Kacper Słomka - O prawdziwą Rzeczpospolitą – czyli skrócony projekt reformy ustrojowej w Polsce

W oficjalnej nazwie naszego kraju dumnie widnieje słowo Rzeczpospolita- nawiązujące do Polski przedwojennej, a także przedrozbiorowej, będące zaś spolszczeniem słowa republika- res publica- tj. rzecz wspólna. Niestety- wystarczy pobieżny rzut oka na system polityczny naszego kraju w jego aktualnym stanie, na aktualne brzmienie polskiej konstytucji, i porównanie go z klasycznym rozumieniem republiki, by zrozumieć, że owo dumne słowo przy stanie obecnym ustroju naszego kraju stanowi uzurpacje tradycji, które przez aktualny system zostały pogrzebane, a które należałoby odgrzebać, jeżeli chcemy przywrócić Polsce siłę, Narodowi dumę, a słowu Rzeczpospolita- jego prawdziwe znaczenie.

Współczesny system panujący w naszym kraju jest de facto dziwnym potworkiem, stanowiącym skrzyżowanie ułomnej kalki zachodnich systemów parlamentarnych ze znanym z Niemiec systemem kanclerskim. Na nieszczęście dla nas w ramach kalkowania owych rozwiązań ustrojowych przeniesiono do Polski wszystkie wady obu systemów, nie przenosząc niemal żadnych ich zalet.

I tak kolejno- rozdział kompetencji między premiera a prezydenta na wzór systemów kanclerskich, gdzie większe kompetencje ma zawsze premier, jakkolwiek nazywany, zamiast zwiększyć skuteczność władzy wykonawczej (rządu), spowodował jedynie to, że osoba pełniąca najwyższy urząd w państwie nie posiada niemal żadnej realnej władzy, ale za to może niemal każda inicjatywę rządu zablokować. Z kolei jakakolwiek inicjatywa prezydenta, może być bez trudu zablokowana przez rząd, byle tylko kontrolował on w miarę stabilną większość parlamentarną. W efekcie prezydent i premier zamiast się wspierać stanowią dwie nawzajem szachujące się siły. Gdy jeszcze (jak zdarzało się) są oni z przeciwnych sobie sił politycznych, to wówczas już nieszczęście państwa gotowe i chyba nie muszę podawać tu przykładów. Ale to dopiero pierwsza i stosunkowo najmniej szkodliwa patologia systemu politycznego w Polsce.

Drugą jest zacementowanie układu politycznego dzięki wprowadzeniu progu wyborczego. Wielu ludzi twierdzi jakoby próg wyborczy był czymś ,,korzystnym”. Argumentują to faktem iż owa zasada ,,stabilizuje scenę polityczną”. Jednak trzeba przy tym pamiętać co jest przez tych ludzi rozumiane jako stabilizacja. Pozwolę sobie jeszcze raz zacytować wywody owych zwolenników progu- ,,należy zapobiegać dostawaniu się do Sejmu radykałów”. Spójrzcie tylko na ten argument i od razu zrozumiecie o co tu chodzi. Próg, ma sprawiać, żeby czasem w ciepłym gniazdku demoliberałów i socjal-konserwatystów jakim stał się Sejm, nie zalęgli się jacyś straszni ,,faszyści”, itp. Efektem są zdarzenia iście groteskowe. Przecież gdyby nie próg wyborczy, sejmowi narodowcy nie musieli by chodzić na żadne zgniłe kompromisy, sprzymierzając się to z Kukizem to z korwinistami, co z jednej strony słusznie budzi w nas oburzenie, ale z drugiej jest smutną koniecznością, dopóki istnieje próg wyborczy. Często na obronę owego progu, przytacza się to, jak niestabilna była sytuacja Polski przed jego wprowadzeniem, we wczesnych latach dziewięćdziesiątych. Jednak pragnę przypomnieć, że przez całe dwudziestolecie międzywojenne także nie było progu wyborczego i dzięki temu między innymi Polacy, rzeczywiście mogli wybierać zgodnie ze swoimi poglądami, a nie na zasadzie ,,mniejszego zła”. Próg wyborczy, nie jest więc żadnym czynnikiem stabilizującym państwo. Jest parasolem ochronnym roztoczonym nad przegniłym układem starych partii, co więcej zmuszającym Polaków do wiecznych nadurnowych kompromisów z własnym sumieniem. Jednym słowem- jest to patologia.

Trzecią patologią aktualnego parlamentarnego systemu jest słabość i powolność władzy wykonawczej, w razie jakichkolwiek sytuacji kryzysowych. Pamiętamy nazbyt dobrze jak w trakcie tzw. epidemii Covid-19, rozwiązania prawne były pisane na kolanie i przegłosowywane przez Sejm

w biegu, chaosie i przy wtórze najdziwniejszych niesnanek, gdyż nie istniały gotowe rozwiązania systemowe, pozwalające rządowi po prostu działać. W trakcie kryzysu granicznego z kolei, tylko dlatego możliwe było przeprowadzenie dość sprawnie operacji wzmocnienia osłony polskiej granicy, bo Sejm zgodził się na wprowadzenie na części kraju (w powiatach przygranicznych) stanu wojennego. Jakby tego było mało, było to możliwe tylko dlatego, że partia rządząca otrzymała wóczas poparcie Konfederacji i PSL-u i dzięki temu miała większość bezwględną i konstytucyjną, w związku z czym sprawa stanu wojennego w powiatach przygranicznych została klepnięta w pierwszym głosowaniu. Gdyby jednak nie to-to strach się bać jakie znów trzeba by było tworzyć potworki ustawodawcze, ile by czasu to zajęło, i co w międzyczasie zdążyli by zrobić Białorusini, którzy może i stoją cywilizacyjnie daleko poniżej naszego poziomu, ale przynajmniej ich władza wykonawcza ma wszelkie możliwości podejmowania decyzji najbłyskawiczniej- jak każda władza dyktatorska, owszem, ale także jak porządnie zorganizowana egzekutywa dobrze zorganizowanych republik. Niestety- nasz gargantuiczny przerost legislatywy nad rządem, skutkuje nie tylko wieczną biegunką ustawodawczą, przez którą nasz system prawny staje się istnym gmachem Minotaura, ale także ma drugi, gorszy jeszcze skutek- bezwład rządu, któremu do podejmowania trudnych decyzji najczęściej brakuje jak nie czasu, to jaj.

Kolejną systemowa patologią jest nasza ordynacja wyborcza. Sposób jej zorganizowania ma kilka daleko idących i wybitnie negatywnych społecznie i politycznie konsekwencji. Po pierwsze- brak przymusowego powiązania kandydata z miejscem jego realnego zamieszkania powoduje nagminne zjawisko tzw. ,,spadochroniarzy”, tj. kandydatów, którzy startują nie stamtąd skąd pochodzą, lecz z tych rejonów, gdzie ich partia poślę. Bywa, że całe okręgi wyborcze są przez takich ludzi zdominowane. Jakby tego było mało- w każdym okręgu, każda partia może wystawiać po kilkunastu nawet kandydatów. Efekty tego są opłakane. Pierwszym z nich jest to, że ludzie nie głosują na współobywateli- tylko na partię, co jedynie pogłębia i polaryzacje społeczną naszego Narodu i zabetonowanie układu politycznego i stagnację klasy rządzącej. Co gorsza, politycy-,,spadochroniarze”, nie czując się w żaden bezpośredni sposób powiązani ze swym elektoratem, nie mają poczucia odpowiedzialności i zobowiązań wobec wyborcy. To umożliwia jeszcze szersze pchanie się do polityki ludzi bez honoru i prawdziwie obywatelskiej godności. A to nie koniec klęsk, spowodowanych przez ordynacje- najgorszą z nich jest to, że uczciwi ludzi tracą znaczną część szans na wejście do Sejmu przy aktualnej ordynacji, bo mało kto głosuje na bezpartyjnych, a na listach partyjnych uczciwi ludzie najczęściej dostają niskie miejsca, tylko po to by napędzić głosów tej czy innej partii, która potem i tak z jedynek i dwójek wprowadza do parlamentu same ,,tłuste koty”. I potem trudno nawet o godną przeciwwagę dla politycznych łajdaków urządzonych w demoliberalizmie.

Kolejna wreszcie patologia naszego wydania demokracji- do pełnienia urzędów wybieralnych, i to łącznie z najwyższymi urzędami państwowymi, nawet urzędem prezydenckim, nie trzeba w sposób oficjalny i wymagany ustawą wykazać się żadnymi kompetencjami. Jest to coś iście żenującego, skoro dla podjęcia pracy nauczyciela trzeba wykazać kompetencje do pełnienia zawodu, a do pełnienia urzędu posła, senatora, ministra czy prezydenta nie trzeba wykazać kompetencji zgoła żadnych. Efektem od lat są rządy dyletantów. Nie pisze tego by optować za jakąś technokracją- byłaby ona równie sprzeczna z naszymi tradycjami ustrojowymi i normami łacińskiej cywilizacji jak stan obecny. Piszę to jednak by zwrócić uwagę na ewidentny problem braku gruntownej weryfikacji kadr zarówno w legislatywie, jak i w egzekutywie, oraz na rażącą niesprawiedliwość kryjącą się w tym fakcie, wobec tego, iż każdy niższy funkcjonariusz państwowy jest poddawany daleko głębiej idącej kontroli.

Wszystkie te patologie mają jednak jedną wspólną matkę-patologie, typową dla wszystkich

systemów, gdzie powszechność prawa wyborczego, zwłaszcza biernego, zaszła zbyt daleko- nie ma w naszym systemie jawnego, otwartego i konsekwetnie przestrzeganego powiązania dostępu do obywatelskich praw z prawidłowym wykonywaniem obywatelskich obowiązków. Nie istnieje też powiązanie prawa do pełnienia urzędu, z jakimkolwiek mechanizmem weryfikującym kompetencje czy bodaj powiązanie kandydata z jego elektoratem. Jest jednak sposób rozwiązania owej patologii, a jest nim powrót do pewnych tradycji Republiki Rzymskiej, oraz innych wybranych tradycji I Rzeczpospolitej- tej jeszcze z czasów ostatnich Jagiellonów i pierwszych Wazów. Wreszcie także współczesna wielka republika jaką są Stany Zjednoczona, także podsuwa nam jednym ze swoich mechanizmów sposób na rozwiązanie wymienionych przeze mnie patologii. Jakież to sposoby, zaczerpnięte z tradycji łacińskich, rodzimych i amerykańskich chciałbym zaproponować? Przedstawiam je kolejno w dalszej części artykułu.

Najpierw obowiązki- albo reditus ad Roma

W powyższym podtytule powołałem się na praktykę Republiki Rzymskiej. W owym pierwszym prawdziwie republikańskim państwie w dziejach świata, obowiązywały zasady prawne w ramach których jakiekolwiek prawa obywatelskie przysługiwały jedynie tym, którzy najpierw wywiązali się z obywatelskich obowiązków. Omówić to pragnę na przykładzie prawa do głosu i prawa do sprawowania urzędów.

I tak w kwestii prawa do głosowania- w czasach istnienia jeszcze w Rzymie armii obywatelskiej jedynie ten miał prawo głosu, kto najpierw odbył w niej swą służbę- trwającą 3 lata. Jak wiemy, sytuacja ta uległa pewnej zmianie po reformach wojskowych Gajusza Mariusza, które to reformy przekształciły armię rzymską z obywatelskiej w de facto zawodową, w której służba trwała minimum lat 16- w większości zas wypadków 25, gdyż za tyle lat służby można było otrzymać nadział ziemi. Myliłby się jednak ten, kto uważałby, że reforma owa zachwiała stosunkami praw i obowiązków rzymskich. Jedyną zmianą wymuszoną przez reformy Gajusza Mariusza było to, że od tej pory prawo do głosu mieli Ci, którzy płacili podatki na wojsko, w wypadku zaś najbiedniejszych mieszkańców, zwolnionych od owego podatku, prawo przysługiwało, jak dawniej, byłym żołnierzom, lub też ojcom żołnierzy- pamiętać musimy, że (co godne pożałowania) w Rzymie kobiety nie miały praw wyborczych. Uwzględniając współczesne obowiązki obywatelskie- przywrócenie zasady ,,najpierw obowiązki” wymagałoby siłą rzeczy pozbawienia praw wyborczych większości ludzi, którzy nie płacą podatków. Z perspektywy dokonanych już reform podatkowych wymagołoby to min. podwyższenia wieku uprawniającego do głosowania- do lat 25. Osoba w wieku między 18 a 25 rokiem życia pragnąca posiadać prawo wyborcze, musiałaby z kolei zrzec się aktualnej ulgi podatkowej i wziąć tym samym na siebie obowiązek płacenia podatków- najpierw obowiązki, potem prawa. Do zastanowienia pozostaje kwestia emerytów czy rencistów- z racji ich wcześniejszej pracy, uważam, że prawa wyborcze powinny im się należeć. Ale znów osoby utrzymujące się wyłącznie z zasiłków- ,,arystokracja zasiłków” o której pisałem w artykule ,,Współczesne społeczeństwo-dlaczego jest naszym wrogiem?”- ta grupa niewątpliwie prawa wyborcze powinna stracić. Nie ze względu na te czy inne preferencje wyborcze- to jest sprawą drugorzędną i rozgrywaną przez różne siły- ze wględu wyłącznie na to, że nic nie daje od siebie na wspóny dom zwany Polską. A skoro tak, to nie powinna mieć owa grupa wpływu na umeblowanie tego domu.

Z kolei w kwestii prawa do sprawowania urzędów, w Rzymie nie wystarczył (jak u nas) cenzus wieku. Obowiązywało tam tzw. cursus honorum, albo jak kto woli drabina godności, w ramach której trzeba było pełnić niższe urzędy, by dopiero zyskać prawo do pełnienia wyższych. I

tak zanim weszło się do senatu, należało sprawować urząd kwestora, od którego de facto zaczynało się całe cursus honorum. Urząd ten można z kolei było pełnić dopiero mając minimum lat 30 i co najmniej 10 lat służby w legionach w stopniu oficerskim. Ten drugi warunek został ograniczony po reformie Gajusza Mariusza, jednak de facto w mniejszym lub większym stopniu był podtrzymywany przez cały okres republiki. Późny okres republiki rzymskiej przynosi pewne skarlenie owego systemu, gdyż po pro-arystokrackich reformach Sulli wprowadzono zasadę, że każdy były kwestor z automatu wchodzi do senatu, po skończeniu kadencji kwestora. Osłabiło to co prawda selekcję na wstępnym etapie, ale sam cursus honorum nie został zaburzony, gdyż do końca republiki utrzymywała się zasada, że konsul musiał mieć za sobą pełnienie urzędu pretora, a wcześniej edyla, jeszcze wcześniej zaś działalność w senacie. Niemal do samego końca republiki także (wyjątkiem Juliusz Cezar) podtrzymywano zasadę, że na nadzwyczajny urząd dyktatora, powoływany na czas zagrożenia państwa, mianować mogą tylko obaj konsulowie, na wyraźne żądanie senatu. Cursus honorum wykluczało z dostępu do najwyższych urzędów republiki dyletantów, pozbawionych wiedzy i umiejętności koniecznych do rządzenia państwem. Pomysł cursus honorum w dzisiejszych warunkach wydaje się trudny do przeprowadzenia. W praktycę jednak jest wykonalny- i tu w sukurs przychodzi nam przykład USA. Propozycja kolejnej zmiany ustrojowej jaką wnosiłbym jest zaczerpnięta właśnie stamtąd, ale ad rem.

Cursus honorum a’la americano- albo jak to się robiło w USA

W ojczyźnie Waszyngtona począwszy od czasów prezydentury Thomasa Jeffersona (rządził w latach 1801-1809), a skończywszy na czasach prezydentury Georga Busha Juniora, obowiązywała (z bardzo rzadkimi i dobrze uzasadnionymi wyjątkami) zasada, że aby zostać prezydentem Stanów Zjednoczonych, trzeba najpierw pełnić funkcje gubernatora któregokolwiek ze Stanów, wcześniej zasiadać w legislaturze stanowej (organ kolegialny, będący swoistym sejmikiem stanu), lub być burmistrzem któregoś z miast znajdujących się w granicach owego stanu. Tak więc do polityki federalnej można iść dopiero po nabraniu doświadczenia w politycę stanowej. By rządzić całym ogromnym krajem, trzeba było najpierw pokazać obywatelom, że w istocie umie się rządzić jakąś jego częścią. Po zakońćzeniu prezydentury Busha zasada to została niestety zaburzona. Barack Obama bowiem, był nie tylko pierwszym prezydentem USA spośród ludności czarnoskórej, co tak zachwycało amerykańską i światową lewicę. Był też niestety pierwszym od czasów Johna Adamsa prezydentem USA, który nie pełnił wcześniej funkcji gubernatora żadnego ze stanów, lecz na fotel prezydencki poszedł prosto od legislatury stanowej. Trump, przez wielu na prawicy podziwiany, był pod tym względem dyletantem gorszym jeszcze. Nie zasiadał w senacie, nie był nawet w legislaturze stanowej. Amerykanom zaimponował zarządzaniem biznesem- owszem imponującym i przynoszącym krociowe zyski- jednak działalność ta nie miała nic wspólnego ze służbą państwu. Z drugiej strony Biden, który nastał po nim, łączący lewicowe poglądy, chęć bycia (jak Bush) prezydentem czasów wojny, z niesamowitym (przywodzącym na myśl najlepszych prezydentów USA) doświadczeniem politycznym, wydaje się być kimś jeszcze gorszym. Widzimy na tym przykładzie jak cursus honorum w Ameryce ulega recesji i cały republikański system tego kraju zaczyna podgniwać. Jak jednak doszło do tego? Powód jest jeden- w przeciwieństwie do Rzymian, Amerykanie nigdy nie uczynili drabiny urzędów czymś wymaganym prawnie. Przestrzeganie jej wynikało z pewnych tradycji politycznych anglosaskich, których sami Amerykanie oddolnie święcie przestrzegali, kierując się swoistym instynktem obywatelskim. Niestety dorośnięcie do praw wyborczych pokolenia urodzonego w epoce cyfrowej, pokolenia poprawności politycznej i ideologii woke znacznie podmyło podstawy owego systemu, gdyż ludzie Ci byli już pozbawieni

owego instynktu, a przeciw nim z kolei, jako reakcja stanęli ludzie równie mało uświadomieni, kierujący się prostym resentymentem przeciw coraz bardziej godzącym w prostego Amerykanina posunięciom administracji Obamy. Doprowadziło to do polaryzacji politycznej na skalę niespotykaną od 50 lat, a na dodatek połączonej z gremialnym ogłupieniem amerykańskiego społeczeństwa. Efektem było praktyczne zarzucenie cursus honorum najpierw, a potem powrót do niego na skalę patologiczną- historia powróciła farsą. Niemniej, czy fakt wypaczenia jego sensu w ostatnich czasach dowodzi, że cursus honorum było czymś złym? Bynajmniej. Jedynie dowodzi, że żadne urządzenia ustrojowe oparte jedynie na tradycji, nie zaś na prawie nie są bezpieczne, jeżeli nie mają trwałego umocowania w konstytuancie.

Przejdźmy do naszego kraju. Uważam, że wprowadzenie cursus honorum zlikwidowało by wiele patologii naszej polityki, z dyletanctwem polityków na czele. Aby je jednak wprowadzić, należałoby po pierwsze obmyśleć jak mogłoby wyglądać na polskim gruncie, po drugie zaś od początku zabezpieczyć jego przestrzeganie prawnie.

Tak więc uważam, że prawo do startowania na urząd prezydenta RP powinni mieć wyłącznie byli posłowie lub senatorowie. Senat- który de facto jest bardziej izbą kontroli niż ciałem legislatywnym- należałoby przekształcić w swego rodzaju zgromadzenie seniorów, do którego wstęp mieliby tylko byli posłowie. Zaś na posłów mogliby startować wyłącznie ludzie, którzy wcześniej pełnili urzędy we władzach lokalnych- starostowie, prezydenci miast, burmistrzowie, lub tacy, którzy reprezentowali wcześniej majestat RP za granicą- ambasadorzy, konsulowie. W wypadku tych pierwszych do uzyskania prawa do startowania na urząd, konieczne byłoby wcześniej pełnienie mandatu w radzie miasta lub radzie powiatu. W wypadku tych drugich zaś- pełnienie przez kilka lat (liczba jest tu do zastanowienia) służby państwowej innej niż dyplomatyczna- w grę wchodzi zarówno służba wojskowa, jak i policyjna, sądową, urzędowa, czy nauczycielska- niemniej jakakolwiek służba wymagająca opanowania, zanim dany człowiek pójdzie do dyplomacji. Wprowadzenie takiego cursus honorum dałoby nam bardziej profesjonalną władzę na każdym szczeblu, bardziej sprawdzony lojalnościowo korpus dyplomatyczny, a także sprawniejszy aparat państwowy- dzięki wyżej wymienionym elementom. Jednak te wszystkie wymagania należałoby sformułować w konkretach prawnych- ponieważ nie ma u nas tak ugruntowanych tradycji republikańskich jak w Stanach, a i w kraju za Atlantykiem okazało się, że tradycja nie wystarcza- wszystkie te regulacje należy wprowadzić prawnie, nawet na drodzę zmian w konstytucji. Czas zerwać z przesądem świętości i nietykalności tego dokumentu. Jeżeli utrwala on sytuacje patologiczne- trzeba i należy go zmienić. Cursus honorum zamiast samych tylko szczebelków wiekowych- oto coś co może przywrócić sprawność naszemu państwu. Jednak nawet to, nie rozwiązałoby problemów wywoływanych ordynacją wyborczą i niewielkimi kompetencjami władzy prezydenta. Rozwiązanie tych problemów, podsuwa nam jednak rodzima tradycja republikańska, wiodąca się z Pierwszej Rzeczpospolitej. Śpieszę z objaśnieniem.

JOW-y po sarmacku, albo jak się kiedyś posłów wybierało

Pisałem już o obecej ordynacji wyborczej i patologiach do których ona prowadzi. Jednak jest proste rozwiązanie- ograniczenie liczby posłów do 380- tyle ile jest powiatów, oraz liczby senatorów do 76- równo pięciokrotnie mniej niż posłów. Należałoby też wówczas zmienić sposób wyłaniania senatu, ale zacznijmy od sejmu. Dlaczego uważam, że posłów powinno być tylu, ile jest powiatów w naszym kraju- z bardzo prostego powodu. Po to by każdy powiat, mógł być jednomandatowym okręgiem wyborczym. Jeżeli ktoś myśli, że kopiuje tu pomysłu Kukiza to grubo się myli- ja odwołuje się do tradycji jakie nasz kraj pielęgnował w czasach największej swej potęgi.

W dobie bowiem tzw. demokracji szlacheckiej, lub jak ją inni historycy nazywają monarchii elekcyjno- parlamentarnej, tak właśnie wyłaniano posłów na sejm. Sejmiki ziemskie, z których każdy reprezentował szlachtę danej ziemi wybierały posłów, po jednym z każdego powiatu. Poseł taki, miał obowiązek reprezentować właśnie ów powiat. System ten miał rozliczne korzyści. Po pierwsze- głosujący nie wybierali partiami, które ewentualnie potem kształtowały się dopiero w samym sejmie, lecz wybierali patrząc na konkretnych ludzi, których znali doskonale, gdyż byli to Ci sami ludzie, którzy wcześniej pełnili urzędy w ich powiatach, lub znani byli miejscowej szlachcie ze służby na rzecz Rzeczpospolitej- działało tu swoiste oddolne cursus honorum, niczym w póżniejszych Stanach Zjednoczonych. Nie istniało też jeszcze patologizujące dzisiejsze życie społeczne zjawisko ,,spadochroniarzy”- szlachta nie zagłosowałaby bowiem na człowieka, który przyszedł by do nich znikąd, a przynajmniej było tak dopóki systemu nie zaczęła żreć korupcja. Dla przywrócenia owego stanu rzeczy należałoby oprócz zorganizowania pokrywających się z powiatami JOW-ów przywrócić także zasadę prawną, iż ten kto startuje na posła z danego okręgu musi być co najmniej od kilku lat w tymże okręgu zamieszkały. Połączenie tego ze wspomnianym przeze mnie wcześniej cursus honorum w praktycę wymusiłoby zapewne większą liczbę lat spędzonych ze społecznością wyborców przez okno czy ulicę.Wyborcy mogliby więc gruntownie poznać kandydatów. No i oczywiście siłą rzeczy przestałby wówczas istnieć próg wyborczy dla partii- kogo by wybrali wyborcy w powiecie, ten by ich reprezentował, niezależnie od przynależności partyjnej. Tyle sejm. Co zaś do senatu, uważam, iż powszechne wybory do tejże izby są do niczego nie potrzebne. Po wdrożeniu zasady cursus honorum połowę składu senatu- 38 senatorów mogliby wybierać posłowie spośród swoich dawnych kolegów z ław sejmowych. Pozostałych 38 mógłby (wzorem zaczerpniętym z monarchii brytyjskiej) wyznaczać najwyższy urzędnik państwa, tj. prezydent. Znacznie zwiększyłoby to zakres władzy prezydenta, co uważam za zjawisko pozytywne. Dodać tu trzeba, że kontynuując analogię brytyjską prezydent mógłby wyznaczać senatorów nie tylko spośród byłych posłów ale także spośród rektorów krajowych uczelni, generałów i admirałów, dyplomatów, biskupów i ludzi szczególnie zaslużonych dla życia społecznego i kulturalnego w naszym kraju. Zapewniałoby to dostęp świeżej krwi do senatu, która to świeża krew, nie byłaby zarazem przypadkową zbieraniną dyletantów. Takie ,,stronnictwo prezydenckie” w senacie wydatnie wzmocniłoby pozycję prezydenta, zarazem nie naruszając republikańskich podstaw ustroju. Z kolei powiązanie posłów z miejscem ich pochodzenia siłą rzeczy wymusiłoby na nich większą odpowiedzialność, zadziałałoby jak straszak przed niespełnianiem obietnic. Gwoli uświadomienia wagi tegoż, przypomnę tylko, że w I Rzeczpospolitej niejednokroć zdarzało się, że posła, który sprzeniewierzył się swym wyborcom, po powrocie z Warszawy wściekła szlachta powiatowa roznosiła na szablach. Nie żebym cokolwiek sugerował, ale jednak świadomość, że jak się nie będzie spełniać tego co się obiecało, to się bezpiecznie do domu rodzinnego nie wróci, jest chyba czymś bardziej odstraszającym niż wizja tego, że partia Cię do innego okręgu na następnych wyborach przeniesie. Bo ta druga wizja chyba żadnego posła nie straszy.

Podsumowanie

Powyższy projekt reform, jest czymś oczywiście wybitnie skróconym i uproszczonym. Przedstawienie wszystkich warunków potrzebnych do wykonania tego co tu przedstawiam jako pomysł na uzdrowienie naszego kraju- to temat na dużo dłuższe i znacznie szerzej zakrojone rozważania, być może jakąś pracę zbiorową, która uwzględniałaby głosy osób lepiej ode mnie znających się na takich kwestiach jak np. ekonomia z jednej, psychologia tłumu z drugiej strony.

Niemniej uważam, że wymienione przeze mnie rozwiązania pozwoliłyby naprawić wymienione na wstępie patologie aktualnego systemu politycznego w naszym kraju i przywrócić godność nazwie Rzeczpospolita.

Rozumiem, że niektórym osobom projekt ten może się wydawać silnie elitarystyczny, ale czyż podziwiana przez część środowisk narodowych dyktatura, nie jest jeszcze silniejszym zawężeniem grona osób sprawujących władzę? Proponowany przeze mnie kierunek republikański stanowi alternatywę zarówno dla zgniłej demokracji liberalnej, jak i dla zamordystycznego autorytaryzmu, który widzimy chociażby na wschodzie i którego chyba jednak nie chcielibyśmy kopiować.

Rozumiejąc więc różne obawy, stanowiska przeciwne poszczególnym elementom pozostaje przy zdaniu, że w dobrze rozumianym republikanizmie właśnie kryje się klucz do uzdrowienia Rzeczpospolitej. Trzeba nam tylko ten klucz wykuć i użyć go w stosowny sposób, pamiętając by mieć przy tym na uwadze zawsze interes narodowy, pamiętając by ten republikanizm nie istniał sam dla siebie, lecz by był republikanizmem narodowym, wypływającym z idei narodowego radykalizmu, będącym realizacją narodowej rewolucji w praktyce. Narodowy republikanizm- teraz!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *