Marcin Murzyn - A nie mówiłem? Krótka refleksja o sprawiedliwości w życiu społecznym współczesnej Polski

Początek lata w 2026 roku był w Polsce gorący nie tylko z uwagi na upały, ale też przez wzgląd na aferę, jaka rozgorzała wokół wyjścia na jaw rażących zaniedbań, wręcz kompletnej degeneracji moralno-zarządczej, w Warszawskim Szpitalu Południowym. Szczegółowe doniesienia w tej sprawie nie wymagają bliższego przywoływania, jako że są szeroko komentowane w mediach (co znamienne – głównie w Internecie, zwłaszcza w mediach społecznościowych). W skrócie: opinia publiczna uświadomiła sobie gigantyczne, nieosiągalne nie tylko dla zwykłych pracowników, ale już nawet dla informatyków, profesorów, prawników czy menedżerów zarobki lekarzy (przy okazji trochę niższe, lecz także bardzo wysokie płace pielęgniarek), połączone z żenująco niską jakością świadczonych przez nich usług, od czasu do czasu „przyprawianych” zwykłą pogardą dla osoby ludzkiej i/lub penalizowaną przepisami karnymi i potępianą moralnie praktyką bezczeszczenia zwłok.

Osobiście doniesienia o tym, co działo się (a pewnie nadal dzieje się) w przywołanym szpitalu, wcale mnie nie zaskoczyły. Po części pewnie dlatego, że jako bioetyk i absolwent dwóch polskich uniwersytetów medycznych, na których zgłębiałem problematykę zarządzania w opiece zdrowotnej i prawa medycznego, miałem uprzywilejowany wgląd w sposób zorganizowania placówek medycznych w Polsce. Choć dziś znaczna część Polaków bulwersuje się wysokością zarobków lekarzy, od lat nie było tajemnicą, że są w Polsce szpitale, które 110% swojego budżetu przeznaczają na wypłaty wynagrodzeń dla personelu, z czego prawie że całą pulę – na pensje lekarzy. Oczywiście, o bardziej szczegółowych danych tego typu można zasłyszeć na zajęciach z ekonomiki zdrowia, ale wystarczy nieco tylko spostrzegawczości, paru dosłownie doświadczeń z systemem ochrony zdrowia oraz zwykłego przyjrzenia się pracy (niekiedy zaś raczej „pracy”) personelu medycznego, aby ujrzeć ogrom patologii. Pamiętam, jak w rozmowach towarzyskich, dajmy na to z kolegami z pracy, ganiono mnie, że wytykałem niewspółmierność zarobków lekarzy do jakości/skuteczności udzielanych przez nich świadczeń. Byłem za to wręcz ostracyzowany, o ironio przez osoby zarabiające niewiele powyżej minimalnego wynagrodzenia, czyli wysokość pensji, której lekarz nie jest w stanie pojąć.

Pierwszy podstawowy problem, jaki trzeba tu podnieść, to kwestia tego, że jeśli ktoś zarabia tyle, iż za 3-4 wypłaty, bez żadnego zaciskania pasa, może sobie kupić mieszkanie, żyje jak gdyby w innym społecznym świecie. Jasne, biologicznie jest człowiekiem, ontologicznie – tym bardziej. Lecz od strony społeczno-kulturowej autentycznie traci kontakt z ludźmi już nawet nie tylko z nizin społecznych, z jakiegoś „marginesu”, ale z tymi nawet, którzy sytuowaliby się powiedzmy w tzw. klasie średniej. Taki ktoś nie jest w stanie zrozumieć problemów kogoś spoza swojej „kasty”, a tym samym nie jest w stanie rzetelnie świadczyć pracy, która ukierunkowana jest wybitnie społecznie, jak ma to miejsce właśnie w zawodach medycznych. Ktoś taki siłą rzeczy „wypisuje się” ze społeczeństwa, będąc zdolnym do współtworzenia z podobnymi sobie jedynie jakiegoś rodzaju „kliki”, stanowiącej „narośl” na tymże społeczeństwie. W rzeczywistości taką „narośl”, pasożytującą na dobru wspólnym, obserwujemy pod postacią Naczelnej Izby Lekarskiej, a szerzej – ogółu lekarzy, lekarzy dentystów, częściowo też pielęgniarek, położnych, fizjoterapeutów, itd. W społeczeństwie z tak drastycznymi rozwarstwieniami ekonomicznymi nie ma mowy o byciu złączonym dobrem wspólnym, nie jest możliwy żaden solidaryzm narodowy. Jeśli „kliką”, która wyrosła nieporównywalnie wysoko ponad resztę ludzi, są przedstawiciele profesji mającej w założeniach służyć innym, to ta służba niejako z konieczności musi się degenerować. Problem jest tym bardziej rażący, im większa jest liczba „żyjących w innej galaktyce”. W Polsce mamy obecnie około 180 tysięcy lekarzy i lekarzy dentystów. Siłą rzeczy, choć żyją inaczej niż reszta społeczeństwa, są przez zwykłych ludzi widywani. To zaś tylko powiększa złość, poczucie bezsilności, doznanie upodlenia. Podczas gdy, przykładowo, w Polsce Ludowej na nadzwyczaj wysokim poziomie żyła stosunkowo nieliczna grupa najwyższych notabli partyjnych, to luksusy, w jakie opływali, nie kłuły tak w oczy. Kiedy jednak milionerów i multimilionerów mamy dziesiątki tysięcy, zwiększa się prawdopodobieństwo napotkania ich. Każde zaś doświadczenie kontaktu z nimi musi rodzić dojmujące cierpienie, którego korzeniem jest przeżycie niesprawiedliwości. Nawiasem mówiąc, zupełnie bezsensowne i niezrozumiałe wydaje się w takich okolicznościach korzystanie z usług psychiatrów. Przypomina bowiem w obliczu ich horrendalnie wysokich zarobków coś na kształt syndromu sztokholmskiego. Większość problemów psychicznych ma za przyczynę czynniki ekonomiczne i społeczne. Udanie się po wsparcie do kogoś, kto problemów natury socjoekonomicznej nie może rozumieć, jest bezsensowne, a niekiedy wręcz dobijające, gdy oto ktoś w depresji (nierzadko wywołanej sprawami zawodowymi) uświadomi sobie, że jest na dziesięciominutowej pogadance u przedstawiciela wolnego zawodu, który za tę „pomoc” zainkasuje 500 złotych.

Warto w związku z tym poszukać filozoficznej diagnozy problemu. Od strony społecznej winnych wskazać łatwo: ogół społeczeństwa, my wszyscy, którzy dozwoliliśmy, by za spanie na dyżurze, a nierzadko zwyczajne bycie pod telefonem (albo i nie – wiadomo, że medyków de facto się nie kontroluje, więc masowo wpisują sobie godziny „pracy” jak chcą) dorabiać się milionów. Oczywiście, to pewne uproszczenie, bo system ochrony zdrowia konstruują politycy, przy wydatnym poradnictwie w tym zakresie ekonomistów, menedżerów, prawników, przedstawicieli samorządów zawodowych, itd. Ale taką mamy klasę rządzącą, na jaką zasługujemy. Jeśli jako społeczeństwo jesteśmy bierni, jeśli przyzwalamy, by zakazywano wstępu do lasu czy na cmentarz, bo po kraju przechadza się rzekomo Dawid XIX, jeśli pozwalamy, by miliardy złotych trwoniono na ukraińską korupcję, jeśli po rozkradzeniu pieniędzy z Krajowego Planu Odbudowy (KPO) odpowiedzialny za to polskojęzyczny rząd rezydujący w Warszawie nadal pozostaje u władzy, to być może na lepszych rządzących nie zasługujemy.

Znacznie bardziej zawoalowana jest jednak geneza filozoficzna problemu. Proponuję wyjaśnienie, które u podstaw tego stanu rzeczy stawia koncepcję umowy społecznej jako teoretyczny model ukonstytuowania ładu społecznego, przy jednoczesnym zrezygnowaniu z filozofii prawa naturalnego rozumianego substancjalnie. Teorię prawa naturalnego, zwłaszcza w wersji tomistycznej/neotomistycznej, odrzuca się dziś i w czambuł potępia, głównie przez jej związki z myślą katolicką czy szerzej – chrześcijańską. Zamiast tego albo dozwala się na głos koncepcji prawa naturalnego w wersji proceduralnej, ewentualnie prawa naturalnego o zmiennej treści, zabarwionymi w gruncie rzeczy relatywizmem, albo daje się posłuch rozmaitym wersjom umowy społecznej. W umowie zaś strony mogą porozumieć się w dużej mierze dowolnie, jako że chodzi o kwestię konwencji. Jeśli w społeczeństwie ustali się, że lekarz może z publicznej kasy, do której składają się ludzie ledwo wiążący koniec z końcem, pobierać za wykonywanie świadczeń, za które uczciwie powinien pobrać gdzieś w granicach średniej krajowej pensji (pod warunkiem, iż wykona je solidnie, z dbałością o wysoką jakość i ktoś go skrupulatnie skontroluje), 3 miliony złotych w skali roku, to formalnie wszystko jest legalnie. Ot, tak się po prostu w społeczeństwie umówiono. Zasadniczo nie ma jak tu czegoś takiemu modelowemu ortopedzie z Sokołowa Podlaskiego zarzucić. Legalnie przelano na jego konto za rok usług 3 miliony złotych, w obrębie systemu organizacji zdrowia wszystko jest w porządku.

Jest jednak lepsze niż konsensualno-konwencjonalne ukonstytuowanie architektury bytu społecznego. Mianowicie takie, które oparte jest na prawie naturalnym, które zawiera jedynie kilka podstawowych zasad, nigdzie niezapisanych, bo wynikających z samej natury człowieka, tzn. z tego, kim on jest, jakiego typu jest bytem i czego do odpowiedniego funkcjonowania mu potrzeba. To prawo naturalne, domagające się pozytywizacji w postaci współcześnie nieodzownych, a bardziej szczegółowych aktów prawnych, pozostających z nim jednak w pełnej zgodności, ma za punkt wyjścia poznanie, że człowiek potrzebuje porządku wspólnoty, aby móc się pełniej rozwijać i wieść życie godne człowieka.

Takie pierwotne, wyjściowe, bazowe prawo naturalne zawiera rudymentarne zasady, które wskazują, jak człowiek jako członek wspólnoty ma postępować, aby wspólnota mogła się znaleźć i utrzymać w stanie życia wspólnego na miarę godności człowieka. Wśród tych zasad naczelną jest ta, że człowiek zaistniał jako osoba, czyli istota rozumna i zdolna do odpowiedzialności, która potrafi rozpoznać drugiego człowieka jako równoprawną z nim osobę, wymagającą zaafirmowania jej wraz z jej godnością. Dalej, każdy człowiek, od chwili swojego zaistnienia, otrzymuje swoistą własność pierwotną, tzn. życie, integralność cielesną i wolność, na które to dobra bez uzasadnionej podstawy nie wolno przypuszczać ataków. Nadto każdy człowiek ma wobec drugiego obowiązek niesienia pomocy. Podobnież każdy – w relacjach interpersonalnych – zobligowany jest do uczciwości i wiarygodności. Poza tym każdy ma obowiązki w stosunku do wspólnoty jako takiej; bez wkładu ze strony tworzących ją członków nie może ona bowiem ani zaistnieć, ani trwać. Wreszcie pierwotne prawo naturalne poucza nas, że trzeba jakiegoś rodzaju organów wspólnoty, które dbałyby o ochronę i wspieranie składających się na wspólnotę jednostek, zwłaszcza tych najsłabszych. Tym obowiązkom odpowiadają uprawnienia (prawa) będące pokłosiem prawa naturalnego, na czele z prawem do respektowania godności ludzkiej.

Gdy przeżywamy, a najpełniej można tego doświadczyć w kontekście prawa naturalnego, sprawiedliwość od strony subiektywnej, to orientujemy się, że idą za nią trzy wymogi cnoty: 1) honeste vivere (żyć uczciwie), 2) neminem laedere (nikogo nie ranić) i 3) suum cuique tribuere (oddać każdemu to, co mu się należy). Krócej i prościej znajduje to swój wyraz w „złotej regule”: czego nie chcesz, aby tobie czyniono, nie czyń drugiemu”. Pozytywnie komunikuje to Ewangelia: „Wszystko więc, co byście chcieli, żeby ludzie wam czynili, i wy im czyńcie” (Mt 7,12). Szerzej, niejako obiektywnie, dostrzec można, że sprawiedliwość nie wyczerpuje się w relacji jednostki do jednostki, ale stoi u podstaw porządku relacji międzyludzkich jako całości. Na tej bazie oczekujemy, że ład społeczny będzie sprawiedliwy i że wyrazi się to w odpowiedniej formacji politycznej społeczeństwa. Precyzując: idzie o to, aby członkom społeczeństwa zapewnić odpowiednie miejsce w całości. Z jednej strony, muszą być oni beneficjentami życia wspólnotowego, korzystając z dokonań społecznych, z drugiej strony, muszą dokładać swoje „cegiełki” do realizacji wymogów-obowiązków nałożonych przez społeczeństwo. Przekładając to na język konkretów, chodzi o to, by każdy członek społeczeństwa miał swój udział w wyżywieniu, napitku, odzieniu, mieszkaniu, transporcie, ofercie kulturalnej, edukacji, opiece zdrowotnej, pomocy socjalnej, itd. Sferą wyróżnioną są w tym kontekście stosunki gospodarcze, w nich najszybciej i najdobitniej widać wszakże ewentualną niesprawiedliwość. Otóż idzie o to, aby w sferze tej panowały sprawiedliwe ceny i sprawiedliwe wynagrodzenia.

W ludzkich relacjach społecznych znaczenie mają zwłaszcza dwa główne modele sprawiedliwości, mianowicie 1) sprawiedliwości wymiennej i 2) sprawiedliwości rozdzielczej. Sprawiedliwość wymienna opiera się na relacji współrzędności. Tyczy się w szczególności różnych międzyludzkich umów, na przykład kupna i sprzedaży. Akt takiej sprawiedliwości dokonuje się niejako bez względu na osobę, a ściślej: bez względu na to, jaka dana osoba jest. Dajmy na to, jeśli umówiliśmy się, że za korepetycje z historii będziemy pobierać 100 złotych za jedną lekcję, to nie windujemy dowolnie i nagle stawki na 150 złotych, niezależnie od tego, czy drugą osobę lubimy, itd. Odnośnie praktycznej kwestii wynagradzania za pracę szczególnie istotna jest sprawiedliwość rozdzielcza. Na jej podstawie przydziela się pomiędzy jednostki prawa i obowiązki. Co jest w tym zakresie kryterium? Zasługa albo godność (nie tyle nawet i nie przede wszystkim ontyczno-aksjologiczna godność osoby, bo tę ma każdy człowiek, co bardziej godność osobista, czyli to, co dana jednostka sobą reprezentuje, na ile się stara, rozwija, przykłada do pracy, itd.). Przypisanie praw i obowiązków musi być skutkiem zasługi. Chodzi o specyficznie rozumianą równość, która nie jest jednak równością arytmetyczną, ale równością proporcjonalną do miary zasługi, tak iż nierówna zasługa wiedzie do arytmetycznie nierównych skutków.

Co w takiej perspektywie, patrząc od strony filozoficznej, dzieje się w polskiej opiece zdrowotnej? Ano permanentnie, rażąco i dalece moralnie nagannie narusza się zasadę sprawiedliwości rozdzielczej. Dokładniej, z dobra wspólnego rozdziela się bez godności, bez jakiejkolwiek rzeczowej miary, bez uporządkowania, w sposób samowolny. Każdy sprawiedliwy porządek wymaga bowiem wykluczenia samowoli. Działanie sprawiedliwe jest wdrażaniem słusznej miary. W imię sprawiedliwości nie można obciążać kogoś ponad miarę obowiązkami ani też darować komuś prawa/przywileje, na które obiektywnie nie zasługuje.

Żeby jednak można było rozpoznać, że ktoś na coś obiektywnie zasługuje lub na coś obiektywnie nie zasługuje, trzeba przyjąć ramy prawnonaturalne, które są zwierciadłem prawa pozytywnego (a to prawo pozytywne precyzuje w relacjach pracowniczych, kto dostaje nagrody, kto zaś kary), jego miarą, sumieniem, duszą, normą norm, jak gdyby „królem ustaw”. Bez światła prawa naturalnego, którego snop chwytamy mocą rozumu, może zaistnieć „ustawowe bezprawie” (określenie Gustava Radbrucha). „Prawość prawa stanowionego” może się zrodzić tylko wtedy, gdy ponad prawem ludzkim stoi i jest odczytywany porządek prawa naturalnego. Ten ostatni nakłada wszakże na ustawodawcę ograniczenie, według którego jego działania nie mogą być dowolne.

Że taki stojący ponad prawem ludzkim porządek, a szerzej – ponad w ogóle społeczeństwem, rzeczywiście istnieje (nie jest li tylko czymś pomyślanym, fantazjowanym, itd.), przemawiać może to, iż idea wartości sprawiedliwości pociąga za sobą wartość powinności, której człowiek doświadcza w tym, co nazywamy głosem sumienia. Doświadcza zresztą nie jakkolwiek, lecz jako zobowiązanie, by ową wartość realizować w różnych sytuacjach życiowych. Tak doświadczana sprawiedliwość jawi się nie tylko jako podstawa prawa, ale jednocześnie etyczna zasada zachowania, a wręcz uniwersalna zasada zachowania ogólnoludzkiego.

Na tej właśnie bazie rozpoznajemy, że jest coś rażąco krzywdzącego w tym, iż wystawiający faktury za nieprzepracowane godziny lekarz zgarnia setki tysięcy złotych, zaś starsza lekarz dentysta, starająca się rzetelnie wykonywać swój fach, jest karana niewypłacaniem jej pieniędzy z Narodowego Funduszu Zdrowia (NFZ) za to, iż za rządów Dawida XIX, zamiast jak wielu innych medyków izolować się od pacjentów i robić sobie sowicie płatne wolne od pracy, przyjmowała pacjentów, udzielając im realnej pomocy.

Oczywiście, rzecz nie jest taka prosta, bo sumienie, żeby trafnie odczytywało, co się powinno czynić, a czego nie, musi być jeszcze odpowiednio ukształtowane, a to wymaga długiej i rozsądnej pracy nad sobą, często też wsparcia dobrych nauczycieli-wychowawców. Jedną z okazji do swoistego „oświecenia” wielu ludzi w kontekście tego, co jest sprawiedliwe w życiu społecznym, a co nie, może być afera, która wybuchła dzięki frywolności słynnego Dawida Kacprzyka. Trochę żartem, a może nawet bardziej na serio, chciałoby się rzec, że ten młody lekarz zrobił dla propagowania wiedzy o rażąco niesprawiedliwych zarobkach lekarzy tak wiele, jak ukraiński satyryk Wołodymyr Zełenski dla ukazania światu prawdy o ludobójstwie dokonanym przez nazistów z Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA) na ludności polskiej z Wołynia i Galicji Wschodniej.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *