Adrianna Gąsiorek - Umowa UE–Mercosur: polityczny sukces Brukseli, gospodarcza katastrofa dla polskiego rolnictwa

Umowa handlowa Unii Europejskiej z krajami Mercosuru jest przedstawiana jako strategiczny triumf europejskiej dyplomacji i dowód na globalną sprawczość Wspólnoty. W rzeczywistości jednak dla Polski — kraju o silnie rozwiniętym sektorze rolnym — może ona okazać się jednym z najbardziej dotkliwych ciosów gospodarczych ostatnich lat. Pod płaszczykiem wolnego handlu i geopolitycznych ambicji kryje się bowiem projekt, który przerzuca koszty globalizacji na najsłabszych uczestników rynku: rolników.
Nie jest to spór ideologiczny ani emocjonalna reakcja środowisk wiejskich. To konflikt interesów, w którym polskie rolnictwo — obciążone unijnymi regulacjami, kosztami energii, Zielonym Ładem i presją inflacyjną — zostaje wystawione na konkurencję, z którą nie ma realnych szans wygrać. Umowa Mercosur nie tworzy równych warunków gry. Ona je systemowo niszczy.
Mercosur, czyli blok gospodarczy Argentyny, Brazylii, Paragwaju i Urugwaju, to potęga rolnicza oparta na masowej, niskokosztowej produkcji. Kraje te eksportują ogromne ilości wołowiny, drobiu, cukru i zbóż, wykorzystując skalę, tańszą siłę roboczą oraz znacznie mniej restrykcyjne normy środowiskowe i sanitarne. Unia Europejska natomiast — a Polska w szczególności — rozwija rolnictwo oparte na wysokich standardach, bezpieczeństwie żywności i coraz bardziej rygorystycznych regulacjach klimatycznych.
Zderzenie tych dwóch modeli nie jest „konkurencją”. Jest nierówną walką, w której wynik został przesądzony jeszcze przed rozpoczęciem.
Komisja Europejska przekonuje, że umowa przyniesie korzyści całej Unii: zwiększy eksport europejskiego przemysłu, wzmocni pozycję UE na arenie międzynarodowej i otworzy nowe rynki zbytu. Problem w tym, że te korzyści są abstrakcyjne, długofalowe i skoncentrowane w kilku sektorach — głównie przemysłowych. Straty natomiast będą natychmiastowe, lokalne i bardzo konkretne.
Dla polskiego rolnika nie ma znaczenia, że niemiecki koncern sprzeda więcej maszyn w Brazylii. Ma znaczenie to, że cena skupu wołowiny lub drobiu spadnie poniżej progu opłacalności. A to właśnie ten scenariusz jest najbardziej prawdopodobny po otwarciu unijnego rynku na tani import z Ameryki Południowej.
Szczególnie zagrożone są te gałęzie polskiego rolnictwa, które przez lata budowały swoją pozycję konkurencyjną w UE: produkcja drobiu, wołowiny oraz niektórych zbóż. Polska nie jest marginalnym graczem — jest jednym z liderów tych rynków. Właśnie dlatego skutki umowy Mercosur będą u nas silniejsze niż w wielu innych krajach członkowskich.
Napływ tańszych produktów z Mercosuru nie tylko obniży ceny, ale też zachwieje strukturą rynku. Duże gospodarstwa i korporacje rolne być może przetrwają, przerzucając koszty na skalę produkcji. Małe i średnie gospodarstwa — fundament polskiej wsi — znajdą się pod ścianą. To one nie mają buforów finansowych ani możliwości szybkiej zmiany profilu działalności. To one pierwsze odczują skutki decyzji podjętych w Brukseli.
Kluczowym problemem jest nierówność regulacyjna. Unia Europejska nakłada na swoich rolników coraz większe obowiązki: ograniczenia emisji, redukcję nawozów, wymogi dotyczące dobrostanu zwierząt, ochrony gleby i wody. Wszystko to podnosi koszty produkcji. Jednocześnie UE planuje otworzyć swój rynek na produkty wytwarzane w systemach, które tych samych wymogów nie spełniają.
To nie jest wolny handel. To import nierówności.
Zwolennicy umowy powołują się na klauzule ochronne i limity importowe. Problem w tym, że doświadczenie uczy, iż mechanizmy te są powolne, biurokratyczne i uruchamiane dopiero wtedy, gdy szkody są już faktem. Rolnictwo nie reaguje jak rynek finansowy — raz utracone gospodarstwo nie odbudowuje się w ciągu kwartału. Skutki kryzysu w tym sektorze są trwałe i społecznie kosztowne.
Nie bez znaczenia jest również aspekt środowiskowy, który w całej debacie brzmi niemal ironicznie. Unia Europejska deklaruje walkę z kryzysem klimatycznym, a jednocześnie wspiera umowę, która może zwiększyć presję na wylesianie i intensyfikację produkcji rolnej w Ameryce Południowej. W praktyce oznacza to eksport emisji i degradacji środowiska poza Europę — przy jednoczesnym osłabianiu własnych producentów.
Styczeń stał się momentem zapalnym także z innego powodu: procedury przyjęcia umowy. Porozumienie z Mercosurem może wejść w życie nawet mimo sprzeciwu części państw członkowskich, ponieważ nie wymaga jednomyślnej ratyfikacji przez wszystkie parlamenty narodowe. Dla wielu obywateli — w tym polskich rolników — jest to dowód na demokratyczny deficyt i oderwanie instytucji unijnych od realnych konsekwencji ich decyzji.
Protesty, które obserwujemy w Polsce i całej Europie, nie są wyrazem niechęci do handlu czy izolacjonizmu. Są wołaniem o elementarną sprawiedliwość. Rolnicy nie domagają się przywilejów — domagają się równych warunków i ochrony przed decyzjami, które mogą zniszczyć całe sektory gospodarki.
Umowa UE–Mercosur w obecnym kształcie nie jest kompromisem. Jest politycznym wyborem, w którym koszty zostały świadomie przesunięte na peryferia Unii. Polska — ze swoją strukturą rolną i znaczeniem w produkcji żywności — znajdzie się wśród największych przegranych.
Jeśli ta umowa wejdzie w życie bez realnych zabezpieczeń dla rolnictwa, stanie się kolejnym dowodem na to, że w unijnej polityce łatwiej jest poświęcić lokalnych producentów niż zakwestionować dogmat wolnego handlu. A cena tej decyzji będzie liczona nie w tabelach handlowych, lecz w zamykanych gospodarstwach, wyludniającej się wsi i utracie bezpieczeństwa żywnościowego.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *