Krytyka to nie defetyzm. To ostatni dzwonek, żeby przestać się okłamywać.
W naszym środowisku panuje dziwna, szkodliwa zasada: najważniejsze, żeby „coś robić”. Nieważne co, nieważne z jakim skutkiem – byle była aktywność, byle było zdjęcie na kanał i poczucie, że się „działa”. Tzw. Sztuka dla sztuki. A jak ktoś odważy się powiedzieć, że dana forma aktywizmu jest bezsensowna i prowadzi donikąd, natychmiast dostaje łatkę defetysty, narzekacza i pana marudy.
Tymczasem prawda jest brutalna i daleka od romantycznych wyobrażeń. Krytyka działań skazanych na porażkę nie jest zdradą sprawy – jest próbą jej uratowania. Defetyzmem nie jest wskazywanie nieskuteczności. Defetyzmem jest trwanie przy działaniach, które od początku nie mają prawa przynieść efektu. Bo jeśli robi się coś, co nie działa, i nie ma się zamiaru tego zmieniać, to już pogodziło się z porażką. Tylko ubrało sie to w ładne słowa. Jeśli jakaś forma aktywizmu od lat nie przynosi żadnych realnych efektów i nie ma najmniejszej szansy, by je przynieść, to jej powtarzanie nie jest wytrwałością i już dawno przestało być kroplą drążącą skałę. Jest uporem graniczącym z samobójczym absurdem. Weźmy najpopularniejszy przykład: vlepki i plakaty. Klejenie naklejek z hasłami w stylu „j**ać antife” albo rozklejanie plakatów „odrzuć bierność, dołącz do walki” to dziś przede wszystkim rytuał, a nie strategia. Kto to naprawdę czyta? Kto się zatrzymuje? Kto zmienia przez to zdanie lub zachowanie? Odpowiedź jest prosta i miażdżąca: prawie nikt. Te komunikaty krążą wyłącznie wewnątrz naszej bańki. Trafiają do ludzi, którzy i tak już się zgadzają, albo do tych, którym jest wszystko jedno. Nie przekonują, nie tłumaczą, nie dotykają realnych problemów. Są puste. Najgorsze jednak jest to, że dają swoim autorom przyjemną iluzję działania. Człowiek wraca do domu i myśli o swoim czynie jak o działaniu naprawdę wielkiej wagi. A świat nawet nie drgnął. „Najmniejsze rzeczy potrafią go ucieszyć i będzie rozmyślał o nich miesiącami jakby on i jego kompani wygrali właśnie ogromną bitwę z siłami zła. To, że wspomniane Zło nawet ich nie zauważyło- a gdyby tak było mogłoby ich rozdeptać jak robaki- nie ma żadnego znaczenia. Najmniejsze zwycięstwa są kroplą drążącą tę cholerną skałę, którą muszą dźwigać narody. I napełniają dusze fanatyków.„ Cytat pochodzi z tekstu Fanatycy autorstwa Konrada Rekoja, przyznam, że bardzo lubiłem kiedyś ten tekst. Dziś patrze na niego jednak z jakimś sentymentem utraconego świata idealisty, który nie widzi, że dąży do wypalenia nie widząc, że biegnie do nikąd, obrazuje on świetnie problem, o „wielkich zwycięstwach” aktywistów. Nie chodzi o utratę fanatyzmu i poświęcenia dla idei, chodzi o zmianę sposobu toczenia walki. Marsze i demonstracje ludziom się przejadły, przez brak widoków na przyszłość ludzi ubyło, zainteresowanie zmalało. Jak długo teraz jeszcze trzeba czekać, aż skupianie się na takich akcjach zniechęci pozostałą resztę?
Powtórzę to po raz kolejny i kolejny raz będę powtarzał o to pytany. Nie da się budować poważnego ruchu politycznego, jeśli jedyne, co oferujemy ludziom, to hasła i hasełka bez treści i pokrycia. Polacy borykają się z bardzo konkretnymi problemami: galopującymi kosztami życia, utratą poczucia bezpieczeństwa, brakiem perspektyw na godną pracę i strachem o przyszłość własnych dzieci. Jeśli nasz przekaz kompletnie omija te tematy lub obdarowuje je hasełkiem ale bez pomysłu na rozwiązanie problemu – to dla zwykłego człowieka po prostu nie istniejemy.
Hasło „dołącz do walki” nic nie znaczy, dopóki nie odpowiemy jasno: o co dokładnie walczymy, jakimi metodami i co konkretnie ma się zmienić. Bez tego nie mamy ruchu. Mamy jedynie estetykę buntu. Najbardziej bolesne w tym wszystkim jest marnowanie ogromnego potencjału ludzi, którzy przychodzą do środowiska. Wielu z nich mogłoby się rozwijać, zdobywać wiedzę, budować realne kompetencje, które są potrzebne w środowisku wręcz jak tlen, tworzyć projekty, które faktycznie docierają do społeczeństwa. Zamiast tego stoją z wiadrem z klejem i plakatami, gdzieś wieczorem powtarzając od lat ten sam schemat, który dawno przestał działać. To nie jest poświęcenie. To jest dramatycznie źle ulokowany wysiłek. Nazwanie tego problemu nie jest końcem naszego ruchu – to dopiero jego prawdziwy początek. Dopiero kiedy przestaniemy się oszukiwać, będziemy mogli zmienić formy działania, dopasować przekaz do rzeczywistych oczekiwań i bolączek ludzi, skupić się na tematach, które naprawdę ich obchodzą, i wreszcie budować coś, co ma szansę przynieść efekt.
Czytelniku, jak to powiedział Laska z filmu „Chłopaki nie płaczą” : musisz odpowiedzieć sobie na jedno zajebiście ale to zajebiście ważne pytanie: czy chcemy być ruchem, który realnie zmienia Polskę, czy tylko subkulturą, która daje swoim członkom poczucie sensu i ładne zdjęcia na Telegramie? Bo jedno z drugim bardzo rzadko idzie w parze.Dlatego krytyka nie jest zagrożeniem. Jest niezbędnym filtrem, który oddziela poważne działanie od pustej estetyki. A jeśli ktoś na taką krytykę reaguje agresją, wyśmiewaniem i obrażaniem się – to prawdopodobnie problem nie leży w krytyce. Problem leży w tym, że ktoś w końcu głośno powiedział to, co wszyscy widzieli: król jest nagi.