Kacper Słomka - Komercjalizm, konsumpcjonizm, kohabitacja kulturowa- albo trzy bękarty kapitalizmu

Chyba nie zdziwi nikogo, że w czasie poświątecznym publikowany jest artykuł poruszający temat komercjalizacji kultury i życia społecznego, wraz z jego wymiarem obrzędowym. Nikogo też zapewne nie zdziwi, że łączyć się ten temat będzie z omówieniem kwestii konsumpcjonizmu- wszak właśnie na takiej pożywce aksjologicznej zjawisko komercjalizacji wszystkiego się pasię, właśnie z niej wyrasta. Połączenie tego tematu z kwestią coraz bardziej problematycznej kohabitacji kulturowej mógłby być zaskakujący może jeszcze kilka lat temu, ale nie dziś w rzeczywistości de facto wojny narracyjnej rozpętanej wokół tradycji różnych kultur. Mimo to nim przejdę do tematu muszę wyjasnić jedną kwestię natury semiotycznej wynikającą z tytułu tekstu. Napisałem o tych zjawiskach ,,bękarty” kapitalizmu. Jednak użyłem słowa ,,bękart” tylko jako wyrazu pokrewnego dla np. szkaradnego potomstwa. Bo w gruncie rzeczy żadne z wymienionych zjawisk nie jest dla kapitalizmu ,,bękartem”. To najprawowitsze dzieci tego systemu, choć tak szkaradne, że chciałoby się w nich widzieć bękarty. Na pewno obrońcy kapitalizmu chcieli by tak je postrzegać. Jednak prawda jest daleko boleśniejsza. Kapitalizm stworzył te zjawiska z wyrachowaną planowością, bez żadnej przypadkowości, kierując się tym czym zawsze się kieruje- dążeniem do maksymalizacji zysków, które to dążenie usuwa z oczu kapłanów owej mamonokracji wszelkie wątpliwości- nawet moralne. Tyle tytułem wstępu- a teraz po kolei obejrzyjmy gwichty owej machiny piekielnej.

Komercjalizm- albo jak zabija się piękno

Na początek zdefiniujmy sobie czym komercjalizm w ogóle jest. Jest to pewna postawa wyrażająca się w opieraniu całego systemu wartościowania kultury na możliwym do uzyskania pożytku materialnym. Opiera się to przekonanie na materialistycznym postrzeganiu człowieka i jego otoczenia kulturowego, typowym dla kapitalizmu. Z tej zaś filozofii wynia komercjalizacja- a więc  proces przekstałcania się danych obiektów, w tym dóbr kultury, w produkty o wartości rynkowej. Brzmi prosto, ale w konkretnych kontekstach to zjawisko kryje w sobie ładunek grozy. W kontekście kultury bowiem procesowi komercjalizacji najczęściej towarzyszy proce, który można nazwać despirytyzacją tudzież deaksjologizacją. Dzieła sztuki, sprowadzone do roli wyłącznie produktów rynkowych, tracą bowiem swoją wewnętrzną wartość. Coraz częściej przestają wyrażać ducha twórcy, czy kultury za nimi stojącej. Równie często odwracają się nie tylko od promowania, ale zgoła od przedstawiania wartości cywilizacyjnych. Jest to wywołane zjawiskiem nader prostym i mieszczącym się bezpośrednio w logicę komercjalizacji oraz szerzej kapitalizmu. Twórca komercyjny nie odpowiada sobie na pytanie co moje dzieło wniesie do kultury, co moje dzieło da ludziom dobrego. Nie odpowiada on sobie nawet na pytanie jak moje dzieło wyrazi moje myśli. Dla twórcy komercyjnego bowiem najważniejsza jest odpowiedź na pytanie jak moje dzieło się sprzeda. Że zaś antywartości sprzedają się lepiej niż wartości, to niestety następuje obecnie zalew dzieł zarówno kiepskich formalnie jak i promujących wątpliwą aksjologię. Prawdziwym symbolem tej choroby kultury mogą być współczesne romanse, zwłaszcza młodzieżowe nie wspominając już o literaturze erotycznej. I sprzeciwiam się tu twierdzeniom jakoby ten rodzaj literatury ,,zawsze taki był”. Nie- nie był. I mogę to potwierdzić wieloma konretnymi przykładami. George Sand, Jane Austen czy Emily Bronte obiektywnie były autorkami romansów. Ale w swoich romansach miały zawsze wiele do powiedzenia- George Sand obrazowała ludzką duszę, Emily Bronte poruszała trudną problematykę społeczną, Jane Austen zaś, pod pozorem dość pogodnego opisywania zwyczajów matrymonialnych angielskiego ziemiaństwa, w gruncie rzeczy robiła jedno i drugie. Literatura erotyczna sprzed epoki powszechnej komercjalizacji również nie jest li tylko źródłem zabaw niskiego polotu. Zarówno Donatien Alphonse Francoise markiz de Sade, jak i Leopold ritter von Sader-Masoch czy późniejsza Pauline Reage- cała ta trójka w swoich utworach będących literaturą erotyczną w ścisłym tego słowa znaczeniu jednocześnie dotykali najbardziej skomplikowanych i tajemniczych kwestii związanych z ludzką psychologią. Współcześnie, pomijając już fakt że przez uparte forsowanie w romansach ,,pikanterii” zupełnie zatarto granice między tymi dwoma gatunkami, to przede wszystkim próżno szukać podobnych prób.  Choć być może mam zbyt małą wiedzę o tym dziale literatury, lecz przypuszczam, że wiele nie przesadziłem. Tak czy inaczej- w imię zysku odbiera się sztucę jej powagę. A ze śmiercią powagi następuje uwiąd piękna. Najmocniej jest to widoczne w każdym jednym okresie okołoświątecznym, gdy widzimy jak na dłoni dotknięcie przez komercjalizm nie tylko sztuki, ale i życia społecznego a ściślej mówiąc jego rytualnego wymiaru.

Powiedzenie, że ,,święta” się skomercjalizowały trąci truizmem. Mało tego- de facto już samo użycie słowa ,,święta” zamiast np. Boże Narodzenie jest przejawem ulegania trendowi komercyjnemu. Jednak warto tu zaznaczyć, że choć w Boże Narodzenie najlepiej widać rozlewanie się komercjalizmu, to jednak ów tren zagospodarowuje już także wszystkie nieomal pozostałe ważne uroczystości i tradycje chrześcijańskie- Wielkanoc, Wszystkich Świętych. Chyba jeszcze tylko Środa Popielcowa i Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi (popularnie Boże Ciało) ostały się przed owym najazdem godnym Hunów. I właśnie w każde z tych świąt doskonale widać jak bardzo komercjalizacji towarzyszy dechrystianizacja, despirytyzacja, deaksjologizacja wręcz. Setki tysięcy światełek, stoły uginające się od potraw, a jednocześnie coraz rzadziej pieśni religijne, coraz rzadziej praktyki religijne, coraz częściej za to akceptacja dla wszelkich niezgodnych z duchem chrześcijaństwa wzorców życia w imię ,,świętego spokoju” i ,,rodzinnego świętowania” przy stole, przy którym jednocześnie śmiało i bez troski o ,,święty spokój” można np. pokłócić się o drugo albo i trzeciorzędne sprawy polityczne. I tu mamy komercjalizm w pełnej krasie, bo wyzwalający w człowieku to co w nim najgorsze- prymitywny hedonizm z jednej, subtelną hipokryzję z  drugiej strony. Cóż potem po takim przeżywaniu ,,świąt”? A przecież mamy przeżywać tajemnice naszej wiary, tajemnice wcielenia, będącą wstępem do tajemnicy odkupienia. Zamiast tego pośród światełek i hałasu pogrążamy się w spiralę komercji i konsumpcji. O tym drugim za chwilę.

Konsumpcjonizm- albo o silniku napędowym nowoczesnego kapitalizmu

Jeżeli ktoś uważa, że podstawą nowoczesnego kapitalizmu jest kumulacja kapitału to nie do końca ma rację. Kumulacja kapitału w rękach niewielkiej grupy ludzi należących do ponad- i pozanaradowych gremiów jest oczywiście jedną z istotnym cech tego systemu niemniej jej występowanie jest możliwe tylko dzięki splotowi wielu innych zjawisk spośród których bynajmniej nie mało istotną jest dominacja kultury konsumpcji albo mówiąc innymi słowy konsumpcjonizmu.

Konsumpcjonizm jest to postawa w ramach której głównym, jeżeli nie jedynym dążeniem jednostki ludzkiej (pojęcie jednostki jest tu kluczowe także z innych powodów) staje się użytkowanie dób r zwłaszcza materialnych. Oczywiście nie ma niczego złego w samym użytkowaniu dóbr, więcej jest ono obiektywnie konieczne dla życia, jednak w momencie gdy staje się ono nadmiarowe oraz gdy staje się ośrodkiem życia osoby ludzkiej wówczas zaczyna być i problemem i wręcz można powiedzieć złem i to w aksjologicznym tego słowa znaczeniu. Dlaczego? Dlatego głównie, że upadla człowieka sprowadzając go do roli bydlęcia pozbawionego rozumu, samokontroli a także potrzeb duchowych. Przerażający jest tu jednak nie tylko skutek indoktrynowanego niekiedy latami konsumpcjonizmu ale także instrumentarium owej indoktrynacji.

Jeżeli sądzicie, że problemem jest agresywna reklama, nachalność promocji konsumpcyjnego stylu życia, czy bodaj nawet sprzyjące mu wzorce społeczno-kulturowe i co gorsza nawet wychowawcze to niestety, ale wciąż pływacie po powierzchni, a prawdziwy problem leży głębiej.

Prawdziwym problemem jest to, że obecny kapitalizm w warstwie mechanizmu popytu i podaży przestał bazować na naturalnych fluktuacjach tego mechanizmu. Kiedyś to właśnie ten mechanizm niejako regulował rynek, bo podaż musiała odpowiadać popytowi na towary i usługi, który to z kolei popyt na towary i usługi wynikał z potrzeb naturalnych człowieka oraz środowiskowych potrzeb jego wspólnoty. Regulował go więc świat realny. Obecnie niestety jest inaczej. Aktualnie bowiem świat reklamy obok nakłaniania do spełniania potrzeb poprzez nabywanie towarów czy usług konkretnych firm nakłania też do odczuwania samych potrzeb. Kreuje potrzeby. Poprzez działania psychologiczne, mniej lub bardziej subtelne, doprowadza do fałszywego postrzegania potrzeb. Problem wychowawczy jakim jest trudność wykształcania przez dzieci i młodzież zdrowej umiejętności odróżniania potrzeb, pragnień, ambicji i zachcianek stał się obecnie problemem całego społeczeństwa także i ludzi dorosłych, do tego bowiem stopnia coraz większa liczba osób jest zmanipulowana przez reklamy różnej maści koncernów. Jeżeli ludzi zaczynają np. posiadanie termomixa postrzegać w kategoriach potrzeby- choć przecież nawet dla największego kulinarnego dyletanta owo urządzenie może być co najwyżej obiektem pragnienia a nie potrzeby, to znaczy że mamy problem. Jeżeli posiadanie telewizoru ledowego 60 cali zaczyna być postrzegane jako potrzeba, bo tak powiedziała ładna pani z reklamy, to tym bardziej oznacza to że mamy problem. Oczywiście nie ma nic złego w posiadaniu termomixa czy telewizoru ledowego (mniejsza o jego rozmiar). Chodzi ponownie o nasz stosunek do tych rzeczy. Konsumpcjonizm wytwarza niezdrowy stosunek do rzeczy, który potem odbija się na równie niezdrowym (bo nastawionym na użycie) stosunku do ludzi. Jednak mimo to, ta ze wszech miar szkodliwa postawa nie przestaje być promowana kulturowo. Dlaczego tak się dzieje? Bo to się komuś opłaca. Wszak wielkie konsorcja nie po to wydają miliardy na kompanie reklamowe i następne dziesiątki miliardów na produkcje żeby ludzie byli szczęsliwi. Chodzi o to by zarabiać setki miliardów i na kontach kumulować biliony. I tu pozwolę sobie na osąd, który może się wydawać kontrowersyjny. Kumulacja kapitału sama w sobie także nie jest zła. Gdyby tak było musielibyśmy potępić wszelkie gromadzenie środków finansowych, co oczywiście byłoby absurdalne. Natomiast jednoznacznie złe, do głębi niemoralne są środki jakich współcześni wielcy kapitaliści używają by to gromadzenie sobie ułatwić. Bo niewątpliwie należy uznać za niemoralną taką kumulację kapitału, która bazuje na krzywdzie społeczeństwa i Narodu. A szkody moralne poczynione przez promocje konsumpcjonizmu już same w sobie są skrzywdzeniem tegoż. Naród jednak nie jest wartością, która szczególnie przejmowali by się wielcy kapitaliści. I tu dochodzimy do trzeciego z problemów jakie zasygnalizowałem w tytule.

Kohabitacja kulturowa- albo jak maksymalizuje się zyski kosztem bezpieczeństwa własnej wspólnoty

Kohabitacja jest terminem który pochodzi z socjologii związków. Oznacza on wspólne mieszkanie pary, która nie jest związana węzłem małżeńskim. Jeżeli państwo porównać do wspólnego domu, to wówczas z kulturową kohabitacją mamy do czynienia wówczas, gdy więcej niż jeden etnos zamieszkują dane państwo na równych prawach. Podobnie jak w wypadku kohabitacji w jej znaczeniu prymarnym rodzi to z czasem wiele problemów i co ciekawe są one w pewnym sensie podobnej natury. Przede wszystkim ciężko w takiej sytuacji jasno rozgraniczyć zasady wspólnego życia, no bo kto ma je ustalić. W wypadku małżeństwa zasady są jasno określone przysięgą, w państwie monoetnicznym równie jasno określa je suweren poprzez instytucje państwa, no ale w wypadku kohabitacji określenie zasad staje się problematyczne, a stąd już tylko krok do waśni na tle wszelakim. Odpuszczając już analogię do relacji damsko-męskim a pozostając na gruncie funkcjonowania państwa- kohabitacja kulturowa, zwłaszcza w wypadku gdy przybysze pochodzą z silnie odmiennych kultur czy wręcz cywilizacji w pierwszej kolejności zawsze prowadzi do wzajemnych oskarżeń. Niezależnie od poziomu równouprawnienia przybysze zawsze będą czuć się dyskryminowani, zwłaszcza, że o podtrzymywanie w nich tego uczucia skutecznie zadbają różne siły polityczne korzystające na tym. To rodzi niezadowolenie, frustrację, czasem agresję a wówczas najzupełniej naturalną i uzasadnioną reakcją gospodarzy staje się niechęć, pogarda albo i… agresja. Na tych uczuciach również natychmiast zaczynają korzystać inne opcje polityczne. Spirala eskalacyjna się nakręca, w państwie zaczynają tworzyć się getta, społeczeństwo ulega polaryzacji i atomizacji, bezpieczeństwo spada. Kto więc na tym korzysta? Odpowiedź jest prosta. Ci którzy jednych i drugich zatrudniają. Brak poczucia wspólnoty wśród pracowników sprawia, że nawet wobec najbardziej oczywistych aktów wyzysku i wręcz złodziejstwa stają się oni nieomal bezbronni, ale to nie wszystko. Kohabitacja kulturowa wpływa na rynek pracy, wprowadzając konkurencje nieuczciwą, bo akceptującą każde warunki pracy, nawet takie, które dla najmniej wymagających pracowników spośród społeczności miejscowej będą nie do przyjęcia. Poprzeczka dla pracodawców obniża się więc skokowo, wartość pracy zostaje sztucznie zaniżona i w efekcie kapitaliści zyskują kolejne narzędzie nieuczciwej kumulacji bogactwa- poprzez minimalizacje kosztów zatrudnienia. Tak więc wspólnota społeczno-narodowa na której bazuje państwo tworząc swój system bezpieczeństwa ulega w wyniku kohabitacji kulturowej osłabieniu tak dalekiemu, że niekiedy wręcz staje na krawędzi destrukcji, jednak wielcy kapitaliści tylko zacierają tłuste rączki. Część z nich- mówię tu tym razem o tak zwanych ,,januszach biznesu”, niekoniecznie od razu miliarderach- może nawet potem powycierać sobie gębę flagą biało-czerwoną, ale nadal będzie wspierać masową migrację i organizowanie kohabitacji kulturowej. Bo tak naprawdę nie liczą się dla niego żadne wyższe wartości. One mogą być co najwyżej papierkiem lakmusowym. Ostatecznie zawsze chodzi o pieniądz.

Tytułem podsumowania

Podobnie jak w poprzednim artykule, tak i tu nie wyczerpuje tematu. O każdym ze zjawisk jakich tu obraz zaledwie musnąłem można by napisac osobny artykuł, esej, albo i nawet książkę. Wcale nie przesadzam. W kontekście komercjalizacji samych tylko mediów zdążyła już napisać pracę Ewa Migaczewska- pracą tą jest ,,Imperatyw zysku?”. Tak więc można każde z tych zagadnień rozdzielać na źdzbła tysięczne, ale nie było to moim celem. Każdego z czytelników zachęcam gorąco do refleksji własnej nad przedstawionymi przeze mnie problemami.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *