie próbują wymazać z pamięci Powstanie Warszawskie, Armię Krajową opluskwiają jako rzekomych ,,faszystów” oraz przede wszystkim konsekwentnie niszczą legendę Ojców Niepodległości. Gdy w latach osiemdziesiątych spotyka Polaków kolejne doświadczenie dziejowe- karnawał Solidarności, to w całym tym tożsamościowym misz-maszu właściwie nikt nie wie jak mit Solidarności ulokować. I tu dochodzimy do tragedii lat 90-tych i wczesnych lat XXI wieku.

Cała III RP w przeciwieństwie do II RP nie została wywalczona, lecz wytargowana. Umówmy się- nie da się tworzyć pozytywnego mitu wokół Magdalenki i Okrągłego Stołu. Brak w tych wydarzeniach rzeczy fundamentalnej- triumfu dobra nad złem. Solidarność sama abdykowała z pozycji kreatora mitu- w momencie, gdy część przywódców zblatowała się z komunistami. Późniejsze wyjście na jaw agenturalnej przeszłości Wałęsy było tylko kropką nad i. Nowo powstałej wspólnocie brakowało mitu- chyba że w postaci odniesień negatywnych. Tych nie brakowało- czego idealnym przykładem słuszne powszechne znienawidzenie Balcerowicza, na którym swą pozycję polityczną wypracował Andrzej Lepper. Pierwsze pozytywne mity pojawiły się na progu nowego tysiąclecia- i od razu zaczęły dzielić. Bo gdy część społeczeństwa przywracała Ojcom Niepodległości należne im miejsce- inni nie przestawali ich opluskwiać, zwłaszcza w odniesieniu do Romana Dmowskiego. Niemal wszyscy opluskwiacze za to znaleźli sobie prędko nowy mit- wspaniałej Unii Europejskiej. Jest to, a jakże, n-ta wariacje polskiego bonapartyzmu. ,,My biedni, mali, musimy mieć się do kogo przytulić.” Oczywiście co bardziej świadomi, nie wzięli się na tę wędkę, a wkrótce w gronie tej części Narodu pojawił się inny nowy mit, konstruktywny, choć nieco romantyczny- mit Żołnierzy Wyklętych. To przebudzenie było zjawiskiem samym w sobie pozytywnym, niemniej pogłębiło rozpad wspólnoty mitologicznej, mnożąc ilość mitów wzajem się wykluczających. Co z tego wynika? O tym na koniec.

Czego nam potrzeba?

Dziś jesteśmy wszyscy członkami wspólnoty, której mitologia jest całkowicie poszatkowana i trudno raczej będzie ją skleić. Zbyt daleko zaszła polaryzacja społeczeństwa. Mity poszczególnych grup zupełnie do siebie nie przystają. Potrzebujemy na gwałt, albo nowych konstruktywnych mitów, w które mogłoby uwierzyć całe społeczeństwo, albo odkurzenia i zakorzenienia na nowo tych mitów, które skutecznie i konstruktywnie budowały naszą wspólnotę przez wieki, a o których nieco już tu napisałem. Bez wspólnoty mitologicznej trudno będzie nam bowiem trwać w świadomości jednego etnosu.

Mając świadomość, że mój wywód w żadnym stopniu nie wyczerpał tematu mam nadzieję, że choć skłoni on czytelników do refleksji nad zagadnieniami o których była tu mowa, a które coraz bardziej wymagają znalezienia trwałych rozwiązań.

Oby z tego ziarna narodził się jakiś owoc.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *