Mające miejsce w drugiej połowie maja referendum w Krakowie ponownie wykazało jaki faktycznie jest stan demokracji, dyskusji politycznej oraz elit i ich stosunku do Polaków i Polski. Kolejny raz okazuje się bowiem, że obywatele, Polacy i Polki zagłosowali nie tak, jak oczekiwaliby tego od nich neoliberalni politycy, popierające ich media, establishment i sfera publiczna.
Tak samo jak w roku 2015, w roku 2019, czy w przypadku zeszłorocznych wyborów prezydenckich okazało się, że nasza demokracja nie dorosła do wymogów bycia demokracją a obywatele nie rozumieją tego, co jest dla nich dobre. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie fakt, że stan demokracji za każdym razem krytykują ci, których kandydat przegrał. Ci, których kandydat promowany był we wszystkich możliwych kanałach związanych z lewicowo-liberalną stroną, jako rzekomo najbardziej obiektywny europejski, postępowy i merytoryczny wybór. Tymczasem okazuje się, że zwykłym ludziom nie tak łatwo sprzedać taką narrację i ci wybierają inaczej. Sam fakt, że wybierają nie tego kandydata, ale ostatecznie przecież wybierają, sugerowałby, że przecież demokracja w takim wypadku działa. No bo po prostu wygrywa inny kandydat.
Tu jednak dochodzimy do ewidentnego clou całego zagadnienia, które eksploduje niczym bomba nad Nagasaki w momencie ogłoszenia wyników late czy exit poll. A to bowiem cały tak kochający demokrację i wybory establishment w momencie, gdy okazuje się, że ich kandydat czy partia równo przerżnęli te wybory, natychmiast zaczyna epatować ledwo skrywaną i upudrowaną nienawiścią do… no właśnie, do społeczeństwa obywatelskiego.
Czyli w praktyce wygląda to tak, że najpierw mówi się ludziom, że mają iść na wybory czy na referendum, a gdy już faktycznie pójdą i oddadzą swój głos, to okazuje się, że według fanatyków demokracji liberalnej mieli zagłosować na kogoś innego. Znaczy to tyle, że według tych ludzi same wybory to wyłącznie fasada do kolejnego okresowego utwierdzania u władzy ich opcji politycznej i kumulowania ich władzy oraz wpływów.
To znaczy również, że całe to gadanie, które słyszymy od najwcześniejszych lat swojego życia, w szkole, w mediach, w prasie, w ramach wszelakich kampanii informacyjnych, że chodzenie na wybory jest ważne, że powinniśmy uczestniczyć w życiu politycznym, etc. znaczy w praktyce tyle, że powinniśmy głosować na tych kandydatów, których wystawiają określone partie. Na Donalda Tuska, Rafała Trzaskowskiego, Bronisława Komorowskiego czy Aleksandra Kwaśniewskiego. Jeżeli zagłosujemy na kogokolwiek innego, to w tym samym momencie stajemy się destruktorami demokracji, wrogami wolności i ludźmi, którzy nie dorośli do bycia częścią społeczeństwa obywatelskiego. To bowiem ma nie tyle wykonywać racjonalny wybór, opierając się na swoim interesie, ale jak stado baranów podążać za określoną narracją i głosować tak, jak jest im to przykazane.
Przypadek referendum jest tu zresztą jeszcze bardziej miarodajny, bowiem nie chodzi o wybór określonego polityka, ale jego odwołanie. Odwołanie zaś wynika z tego, jak wyborcy w sposób masowy ocenili jego poczynania na stanowisku prezydenta miasta Krakowa.
Tak więc zadziałał tutaj jeden z najbardziej podstawowych mechanizmów funkcjonowania systemu demokratycznego, czyli kontrola i rozliczenie polityka wcześniej wybranego.
I tego właśnie politycy boją się najbardziej. Dla nich demokracja to wyłącznie spektakl, w którym raz na jakiś czas macie zagłosować na ich kandydata i niczym więcej się nie interesować. Ani tym, jaką politykę prowadzi, ani czyim kosztem, ani czyich zysków. Jeśli jednak dochodzi do takiej sytuacji jak teraz w Krakowie, to dla rządzącego liberalnego establishmentu jest to niepokojący.
Tymczasem przecież demokracja rozumiana jako władza demosu, czyli ludu, nie może obyć się bez tak integralnego i ideowo wynikającego z tego ustroju elementu, jak kontrola i nadzór nad władzą. Choćby ten najbardziej elementarny i podstawowy. Dlatego też spotykamy się z taką, a nie inną reakcją na wyniki krakowskiego referendum. Tu już nie chodzi o sam Kraków i to, że będzie miał nowego prezydenta, ale że stanowi to w optyce liberałów precedens, który otwiera drzwi dla kolejnych tego typu wyborów. W ciągu bardzo krótkiego czasu po ogłoszeniu wyników referendum w Krakowie słyszeliśmy już, że kolejne miasta jak Łódź, Rzeszów, Poznań czy Warszawa również mogą domagać się oddania władzy swoich prezydentów pod ocenę wyborców.
Oczywiście przy okazji kolejnej swojej porażki liberałowie, jak to mają w zwyczaju, nie uczą się niczego. Nie tylko obarczają winą za wynik głupich i nierozumiejących polityki obywateli, ale z drugiej strony także straszą wszechobecną skrajną prawicą, faszystami, Putinem i innymi -izmami.
Co ciekawe, w takich sytuacjach liberałowie, o dziwo, są w stanie pokusić się o dużą ilość szczerości. Słyszymy bowiem już nie, że ich kandydaci są najlepsi, najbardziej merytoryczni i nadający się do rządzenia, ale słyszymy, że może faktycznie popełniali błędy, byli skorumpowani, kradli i dopuszczali do szeregu patologii, ale za to przynajmniej nie są faszystami i jeśli nie oni, to tamci drudzy, w domyśle ktokolwiek inny, kto wygra te wybory, będzie jeszcze gorszy i stąd nie warto “marnować” swojego głosu.
Mimo, że nasza demokracja w obecnym kształcie ma już prawie czterdzieści lat, słyszymy w dalszym ciągu, że nie dorośliśmy do niej, sama demokracja oczywiście musi być zmodernizowana, czyli zasady przeprowadzania referendów, a zapewne z czasem i wyborów muszą być dostosowane do wymogów określonych lewicowo-liberalnych elit i stojącego za nimi oraz z nimi establishmentu.
Co do samych elit rozumianych jako przedstawiciele życia publicznego, mediów, nauki, wszelkiego rodzaju publikatorów, tu ludzie nawet nie próbują jakoś specjalnie ukrywać, że oni zwyczajnie tego społeczeństwa i narodu nienawidzą, brzydzą się nim i gardzą. Dla nich jesteście zwykłymi baranami, które mają wiernie się słuchać rozkazów od swoich panów i iść wprost na rzeź nie zadając zbędnych pytań
Osobiście nie wiem, kto wygra te wybory, które będą następstwem referendum w Krakowie. Niezmiennie jednak nie możemy pozwolić, aby chociaż te elementarne aspekty kontroli władzy były publicznie, a w konsekwencji także prawnie niszczone, i dostosowywane do wymogów rządzącej elit. Skoro już żyjemy w demokracji i mamy określone atrybuty oraz możliwości jako społeczeństwo i naród, aby w tym funkcjonować, to musimy z tego korzystać. Nie tylko dlatego, że możemy, ale przede wszystkim dla swojej własnej korzyści i rozwoju.
Nacjonalizm bowiem definiuje naród jako podmiot i przedmiot polityki. I właściwie wszystkie nurty zarówno narodowo-radykalne, narodowo-demokratyczne, jak i zadrużne stawiały na politykę rozumianą jako emanację woli narodu oraz element realizujący jego zasadnicze interesy i warunkujący jego rozwój. Nie ma możliwości, aby to faktycznie działało bez nadzoru nad władzą, możliwości jej rozliczenia za błędy i korupcję. Bez tego bowiem faktycznie zaczniemy coraz mocniej witać się z rosyjskimi realiami i to bez potrzeby pojawienia się tutaj żołnierzy Putina.