W ostatnich dniach nie milkną zaciekłe dyskusje na temat tak zwanego Lex Szarlatan, czyli Ustawie o zmianie ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta. Przypomnijmy, iż 22 lipca nowelizacja została przyjęta przez Senat, który wprowadził jednak do niej cztery poprawki. Oznacza to konieczność ponownego przekazania projektu do Sejmu, dopiero później ustawa będzie mogła zostać przekazana do Prezydenta RP.
Podstawowym celem Lex Szarlatan ma być ograniczenie działalności osób oferujących usługi niezgodne z aktualną wiedzą medyczną. Rzecznik Praw Pacjenta zyskałby między innymi prawo do wydawania publicznych ostrzeżeń dotyczących niebezpiecznych praktyk, a także możliwość decyzji tymczasowo nakazujących natychmiastowe zaprzestanie określonych działań jeszcze przed zakończeniem postępowania. Dodatkowo, mógłby również wszcząć postępowanie cywilne dotyczące praw pacjentów oraz uczestniczyć w nich na prawach przysługujących prokuratorowi.
Czy przepisy te mogą nieść za sobą zagrożenia? Niewątpliwie tak. Kontrowersje wzbudzają szerokie uprawnienia Rzecznika Praw Pacjenta, zwłaszcza możliwość wydawania decyzji przed zakończeniem postępowania. Przepis ten może, choć oczywiście nie musi, dawać pole do nadużyć. Z drugiej strony jednak trudno nie zgodzić się z opinią, iż państwo powinno aktywnie angażować się w zwalczanie pseudonaukowych praktyk. Nie podoba się to rzecz jasna prawicy, szczególnie środowiskom związanym z Grzegorzem Braunem, Konfederacją czy STOP NOP.
Artykuł ten pisze z punktu widzenia laika w kwestiach medycznych (laikami są tu zwykle również sami przedstawiciele prawicy), który jednak obserwuje toczącą się w przestrzeni publicznej debatę i ma na ten temat swoje przemyślenia. Niepokój powinien wzbudzać fakt, iż liczne treści promowane np. przez Konfederację Korony Polskiej są po prostu nieprawdziwe. Przykładem może być rozprzestrzenianie fałszywej informacji o rzekomym wprowadzeniu zakazu ziołolecznictwa czy wykonywaniu zawodu dietetyka. W rzeczywistości chodzi jedynie o zakaz przypisywania danym preparatom właściwości, których nie posiadają (jak chociażby słynne leczenie raka witaminą C) czy sugerowanie, że dana dieta może być wystarczająca np. w walce z cukrzycą czy chorobą nowotworową.
Jak wiadomo, manipulacje takiego typu rozprzestrzeniane są przez prawicę co najmniej od czasów pandemii. Prawica, która zarzucała drugiej stronie brak umiejętności samodzielnego myślenia sama bezkrytycznie powoływała się na opinie kontrowersyjnych osób, jak chociażby środowisko skupione wokół Polskiego Stowarzyszenia Niezależnych Lekarzy i Naukowców. Nigdy jednak nie dowiedzieliśmy się, dlaczego jako laicy mamy wierzyć lekarzom kwestionującym szczepienia. Dodatkowo, pomimo zarzucania mediom nieuzasadnionego straszenia COVID-19, środowiska prawicowe same miały na celu wzbudzać strach poprzez niepotwierdzone opowieści o depopulacji czy rzekomej zmianie DNA przez szczepienia. Czy w tej sytuacji ktokolwiek może jeszcze dziwić się, że Grzegorz Braun nie jest osobą braną na poważnie i trudno traktować go jako partnera do merytorycznej dyskusji?
Bo nikt nie przeczy, że dyskusje są potrzebne. Nikt nie przeczy, że koncerny farmaceutyczne mają sporo na sumieniu, jak chociażby zawyżanie cen leków. Przedstawiciele koncernów wielokrotnie usprawiedliwiali się tym, iż innowacyjny lek jest efektem wieloletniej pracy i miliardowych inwestycji. W rzeczywistości jednak wiele terapii nie miało swojego źródła w korporacyjnych laboratoriach, ale w publicznych instytutach badawczych czy na uniwersytetach. Firmy farmaceutyczne często wchodziły do gry później. Przykładem są chociażby szczepienia na COVID-19. Badania nad mRNA przez ponad 10 lat nie były finansowane przez koncerny, ale przez agencje publiczne. Fakt ten był jednak pomijany przy negocjacjach cenowych. Niestety, bardzo podobne zarzuty postawić można podmiotom zajmującą się szeroko pojętą medycyną alternatywną. Chodzi tu o zarabianie pieniędzy na ziołach czy suplementach, działanie których bardzo często jest przecież nieudowodnione. Nie mówiąc już o braniu pieniędzy za pseudonaukowe metody jak biorezonans (ceny zależą od konkretnego gabinetu, jednak koszt jednej sesji wynosi średnio od 50 do 300 zł, w zależności od rodzaju testu) czy terapia kwantowa (średnia cena to ok. 250 zł).
Jedno wydaje się być pewne: tam, gdzie chodzi o życie i zdrowie ludzi, ograniczenie wolności słowa ma swoje uzasadnienie. Nie ulega wątpliwości, iż postulaty środowisk anty-szczepionkowych mogą być niebezpieczne w skutkach. Podobnie jest w przypadku działalności naturopatów. Ostrzeżeniem powinny być dla nas liczne przypadki osób chorych na raka, które być może żyłyby nadal, gdyby nie wiara w magiczną moc suplementów. Innym przykładem mogą być osoby chore na cukrzyce, które za namową pseudo-ekspertów odstawiły insulinę.
Pisząc o kwestiach takiego typu nie da się nie wspomnieć o poglądach Grzegorza Brauna na temat roli państwa w służbie zdrowia. Możemy zapoznać się z nimi poprzez przeczytanie programu Konfederacji Korony Polskiej, który znajduje się na stronie internetowej partii. Bazą miałyby być sieć szpitali podstawowych (jeden obiekt na 500 000 mieszkańców), które podlegałyby rządowi reprezentowanemu przez wojewodę. Co do zasady miałyby być one jednak odpowiedzialne jedynie za udzielenie pierwszej pomocy. Centrum systemu miałaby stanowić natomiast rozbudowana sieć placówek uniwersalnych i specjalistycznych stworzona na bazie dzisiejszych szpitali państwowych, które jednak finalnie miałyby zostać sprywatyzowane. Postulat prywatyzacji służby zdrowia należy moim zdaniem do najbardziej niebezpiecznych postulatów proponowanych przez środowiska liberalne. Trudno nie dostrzec, iż efektem może być przede wszystkim nierówny dostęp do specjalistów. W ograniczonym zakresie widoczne jest to już teraz, gdy osoby bardziej majętne mogą pozwolić sobie na prywatne wizyty, a osoby biedniejsze zmuszone są do czekania w kolejce. Tymczasem dostęp do lekarza powinien być prawem, a nie towarem. Służba zdrowia nie może działać na zasadach wolnego rynku, ponieważ jej głównym celem nie jest zarobek, ale ratowanie życia i zdrowia.
Chcąc podsumować powyższe rozważania, podkreślić należy, iż o Lex szarlatan można i trzeba dyskutować. Nonsensem wydaje się być jednak kwestionowanie konieczności ingerencji państwa tam, gdzie zagrożone jest zdrowie lub życie osoby chorej.