Marcin Murzyn - Czas i wieczność z perspektywy filozofii przyrody

Czas i wieczność od zawsze układają się w napiętą parę pojęć. Gdy próbujemy uchwycić doświadczenie zmienności, natrafiamy na coś, co nieustannie wymyka się naszemu poznaniu: wszystko płynie, a jednocześnie coś w tym przepływie zdaje się trwać. W tym sensie filozofia przyrody — pytając o strukturę świata — nie może uniknąć pytania o relację między tym, co podlega przemianie, a tym, co miałoby być niezmienne.

Różne odpowiedzi, jakie pojawiały się w tradycji filozoficznej, mówią zarazem o świecie, jak i o nas samych. Model teistyczny zakłada, że wieczność jest atrybutem Boga — bytu istniejącego poza czasem, w wiecznym „teraz”. Czas pojawia się dopiero wraz ze stworzeniem świata. Jest więc dziejową sceną, na którą wprowadzono zmienność, podczas gdy perspektywa Absolutu pozostaje aczasowa. Ta wizja porządkuje nasze intuicje: pozwala myśleć o historii jako o czymś realnym, a zarazem objętym jedną, niewywrotną całością.

Inną drogę wskazuje tradycja heraklitejska. Tutaj czas nie jest dekoracją, ale samą „tkanką” rzeczywistości. Byt — jeśli w ogóle można tu mówić o „bycie” — jest procesem. Materia-energia trwa jako nieustanny ruch, jakby wciąż podsycany przez niewygasający ogień. W takim obrazie wieczność nie polega na trwaniu czegoś statycznego, lecz na nieskończonej zdolności przeobrażania się.

Skrajnie odmienne stanowisko proponuje myśl parmenidejska: to, co istnieje, trwa w sposób pełny i niepodzielny, a czas jest jedynie złudzeniem powstającym w naszym doświadczeniu. Współczesna fizyka — gdy mówi o czasoprzestrzeni jako czterowymiarowej strukturze — zdaje się chwilami flirtować z tą wizją: przeszłość, teraźniejszość i przyszłość tworzą jedną, zastygłą całość, a „upływ” jest raczej sposobem, w jaki świadomość porusza się po tej strukturze.

Jeszcze inaczej wygląda to z perspektywy demokrytejskiej. Tu wieczność zostaje przypisana elementarnym składnikom świata. Materia, rozbita na najmniejsze cząstki, jawi się jako coś trwalszego od wszelkich form, które z niej powstają. Czas przestaje być niezależnym bytem — staje się raczej atrybutem materii, sposobem jej istnienia.

Wreszcie, model pitagorejsko-platoński przesuwa akcent ku sferze idealnych struktur. Świat fizyczny może zanikać, rozpadać się i odradzać, ale matematyczne formy — proporcje, prawa, relacje — pozostają. Wieczność ma tu charakter raczej logiczny niż kosmologiczny: jest trwaniem prawdy, a nie materii.

Współczesna nauka komplikuje te obrazy. Kosmologia podpowiada, że nasz wszechświat miał początek w osobliwości Wielkiego Wybuchu, a zarazem — wszystko wskazuje — będzie rozszerzał się bez końca. Początek bez definitywnego końca: to połączenie zbliża nas do intuicji, że granice naszego poznania są ostro zarysowane dokładnie tam, gdzie najbardziej chcielibyśmy je przekroczyć. Nie wiemy, „co” było przed osobliwością — być może nic, a być może jakaś forma trwania, której nie umiemy pojąć.

W tle tych modeli powraca jednak pytanie bardziej egzystencjalne: czy nasza skłonność do myślenia o wieczności nie wyrasta z psychologicznej potrzeby ocalenia siebie przed nicością? Być może projekcje wieczności — czy to w postaci Boga, materii, czasoprzestrzeni czy struktur matematycznych — są sposobem, w jaki poszukujemy punktu oparcia wobec nieuchronnego doświadczenia przemijania.

Z drugiej strony, redukcja wszystkich tych koncepcji do psychologii byłaby zbyt łatwa. Fascynacja czasem i wiecznością ma także charakter poznawczy: chcemy zrozumieć strukturę świata, a nie tylko siebie uspokoić. Pytanie o wieczność jest więc jednocześnie pytaniem o sens, o prawdę i o granice ludzkiego rozumu.

Co się zaś tyczy rozumu, to w perspektywie filozofii klasycznej, podpowiada on, że wieczność Absolutu-Boga, Jego niekończące się „teraz”, Pełnia Życia, jest podstawą dla naszej tymczasowości. Wieczny Bóg jest jedyną racjonalnie dającą się rozpatrywać „szalupą ratunkową” dla wątłości i krótkotrwałości naszych niedoskonałych żyć. Nasze nielicujące z doskonałością Boga żywoty mogą być w Nim i przez Niego (a w dodatku na Jego chwałę) zdeponowane, przechowane na wieczność.

Filozofia przyrody — spoglądając na wszechświat z tej perspektywy — staje się czymś więcej niż katalogiem teorii. Staje się rozmową o tym, czy w przepływie zdarzeń istnieje jakieś głębsze „trwanie”, oraz czy to trwanie należy do świata, czy raczej do sposobu, w jaki go pojmujemy. Nie mamy ostatecznej odpowiedzi, ale może właśnie dzięki temu pytanie o czas i wieczność nie przestaje nas prowadzić dalej — ku coraz bardziej cierpliwemu rozumieniu samego istnienia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *