W dniu 3 stycznia 2026 roku Stany Zjednoczone Ameryki zamknęły erę mirażu prawa międzynarodowego. Brawurowa akcja pojmania prezydenta niepodległego kraju wbrew wszelkim zapisom prawa międzynarodowego zarysowała bardzo wyraźną granicę między epoką “końca historii”, a nadchodzącym czasem globalnego chaosu.
Moralność, etyka, prawo…
Na wstępie warto odnieść się do moralnego i etycznego aspektu tej historii – otóż ten atak w myśl dotychczas znanych nam zasad funkcjonowania świata był po prostu zły. Dalsze rozwodzenie się nad etyką, czy moralnością mija się w tym momencie z sensem – przechodzimy do nowego świata, gdzie pierwsze skrzypce odgrywa siła.
Sygnały dla świata
Pojmanie Maduro stanowi pewien symbol, który jasno komunikuje światu kilka doniosłych faktów, których nie możemy pominąć, by zrozumieć nadchodzącą rzeczywistość. Najbardziej ogólnym sygnałem jest ten, że wchodzimy w epokę rozwiązań czysto siłowych. Wenezuela jako kraj liczący niespełna 30 milionów obywateli, posiadający około 150 tysięcy żołnierzy powinna być rozpatrywana jako państwo średniej wielkości. Polska jako kraj niewiele bardziej liczny i z niewiele większymi siłami zbrojnymi powinna być również zaklasyfikowana do tej samej kategorii – krajów średnich. Wyraźnie widać zatem, że rozpoczynamy epokę, gdzie małe i średnie państwa nie będą mogły już dłużej liczyć na to, że litera prawa międzynarodowego lub jakiegoś rodzaju konwencje zapewnią im bezpieczeństwo. Dla naszego kraju USA nie stanowią bezpośredniego zagrożenia, ale mamy inne mocarstwo o imperialnych zapędach w naszej okolicy, które może być zainteresowane próbą wyciągnięcia lekcji z tego pokazu siły. Naszą z kolei lekcją powinno być przygotowanie służb, sprzętu oraz programu przeszkolenia żołnierzy do reakcji na podobną interwencję. Szybkość reakcji naszych funkcjonariuszy, niezawodności ich broni, doskonale przemyślane i wyćwiczone procedury mogą stanowić o funkcjonowaniu naszego państwa. Jeśli pominiemy tę lekcję, to ceną za swoją lekkomyślność zapłacimy krwią, a może nawet wolnością.
Kolejnym sygnałem jest otwarcie wrót do Orwellowskiego podziału świata na Oceanie, Eurazję i Wschódazję. Znane z okresu zimnowojennego “strefy wpływów” wracają ze zdwojoną siłą. Polska jako amerykańskie przedpole może prędko zmienić się w obszar negocjowalny dla transakcyjnej polityki Trumpa, który zdaje się być zorientowany bardziej na wojnę Oceanii z Wschódazją niż na dbanie o porządek w Eurazji, gdzie grę o tron rozpoczęła Rosja. Jako państwo średniego rozmiaru nie mamy możliwości wywalczyć sobie pełni suwerenności w popularnym “koncercie mocarstw”, jesteśmy bardziej w pozycji przedmiotu niż podmiotu tej gry. Mimo tego, że jesteśmy w stajni najmocniejszego (jak zdawałoby się po akcji wenezuelskiej) gracza, to jesteśmy na straconej pozycji – zderzaka. Dotychczas nasi rządzący wykazywali się wręcz niesmaczną amerykanofilią z wyraźnym kompleksem niższości. Teraz, gdy nasz bezwarunkowy wasalizm względem USA może okazać się naszą zgubą – nie możemy sobie pozwolić na bezwarunkowe poddaństwo. Od tego momentu musimy zacząć dążyć do przywiązania interesów amerykańskich z polskimi za wszelką możliwą cenę – tak aby cena położenia naszego losu na stole negocjacyjnym była dla Oceanii bardzo kosztowna. Czas zacząć dbać o to, by kolejna Jałta była dla sprzedającego nas seniora bardzo bolesnym doświadczeniem oraz aby ten ból był realny, dotkliwy i głęboki.
Walący się porządek świata jaki znamy przesyła jeszcze jeden sygnał – wracamy do epoki realnej gry politycznej. Decyzje podejmowane przez idiotów, którzy otrzymali największą liczbę głosów w wyborach parlamentarnych będą mierzone naszą wolnością lub niewolą, naszym ubóstwem lub bogactwem, a w niektórych przypadkach wielkością daniny krwi jaką przyjdzie nam przelać w okopach. Trump odsłonił kurtynę obłudy i rzeczywistości wprost mówiąc o ropie w Wenezueli. Dotychczas USA “eksportowało demokrację”. Wszyscy robili sobie z tego żarty, bo prawdziwe powody ich “interwencji” były powszechnie znane. Wtedy jednak żaden polityk nie odważyłby się ich zadeklarować wprost. Etyka i moralność miały wówczas takie znaczenie, że dla polityka takie cyniczne podejście do wykorzystania sił zbrojnych oznaczałoby niechybną porażkę wyborczą. Trump przekroczył tę granicę i nawet nie próbuje ukrywać, że istota ataku jest zorientowana na ekonomicznym i politycznym interesie USA. Pozwala sobie na taką otwartość, bo nie obawia się, że spotka się ona z politycznymi reperkusjami w polityce wewnętrznej. Jeżeli POTUS poprawnie wyczuł zmianę w mentalności społeczeństwa amerykańskiego, to znaczy, że wkraczamy w erę twardych czasów, brutalnej siły i gangsterskich porachunków między politykami z wykorzystaniem sił zbrojnych, policji i służb – tak do gry na arenie międzynarodowej, jak i w polityce wewnętrznej.
Polska – między wschodem, a zachodem
Nasze położenie geograficzne nigdy nie było dla nas łaskawe. Setki wojen jakie widziała Wisła, dziesiątki powstań, które obserwował Dąb Bartek, to nie tylko litery na kartach podręczników do historii. To hektolitry krwi przelanej przez polskich wojowników, którzy zostali przyłapani przez wojenną zawieruchę na naszym nieszczęsnym terytorium. To historia, która się nie skończyła i piszę się nadal. Kolejne stronice w tych podręcznikach, kolejne powstania, których świadkiem będzie nasz prastary dąb i kolejne konflikty, których centralną częścią będzie nasza Wisła – będą naszym udziałem.
Dziś jest kolejny dzień w którym nagłówki informacyjne powinny przebrzmiewać w naszych głowach niczym brzęczenie dzwonu bijącego na alarm. Nadchodzi czas zawieruchy, który jest potężnym zagrożeniem, ale i potężną szansą. Polska ma potencjał i zasoby, aby wybić się na rolę silnego państwa konsolidującego międzymorze, państwa bałtyckie, skandynawskie oraz naszych najbliższych sąsiadów w celu balansowania sił rosyjskich. Mamy dziejową okazję, by z tej zawieruchy wyjść silniejsi, więksi i bogatsi, gdy już opadnie kurz. Proces ten będzie jednak zjawiskiem z gruntu anarchicznym i darwinistycznym. Więksi będą pożerać mniejszych lub rzucać ich na pożarcie jeszcze większym graczom. Poeci będą opisywać malowniczo zdrady narodowe. Malarze będą przedstawiać kolejnych Rejtanów, a muzycy będą tworzyć kolejne pieśni o bohatersko poległych partyzantach. Tym razem Polska nie będzie tragicznym obiektem tej sztuki – tym razem to my będziemy stawiać łuki triumfalne.
Polska w obliczu globalnej zawieruchy
Wyciągając lekcję z naszej bolesnej i pełnej romantyzmu smutnej historii musimy do kolejnej rundy światowej “gry o tron” przystąpić inaczej niż do tej pory. Musimy zmienić nie tylko podejście do postrzegania polityki, ale w ogóle zmienić swój sposób myślenia. Domyślnym stanem mentalności polskich polityków na arenie międzynarodowej jest asekurancki reakcjonizm. Nasze “elity” bardzo rzadko podejmują się działań, które przechylają szalę szerszej opinii publicznej, sojuszy, czy układów międzynarodowych. Zwykle możemy w mediach obserwować nagłówki, że “nasz premier odpowiedział…”, “MSZ zareagowało…” itd., natomiast bardzo rzadko się zdarza, że to nasze państwo jest źródłem jakiegoś rodzaju wydarzeń. Maluje się z tego obraz Polski jako postaci, która jest pełna profesjonalizmu i chłodnego spokoju – która jednak nigdy nie ma odwagi wyjść przed szereg. Jak dzieją się jakiegoś rodzaju wydarzenia, to postać ta, szara i trudna do zapamiętania w tłumie, dyskretnie zerka na swojego seniora lub stara się wyczuć nastroje panujące w grupie i dopiero wypowiada “swoje” zdanie. To postać, która pomimo swojej stabilności i profesjonalizmu nie ma odwagi, charakteru ani wiary we własne siły, czy poglądów moralnych. To taki “everyman”, który z powodu własnych kompleksów boi się podjąć walki, by nie przegrać. Jego cechy osobiste skazują go na pozycję wiecznego skrzydłowego, który zawsze pozostaje w cieniu, niezależnie od tego jak bardzo jest kompetentny, czy jak wiele pracy wkłada w realizację swoich obowiązków. To jest typ człowieka, którego można lubić, ale jako stabilny element określonego środowiska. Nie jest to typ przyjaciela, bo przez swoje asekuranctwo zawsze odpowie to, co jest “właściwe” w określonej sytuacji. Właściwie nigdy nie wychodzi ze swojej “skorupy” i nie uzewnętrznia własnych uczuć. Wycofany społecznie, kulturalny i pełen kurtuazji, a zarazem tak pogrążony w kompleksach, że nigdy się nie otworzy przed drugą osobą z powodu odrazy do swojego wnętrza. Typ osobowości, który cierpi na legendarny “syndrom oszusta” – nieustannie przekonanego, że nie jest wystarczająco silny, sprawny, stanowczy…
Polska musi wykonać pewien krok naprzód i przejść przez przyspieszoną psychoterapię, by zająć miejsce należne jej w świecie. Nasz potencjał, nasza ciężka praca, rezultaty naszego krótkiego okresu wolności dowodzą, że nawet całe wieki systematycznego zwalczania istoty polskości nie były w stanie złamać naszego potencjału i naszego ducha. Dziś musimy zmienić naszą smutną postać na nową – postać wojownika-nacjonalisty. Nie obowiązują już konwenanse – Trump pokazał nam, że reguły gry opierają się bardziej na sile niż na starych kurtuazyjnych zwrotach i prawie międzynarodowym. Nie możemy dłużej łasić się do Wuja Sama licząc na to, że poklepie nas po głowie. Owszem może i poklepie po głowie zawsze wiernego posła Tarczyńskiego, jak najwierniejszego psa, ale bez mrugnięcia okiem odda go Rosjanom za niezbyt wygórowaną cenę. Dziś w cenie jest siła, a łaszenie się bez śladu godności to wyraźna oznaka słabości – tej cechy również musimy się wyzbyć. Musimy nabrać pewności siebie – czas wchodzić na salony bez kompleksów. Mamy o wiele większą historię niż USA, wiele więcej chwalebnych bitew niż Rosja i dużo mniej zbrodni niż Niemcy. Swój obecny poziom rozwoju gospodarczego wypracowaliśmy o wiele większym wysiłkiem niż Niemcy, bo mieliśmy pecha co do Planu Marshalla, czy strony Żelaznej Kurtyny. Mimo tragedii XX wieku, pokazaliśmy, że Polska nie jest jakimś bantustanem i pomimo wszelkich trudności jesteśmy w stanie zbudować potęgę od zera. Oprócz pewności siebie potrzebujemy nieco szaleństwa. Nie możemy być ułożonym i grzecznym subiektem różnych międzynarodowych formatów. Musimy być tym zbirem z ostatniej ławki, który rozrabia na granicy tego co dopuszczalne wprowadzając chaos i życie między klasowymi ławkami. Musimy bardziej stać się tym wrednym dzieciakiem, który zabiera kanapki mniejszym niż prymusem z pierwszej ławki. Jak bowiem udowodnił Trump, belferka wcale nie ma problemu z łamaniem regulaminu szkoły i zabierania kanapek dzieciakom własnoręcznie.
Nowa postać Polski powinna wchodzić na salony lekko spóźniona, ale nie po cichutku, by nikt nie zauważył. Powinna wchodzić przez główne drzwi i z szerokim uśmiechem witać się z innymi onieśmielając swoją charyzmą innych nieśmiałych zgromadzonych, którzy za naszymi plecami będą się oburzać na karygodne spóźnienie. Ta postać powinna z ognikami w oczach rzucać wyzwania naszemu seniorowi badając granicę jego cierpliwości w bezczelny sposób, ale uważając by przypadkiem nie nadepnąć mu na odcisk za mocno. W końcu powinna być gotowa, by na forum publicznym obśmiać bezczelnie kompromitację naszych oponentów, nawet gdy towarzyska śmietanka uzna nasze zachowanie za faux pas. Może uznawać nasze zachowanie jak chce, ale nie może z nim nic zrobić, bo na każde przyjęcie będziemy przychodzić z rewolwerem. Może i nie będzie to broń największego kalibru, ale zawadiackie ogniki w oczach naszej postaci powinny upewniać naszych współbiesiadników o tym, że czasem nie chodzi o wielkość kalibru w porządnej strzelaninie.
Czas nacjonalizmu
Nadchodzące czasy będą faworyzowały śmiałych, odważnych i silnych graczy. Nie będzie miejsca na półśrodki, nieśmiałość, czy płonne nadzieje pokładane w sojuszach. Reguły gry będą dyktowali silniejsi i ci którzy będą bardziej bezczelnie blefować przy lęku pozostałych do sprawdzenia kart. W takiej grze lewicowe salonowe elity nie mogą zdać egzaminu. Liberałowie również nie mają pojęcia jak się gra przy takich regułach gry. Potrzebni są nacjonaliści, którzy mają kręgosłup moralny pełniący formę kompasu wskazującego zgrubnie kierunki polityki zgodnej z interesem narodowym. Potrzebni są silni ludzie, którzy nie mają kompleksów i szanują samych siebie za wierność ideałom oraz wiarę w wyższe wartości – w końcu zaczynamy grać na poważnie i udział w grze można przypłacić życiem. W końcu potrzebni są ludzie, którzy potrafią stosować przemoc fizyczną, by nie cofać się przed walką, ale zarazem szlachetni, by nie zmienić się w cynicznych i brutalnych dyktatorów dbających tylko o swój partykularny interes. Potrzebni w polityce są ludzie gotowi oddać życie za sprawę, którzy mają zdrowe kręgosłupy moralne oraz siłę i umiejętności, by pokonywać przeciwników na polu bitwy o zmieniających się regułach gry. By wyjść z tej zawieruchy dziejowej zwycięsko Polska potrzebuje nacjonalistów. Nadchodzi epoka w której nasze czyny, nasze słowa, nasze poglądy i nasze bohaterstwo będzie definiowało życie następnych pokoleń. Nadchodzi epoka nacjonalistów.