Kamil Królik Antończak - Atrakcyjne wynagrodzenie

Jest rok 2026. Po porannym przeglądzie wojny PoPisu w mediach społecznościowych, memach z pieskami, paroma lokalnymi informacjami odpalasz portal z ogłoszeniami i zaczynasz codzienny przegląd ofert od największych krajowych potentatów gospodarczych: Januszpol Sp. z o.o., Dynamic Solutions Group, Best Future Consulting i przedsiębiorstw, których nazwy zawierają jednocześnie słowa „International”, „Investment” oraz adres biura w pawilonie handlowym między kebabem a lombardem w centrum miasta.

Pierwsza oferta.
„Młody, dynamiczny zespół poszukuje ambitnej osoby, która nie boi się wyzwań”.
Oho…już się boisz. Czytasz dalej. Musisz być komunikatywny, kreatywny, odporny na stres, nastawiony na realizację celów, gotowy do ciągłego rozwoju i potrafić pracować zarówno samodzielnie, jak i zespołowo. Dobrze widziane doświadczenie, angielski, Excel, prawo jazdy, dyspozycyjność i prawdopodobnie jasnowidzenie oraz umiejętność rozmnażania chleba. Co oferuje firma?

Kartę Multisport. owocowe czwartki, możliwość rozwoju i prace w rodzinnej atmosferze. Do tego niezbędne narzędzia pracy, czyli komputer, bez którego wykonywanie tej pracy byłoby fizycznie niemożliwe. I oczywiście najważniejsze: „atrakcyjne wynagrodzenie”. Ile? Nie wiadomo. Przechodzisz do następnej oferty. Tam wynagrodzenie jest „konkurencyjne”. W trzeciej „adekwatne do doświadczenia”. W czwartej pracodawca oferuje „możliwość zdobycia atrakcyjnych zarobków”, co brzmi już trochę tak, jakby wynagrodzenie było legendarnym przedmiotem do odblokowania po pokonaniu bossa w ostatniej rundzie. Zamykasz portal. Wracasz na Facebooka. Błąd. Czeka wiadomość od człowieka, którego zdjęcie profilowe przedstawia go w garniturze, lekko rozpiętej koszuli i butach z wielbłądzich dziąseł opierającego się o cudze BMW. „Cześć! Widzę, że jesteś ambitną osobą. Wraz z zespołem rozwijamy obecnie innowacyjny projekt biznesowy i szukamy kilku konkretnych osób, które chcą czegoś więcej od życia. Nie jest to typowa praca 8–16. Możliwości zarobkowe praktycznie bez limitu. To ile zarobisz, zależy od Ciebie ile czasu jesteś w stanie poświęcić na pracę. Jeśli jesteś otwarty na nowe możliwości, możemy umówić się na krótką rozmowę”. Nie wiesz jeszcze, co będziesz robił. Nie wiesz, dla kogo. Nie wiesz, za ile. Ale już wiesz, że będziesz „budował strukturę”. Wracasz więc do zwykłych ogłoszeń o pracę, gdzie przynajmniej piramida organizacyjna ma dział księgowości i w zasadzie po prostu nie jest piramidą finansową. I tutaj przypominasz sobie, że przecież miała wejść jawność wynagrodzeń. Koniec zgadywania, przeglądania ogłoszeń z serii „więcej informacji na priv”, koniec tracenia czasu na rekrutacje tylko po to, żeby podczas rozmowy dowiedzieć się, że „atrakcyjne wynagrodzenie” oznacza kwotę, za którą nie zdecydowałbyś się nawet wysłać CV. Weszła. Tylko że po polsku…

Od 24 grudnia 2025 roku pracodawca rzeczywiście ma obowiązek poinformować osobę ubiegającą się o zatrudnienie o początkowej wysokości wynagrodzenia albo jego przedziale. Jest tylko jeden drobny szczegół: nadal nie musi podawać tej informacji w samym ogłoszeniu. A więc możesz dalej przeglądać oferty Januszpolu, poznawać historię przedsiębiorstwa, jego misję, wartości, wymagania, benefity, atmosferę, możliwości rozwoju i częstotliwość dostaw kawy do biura pani Anety, nie poznając przy tym odpowiedzi na najbardziej przyziemne pytanie całego procesu:
Ile płacicie?

I tu dochodzimy do sedna całej reformy. Co właściwie zmieniła ona z perspektywy człowieka szukającego pracy? Owszem, pojawiło się kilka nowych zasad. Ogłoszenia oraz nazwy stanowisk mają być neutralne pod względem płci, a proces rekrutacyjny ma przebiegać w sposób niedyskryminujący. Pracodawca nie może też żądać od kandydata informacji o tym, ile zarabiał w obecnym lub poprzednich miejscach pracy chociaż i tak nie mógł tej informacji zweryfikować,a przysłowiowy Kowalski mógł rzucić sobie dowolną kwotą. Realnie więc ten zapis nie ma żadnego wpływu na cały proces rekrutacyjny. Najgłośniej zapowiadana zmiana dotyczy jednak wynagrodzenia: kandydat otrzymał ustawowe prawo do poznania jego początkowej wysokości albo przedziału. Brzmi nieźle, brzmi to w końcu jak rozwiązanie problemu z tymi wszystkimi atrakcyjnymi i konkurencyjnymi wynagrodzeniami, których trzeba się domyślać. Problem zaczyna się wtedy, gdy doczytamy, kiedy właściwie pracodawca musi tę informację przekazać. Może zrobić to w ogłoszeniu, ale jeżeli tego nie zrobi, może poinformować nas przed rozmową kwalifikacyjną. A jeżeli również wtedy jeszcze tego nie zrobi to przepisy pozwalają przekazać informację przed samym nawiązaniem stosunku pracy.

I w tym miejscu przychodzi mi na myśl dość banalne pytanie: ilu ludzi przed wejściem tej ustawy rozpoczynało pracę, nie wiedząc, ile będą zarabiać? Czy naprawdę głównym problemem polskiego rynku pracy były tysiące ludzi, którzy w poniedziałek o szóstej rano stawiali się w fabryce, biurze albo magazynie, przepracowywali osiem czy dwanaście godzin, a dopiero przy wyjściu pytali kierownika ile dzisiaj zarobili? Oczywiście nie. Wynagrodzenie i tak należało ustalić przed rozpoczęciem pracy. Rzeczywisty problem znajdował się znacznie wcześniej: człowiek nie wiedział, ile firma oferuje, kiedy podejmował decyzję o wysłaniu CV i wejściu w proces rekrutacyjny. I właśnie tego problemu ustawodawca nie rozwiązał. W skrócie dostaliśmy „jawność wynagrodzeń”, w praktyce zaś prawo do poznania stawki na takim etapie rekrutacji, na którym rozsądny człowiek i tak musiałby ją poznać. To rozróżnienie jest ważne, bo poszukiwanie pracy również kosztuje. Nie zawsze pieniądze, ale niemal zawsze czas. Kandydat przegląda dziesiątki ofert, poprawia CV, wypełnia formularze rekrutacyjne, odbiera telefony, umawia spotkania, czasem wykonuje zadania rekrutacyjne, bierze wolne albo zamienia się zmianą w obecnej pracy i jedzie na drugi koniec miasta. Po godzinie rozmowy może wreszcie usłyszeć, że stanowisko, którym był zainteresowany, oznacza 5000 zł brutto, podczas gdy jego absolutnym minimum jest 6500. I tak cała wcześniejsza procedura okazuje się wtedy całkowicie zbędna. Czas został bezpowrotnie stracony i nie dlatego, że szukający pracy Kowalski okazał się niewłaściwy albo firma mu nie odpowiadała. Po prostu dwie strony od początku miały zupełnie inne finansowe oczekiwania, których nie dało się pogodzić. Jedna z nich wiedziała o tym od początku, bo znała swój budżet. Druga miała się tego dopiero dowiedzieć… Zresztą spróbujmy przenieść ten schemat na jakąkolwiek inną dziedzinę życia. Szukasz mieszkania do wynajęcia. W ogłoszeniu znajdujesz ,metraż, liczbę pokoi, piętro, lokalizację, zdjęcia kuchni, informację o balkonie i zapewnienie właściciela, że sąsiedzi są spokojni, a w okolicy jest masa sklepów, przedszkole a do parku pięć minut piechotą. No fajnie. Brakuje tylko ceny. Dzwonisz więc, umawiasz się, jedziesz przez pół miasta, oglądasz mieszkanie, zadajesz pytania i dopiero przy wyjściu właściciel oznajmia: „Aha, czynsz to 4500 zł”. Gdy pytasz, dlaczego nie napisał tego od razu w ogłoszeniu, bo tak to byś nie jechał odpowiada, że przecież poinformował cię przed podpisaniem umowy. Trudno wyobrazić sobie, żebyśmy uznali taki model za przejrzysty i go zaakceptowali. Podobnie wyglądałaby sprzedaż samochodu, gdyby cenę poznawało się dopiero po jeździe próbnej, albo restauracja, w której kelner wręcza rachunek i z dumą informuje, że przecież klient poznał ceny przed dokonaniem płatności, a Ty zdajesz sobie sprawę, że właśnie zjadłeś coś przez co następny tydzień spędzisz na chińskich zupkach i wymyślnych przepisach z parówek. W większości zwyczajnych transakcji jest oczywistym, że cena jest jedną z podstawowych informacji pozwalających zdecydować, czy w ogóle jesteśmy zainteresowani ofertą. Zadziwiające, że gdy przedmiotem wymiany staje się osiem godzin naszego życia dziennie, a nierzadko i więcej ta prosta zasada nagle zaczyna uchodzić za zbyt daleko idącą transparentność. Przecież to absurd

Właśnie dlatego rzeczywista transparentność powinna zaczynać się nie przed podpisaniem umowy, ale przed kliknięciem „Aplikuj”. I właśnie tego zabrakło w nowych przepisach. Otrzymaliśmy prawo do poznania wynagrodzenia, ale nie zagwarantowano nam poznania go w momencie, w którym ta wiedza jest najbardziej potrzebna: kiedy decydujemy, czy w ogóle warto poświęcić czas na daną ofertę. Ustawodawca zrobił więc krok w kierunku większej przejrzystości, ale zatrzymał się przed rozwiązaniem najbardziej oczywistym.

Każde publiczne ogłoszenie o pracę powinno zawierać początkową stawkę albo rzeczywisty przedział wynagrodzenia. Jedną linijkę. Tyle wystarczy. Kandydat może wtedy sam zdecydować, czy propozycja jest dla niego atrakcyjna, a pracodawca nie traci czasu na rozmowy z ludźmi, których oczekiwania finansowe od początku znajdują się poza jego budżetem.

Bo ostatecznie w całej tej dyskusji chodzi o rzecz banalną. Praca jest wymianą. Pracodawca dokładnie opisuje, czego oczekuje w zamian za swoje pieniądze: doświadczenia, kwalifikacji, dyspozycyjności, odpowiedzialności i określonych umiejętności. Trudno więc znaleźć rozsądny powód, dla którego druga strona nie miałaby od początku wiedzieć, co otrzyma w zamian za swój czas.

Zwłaszcza że nie sprzedaje samochodu ani nie wynajmuje mieszkania.

Sprzedaje osiem godzin własnego życia dziennie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *