Od kiedy wybuchła wojna na Ukrainie, widać coraz bardziej nasilające się, niepokojące zjawisko. Nie mam tu na myśli jakiejś bezpośredniej formy rosyjskich działań, lecz coś, co możemy uznawać za świadomy, lub nieświadomy element wojny hybrydowej. Zarówno w Polsce, jak również w innych krajach na rozgłosie zyskują środowiska odwołujące się do szeroko pojętej prawicy, czy nawet nacjonalizmu, a jednocześnie wykazujące postawy antypaństwowe i antymilitarystyczne. Wydaje się rzeczą oczywistą, że w czasie, gdy za naszą wschodnią granicą trwa wojna, a moskiewska hydra podnosi znowu swój łeb, polscy nacjonaliści, tradycjonaliści etc powinni głosić potrzebę wzmacniania wojska, obrony cywilnej i czynienia przygotowań do ewentualnej wojny obronnej. Tymczasem prorosyjska część środowisk narodowo-prawicowych spośród których najbardziej medialnym stał się Grzegorz Braun, czyni coś zgoła innego. Zamiast kłaść nacisk na obronę narodową i proponować takie alianse geopolityczne, które wzmocniłyby pozycję Polski wobec Rosji, zachowują się oni podobnie, jak hipisi podczas wojny w Wietnamie. Wówczas niektórzy spośród amerykańskich lewaków, będąc agentami wpływu KGB, podjudzali tłumy pożytecznych idiotów spod znaku Woodstock, aby protestowali przeciwko wojnie i dokonywali aktów znieważania amerykańskich żołnierzy powracających z wojny. Te z pozoru błahe i niegroźne metody działań były w rzeczywistości szkodliwymi narzędziami wojny psychologicznej. Amerykańska młodzież otumaniona przez subkulturę hipisów i utopijne idee pacyfizmu znacząco wpływała na obniżanie morale wśród swoich rówieśników służących w armii. Młodzi ludzie, często powracając z wojny, jako inwalidzi spotykali się z piętnem morderców. W ten sposób sowieci dokonywali w amerykańskim społeczeństwie bardzo skutecznej dywersji, jaką jest wojna psychologiczna i informacyjna. Czasy się zmieniają. Obecnie już niewiele kto pamięta o dzieciach-kwiatach. Rosyjskie służby nadal prowadzą psychologiczną dywersję na terytorium swoich wrogów. Jednak w dzisiejszych czasach nie ograniczają się do radykalnej lewicy, chociaż o lewicy mówiąc warto wspomnieć o casusie agenta GRU Pawła Rubcowa, będącego w swoim czasie pupilkiem „polskich” środowisk lewicowych. W ciągu ostatnich lat służby specjalne Kremla większy nacisk kładą na pozyskiwanie środowisk prawicowych, nacjonalistycznych, konserwatywnych etc. Należy przyznać, że rosyjscy agenci wpływu po mistrzowsku i w bardzo cyniczny sposób potrafią wykorzystywać antagonizmy pomiędzy środowiskami narodowymi, a szeroko pojętym liberalnym światem, jak również zaszłości historyczne pomiędzy Polską, a Ukrainą, a szczególnie ludobójstwo na Wołyniu. Jednocześnie takie osoby w tworzonej przez siebie treści całkowicie pomijają, lub bagatelizują kwestię zbrodni rosyjskich na Polakach i ogólnie rzecz biorąc mających miejsce w historii przypadków agresji rosyjskiej wobec Polski. W ciągu ostatnich miesięcy ta rosyjska penetracja w środowiskach nacjonalistycznych stała się szczególnie widoczna we wrześniu 2025 roku, gdy przedstawiciele 20 organizacji z Węgier, Włoch, Francji, Hiszpanii, Serbii, Grecji, Brazylii, RPA, Meksyku, Argentyny i Belgii wzięli udział w konferencji w Petersburgu pod patronatem Dugina i oligarchy Konstantina Małofiejewa. Podobnie, jak w przypadku podobnych środowisk w krajach zachodnich, nadwiślańscy miłośnicy Putina i Dugina ukazują Rosję, jako ostoję wartości tradycyjnych i chrześcijańskich. Dla osoby, która jest zainteresowana tematem, jawi się to, jako ewidentne przekłamanie. Rosja od bardzo dawna jest strefą o bardzo wysokim wskaźniku aborcji, ateizmu, rozwodów, zażywania twardych narkotyków, nie mówiąc już o alkoholizmie, czy przestępczości pospolitej i zorganizowanej. Wbrew propagandzie głoszonej przez domorosłych akolitów duginizmu, kraj ze stolicą w Moskwie od zawsze stanowił mozaikę etniczną, religijną i cywilizacyjną. Można stwierdzić , że faktycznie tradycjonalistyczną strefą jest tam przede wszystkim Czeczenia i skupiska Czeczenów w europejskiej części Rosji, jednak chyba żaden normalny nacjonalista, czy europejski tradycjonalista nie uważa szariackiego islamu za drogę do odrodzenia Europy, już całkiem pomijając fakt, że Czeczenią w imieniu Putina włada Kadyrow, kolaborant i kat wielu przedstawicieli swojego narodu.
Stosunki polsko-ukraińskie są niezwykle skomplikowane i trudne. Niestety należy wspomnieć, że niektóre zachowania Wołodymyra Żełeńskiego i innych przedstawicieli ukraińskich elit politycznych, czy środowisk pozarządowych dają paliwo dla prorosyjskiej propagandy. Gdyby chociażby kwestia ekshumacji Polaków pomordowanych na Wołyniu była rzetelnie potraktowana przez ekipę Żełeńskiego, a w zamian za pomoc wojskową, polityczną i humanitarną ze strony Polski , nasz rząd wynegocjowałby korzystne umowy dotyczące współpracy gospodarczej i wojskowej, to trudniej byłoby sączyć w umysły Polaków prokremlowski jad. Szczególnie szkoda, że nikomu z włodarzy III RP jakoś przez długi czas nie przyszło do głowy, aby skorzystać z sukcesów Ukraińców w dziedzinie przemysłu rakietowego i dronowego i nawiązać w tej kwestii jakąś formę kooperacji, np pozyskując dla polskiego przemysłu zbrojeniowego ukraińskie technologie i licencje. Należy obiektywnie przyznać, że Polacy obserwując w ciągu ostatnich lat pewne rozbieżności interesów i zawirowania w stosunkach polsko-ukraińskich, a przede wszystkim patrząc na arogancję Żełeńskiego i kolejne afery korupcyjne, mogą stać się łatwą ofiarą dla prorosyjskich agentów wpływu ukazujących Rosję, jako mniej groźną dla Polski, niż Ukraina, czy nawet kreślących jakąś surrealistyczną wizję dobrych, sojuszniczych relacji polsko-rosyjskich. Oprócz mających materialne korzyści ze swoich działań agentów, istotnym czynnikiem są tzw pożyteczni idioci. To ci wszyscy, którzy nie będąc świadomi, że działają na szkodę Polski, a z korzyścią dla Moskwy, powielają rosyjską narrację i głoszą rzeczy szkodliwe dla polskiego morale i obrony narodowej. Nie będę się tutaj rozpisywał na temat rozmaitych klaunów, jaszczurów, czy ludzi takich jak rzekomy „tradycjonalista” znany z cudzołożnego związku z pewną celebrytką i tego, że został siłowo usunięty z Marszu Niepodległości. Bardziej niebezpiecznym i karygodnym przykładem działalności „prawicowych hipisów” są chociażby sytuacje, gdy politycy i prawnicy mieniący się prawicowcami i patriotami doradzają Polakom, jak skutecznie uniknąć służby wojskowej, czy też wmawiają kłamliwe bzdury twierdząc, że zaangażowanie w obronę narodową i udział w ewentualnej wojnie obronnej, to nie obrona Ojczyzny, lecz walka za polityków rządzących. Idąc tym kretyńskim i wręcz kosmopolitycznym tokiem rozumowania, należałoby uznać, że przedwojenni polscy narodowcy walcząc o wolność Polski w szeregach NSZ, NOW, czy Konfederacji Narodu, walczyli za Mościckiego i Becka. Na oddzielną uwagę zasługuje obecny na polskiej prawicy już od dłuższego czasu trend pacyfizmu. Zamiast przedstawiać, jako wzorce osobowe żołnierzy, zwycięzców, wojowników, zdobywców, ludzi, takich, jak Bolesław Chrobry, czy Lisowczycy, wiele środowisk kontynuuje szkodliwy kult martyrologii.
Obawiam się, że nie brakuje ludzi, którzy bardziej dumni są z mających miejsce w historii cierpień i upadków Polski, niż jej triumfów. To trzeba zmienić. Naszym celem nie jest męczeństwo. Chociaż podkreślamy potrzebę służby dla Polski, a jeśli zajdzie potrzeba, to poświęcenia, nie chcemy się ustawiać na pozycji przegranych. Jeśli Polska ma przetrwać te trudne czasy zamieszania i przetasowania geopolitycznego, to musimy wreszcie pozbyć się raka martyrologii i polskiej skłonności do anarchii a zacząć budować siłę. Siłę zbrojną, ale także duchową i charakterologiczną. Potrzebujemy społeczeństwa politycznych żołnierzy , a nie hipisów, ani tych lewicowych, ani prawicowych.