W ostatnich tygodniach w Radzie Miasta Krakowa toczą się burzliwe dyskusje dotyczące podwyżki cen biletów MPK. Jeśli postulat zostanie przyjęty przez radnych, zmiany wejdą w życie już od 2 marca 2026 roku. Inicjatywa pochodzi bezpośrednio ze strony magistratu, na czele którego stoi Aleksander Miszalski. Pomysł siłą rzeczy budzi kontrowersje wśród mieszkańców, ponieważ zmiany te nie są jedynie kosmetyczne. Przykładowo, koszt biletu miesięcznego mieszkańca miałby wzrosnąć z 90 do 109 zł. Co istotne, nie zaplanowano podwyższenia kosztów biletów jednodniowych i wielodniowych, z których co do zasady najczęściej korzystają turyści. Nie trzeba dodawać, iż takie postawienie sprawy wydaje się być po prostu niesprawiedliwe i krzywdzące dla Krakowian. Jedynym rozsądnym pomysłem wydaje się być zwiększenie kary za brak ważnego biletu z 300 do 400 zł.
W jaki sposób decyzję tą tłumaczy sam Miszalski? Oddajmy mu głos: „Przez pięć ostatnich lat koszty wozokilometrów w tramwajach i autobusach wzrosły o 80%, a w przypadku cen biletów proponujemy podniesienie średnio o 20%. Cały czas mówicie, że brakuje pieniędzy, sytuacja Krakowa jest dramatyczna. Ale jak trzeba wykonać jakikolwiek ruch, to jest źle. A koszty rosną energii, personelu, inflacja była jaka była dzięki prezesowi Glapińskiemu”.
Czy sytuacja miasta rzeczywiście wymaga sięgania do portfeli mieszkańców? A może większe ceny biletów pociągną za sobą usprawnienie komunikacji i poprawę warunków przejazdu? Mamy uzasadnione obawy, aby w to wątpić. Pamiętać należy, iż w przypadku Krakowa udział wydatków na transport zbiorowy w budżecie na 2026 rok jest stosunkowo niski i wynosi zaledwie 9,32%. Dla porównania, Warszawa przeznacza ponad 15%, a Gdańsk i Poznań ponad 12.
Nie ulega wątpliwości, iż zmiany te skutecznie zniechęcą Krakowian do korzystania z komunikacji miejskiej. W jaki sposób miałoby to łączyć się z dbaniem o jakość powietrza i Strefą Czystego Transportu, która obowiązywać będzie już od stycznia 2026 roku? Pytanie to jest rzecz jasna retoryczne…
Wydaje się, że mieszkańcy Krakowa mają powód, aby z zazdrością patrzyć na miasta, które zdecydowały się na darmową komunikację miejską. Oczywiście, jak wkrótce zobaczymy, są to w większości stosunkowo niewielkie miejscowości, którym stosunkowo łatwo zdecydować się na takie rozwiązanie. Wprowadzenie darmowej komunikacji miejskiej w Krakowie być może na chwilę obecną jest tylko utopią, niemniej jednak chodzi tu o samą tendencję do ograniczenia sięgania do kieszeni mieszkańców.
Jak to możliwe, że komunikacja miejska ma szansę funkcjonować bez konieczności zakupu biletu? Ceny biletów co do zasady ustalane są tak, aby były one dostępne de facto dla wszystkich. Dlatego właśnie przychody ze sprzedaży nigdy nie wystarczyłyby na pokrycie kosztów kosztów transportu. Środki w większości przekazywane są bezpośrednio z budżetów samorządu. Zachęcanie ludzi do rezygnacji z samochodów jest ponadto korzystne dla samego miasta. Chodzi tu głównie o zmniejszenie korków.
Pierwszym miastem w Polsce, które zdecydowało się na wprowadzenie darmowej komunikacji miejskiej jest Lubin. Rozwiązanie to funkcjonuje tam już od 2014 i co istotne, sprawdza się. Po 4 latach liczba pasażerów wrosła od 6 aż do 12 milionów. Sukces sprawił, iż na Lubinie szybko zaczęły wzorować się sąsiednie samorządy (m.in. Polkowice, Oleśnica, Jawor czy Bolesławiec).
W 2022 roku darmową komunikację wprowadził Malbork. Liczba pasażerów zwiększyła się wówczas o 50%, a w czasie porannego szczytu nawet o 90. Władze miasta wskazują nie tylko na ograniczenie korków, ale też na oszczędności związane z brakiem obsługi systemu biletowego czy zatrudnienia kontrolerów.
Co ciekawe, kroki w kierunku wprowadzenia darmowej komunikacji wykonują też większe miasta. Już od stycznia 2026 roku pierwszym miastem wojewódzkim z częściowo darmową komunikacją będzie Gorzów Wielkopolski. Co prawda na chwilę obecną z opłat zwolnieni będą tylko posiadacze Gorzowskiej Karty Miejskiej, ale być może zmieni się to w przyszłości.
Darmowy transport z dużymi sukcesami funkcjonuje nie tylko w Polsce, ale też na świecie. Przykładem jest Luksemburg, gdzie od 2020 roku komunikacja jest w stu procentach darmowa, zarówno dla mieszkańców, jak i turystów. Darmowe są nie tylko autobusy i tramwaje, ale też pociągi (wyjątkiem są wagony pierwszej klasy i pociągi międzynarodowe). Ciekawostką jest to, iż Luksemburg zachęca nie tylko do porzucenia samochodu na rzecz komunikacji miejskiej. W 2008 roku wprowadzono tam system komunikacji rowerowej pod nazwą „vel’oh”. Na terenie miasta powstało wówczas prawie 100 stacji, na których można wypożyczać rowery. Korzystanie z nich jest co prawda odpłatne, jednak roczny abonament jest stosunkowo niewielki, wynosi 18 euro.
Największym europejskim miastem z całkowicie darmową komunikacją jest Belgrad (rozwiązanie to wprowadzono w 2024 roku). Wyjątkiem jest tylko i wyłącznie linia A1 łącząca lotnisko z centrum. Co istotne, władze miasta zapowiadają kolejne inwestycje w postaci wymiany floty i budowy metra (na które nota bene nie może doczekać się Kraków…).
Innym przykładem jest francuska Dunkierka, gdzie bezpłatne autobusy kursują już od 2018 roku.
Od 2013 roku darmowa komunikacja funkcjonuje w Tallinnie, stolicy Estonii, jednak dostępna jest tylko dla zameldowanych mieszkańców. System wprowadzono tam po kryzysie z 2008 roku, kiedy wielu osób nie było stać na korzystanie z transportu publicznego. Wszystko to są jedynie przykłady.
Jak widać, darmowa komunikacja miejska nie jest wymysłem marzycieli i idealistów, ale rozwiązaniem, które świetnie sprawdza się w wielu miejscach na świecie. Jako rodowita Krakuska mam nadzieję, iż moje miasto doczeka się kiedyś prezydenta, który wyciągnie rękę w kierunku potrzeb mieszkańców. Niestety, zamiast tego obecna władza postanowiła wyciągać rękę w kierunku zboczeńców z Marszu Równości…