Jerzy Frodsom - Jak rozbić NATO?

Kolejne lata wojny Rosyjsko-Ukraińskiej mijają. Zarówno Rosjanie, jak i Ukraińcy przyzwyczaili się do widoku kłębów dymu nad horyzontem i wszechobecnego wycia syren zwiastujących kolejny alarm bombowy. Unia Europejska i USA rutynowo dyskutują o kolejnych pakietach wsparcia dla Ukrainy, czasami tylko podejmując jakieś polityczne kroki, by coś na tych transakcjach ugrać dla siebie. Koszty prowadzenia wojny rosną, a machina wojenna staje się coraz bardziej skuteczna i dopracowana. W tym wszystkim rodzą się pytania o co w tym wszystkim chodzi i co jest takim namacalnym celem, który będzie odporny na demagogiczne rozważania polityków? Co jest wartością, która może uzasadnić koszty – zarówno ekonomiczne, jak i ludzkie – prowadzenia tej wojny? W mojej opinii takie cele muszą pozostawać celami strategicznymi, a swoją praprzyczynę mają w zmianach układu światowego między rosnącymi Chinami, a słabnącymi USA, które to tworzą przestrzeń, by zmienić również układ sił w Europie. Z tego okna możliwości bardzo rozsądnie korzystają Rosjanie, którzy pragnąc odbudowy konstruktu imperialnego muszą działać agresywnie i szybko, bo gdy zostanie utworzony nowy ład światowy, to będą zbyt słabi, by mieć możliwość wprowadzenia znaczących zmian na kontynencie. Teza, którą stawiam w tym artykule zakłada, że najważniejszym celem politycznym Rosji nie jest zajęcie Ukrainy, ale rozbicie NATO. Jak zatem Rosja może zniszczyć najpotężniejszy sojusz militarny w dziejach ludzkości bez kinetycznej konfrontacji?

Divide et impera

Militarnie Rosja jest obecnie cieniem własnej potęgi z czasów Związku Radzieckiego. Pomimo nadal znaczącego arsenału nuklearnego, jej siły konwencjonalne we wszelkich analizach wypadają blado na tle sił NATO. Jeśli do kalkulacji wojnennej doliczymy różnicę w PKB, która będzie miała tym większe znaczenie im dłużej będzie trwał potencjalny konflikt, ta różnica wzrośnie jeszcze bardziej. Rosjanie jednak nie są głupi i świetnie zdają sobie sprawę z tego, że skoro wojna z jedną Ukrainą idzie im tak, jak możemy obserwować od wielu lat – to nie ma sensu wchodzić w wojnę z o wiele bogatszym i zaawansowanym technologicznie przeciwnikiem. Projekt imperialny jednak wymaga odbudowy rosyjskiej strefy wpływu do granic z czasów Układu Warszawskiego. W takim razie pierwszym narzędziem jakie należy wykorzystać jest rozbicie sojuszu. Nie militarne, po co marnować pieniądze i sprzęt (celowo nie wymieniam życia ludzi – w końcu ludiej u nas mnogo), skoro można to zrobić w sposób prostszy, tańszy i pewniejszy – za pomocą działań służb specjalnych. Strategia ta jest dosyć prosta w założeniach, ale znacznie trudniejsza do wykonania. Polega ona na wykorzystaniu wewnętrznych interesów państw członkowskich NATO, by wprowadzić spory między nimi do takiego poziomu, by uznali, że bardziej muszą dbać o własne interesy narodowe niż o dobro wspólnoty. Przy tej obserwacji należy zwrócić uwagę, że nie oznacza to, że w rzeczywistości tych rozbieżności interesów nie ma. Różnice w ryzyku samej agresji militarnej, w zagrożeniach wynikłych z masowej migracji, w zmianach miksu energetycznego i „zielonej” polityce UE są rzeczywiste i istotnie róznicują perspektywę państw członkowskich na decyzje w wielu różnych obszarach. W dzisiejszych czasach należy jednak mieć świadomość, że te różnice będą stanowiły oręż Putina skierowany przeciwko państwom byłego Układu Warszawskiego. W chwili gdy Siły Zbrojne Ukrainy kinetycznie wiążą Siły Zbrojne Federacji Rosyjskiej zagrożenie pełnoskalową inwazją na Polskę, a tym samym NATO, nie są zbyt duże. Sytuacja natomiast może szybko się zmienić, gdy NATO przestanie stanowić monolit, a poszczególne państwa jego wschodniej flanki zostaną pozostawione na pożarcie. Taki stan rzeczy jest w mojej opinii celem działań Federacji Rosyjskiej w ramach wojny hybrydowej prowadzonej przeciwko NATO. Rosjanie chcą wprowadzić tyle różnic interesu, tak podgrzać atmosferę polityczną i narzucić koszty w sposób budujący dysproporcję zagrożeń między krajami członkowskimi sojuszu, by po wszystkim, gdy opadnie kurz móc swobocnie konsumować swoich starych satelitów.

Narzędzia wojny hybrydowej

Dla pełnego zrozumienia zagadnienia prowadzonych działań musimy przyjrzeć się typowym narzędziom wykorzystywanym przez Federację Rosyjską. Taka analiza wykorzystywanych technik pozwoli nam uodpornić się na ich efekty, gdy będziemy świadkami tych działań obserwując nagłówki w portalach internetowych, czy dziennikach telewizyjnych.

Półprawda

Półprawda to narzędzie, które jest o wiele bardziej skuteczne niż zwykłe kłamstwo. Ordynarne kłamstwo również jest wykorzystywane w formie fake-newsów, ale oddziałuje ono w mniejszy sposób niż półprawda. Ta wykorzystuje bowiem zaczepienie w rzeczywistych faktach i zdarzeniach, ale dodaje do nich fałszywy, choć pasujący do narracji określonej grupy politycznej wniosek lub detal, który nadaje całej wypowiedzi inny ton oraz kieruje odbiorców na inne konkluzje. Doskonałym przykładem celowego konstruowania narracji opartych na półprawdach może być wykorzystanie przez FSB Ukraińców do przeprowadzania aktów dywersji w naszym kraju. Działania służb specjalnych bardzo często wykorzystują obywateli określonego kraju do działań na jego szkodę. Jeśli jednak FSB wykorzystałyby do aktów dywersji jakiegoś Polaka, to w sferze medialnej wywołaliby efekt niechęci wobec zdrajcy, który prawdopodobnie stałby się centralnym punktem kumulacji nienawiści. Wykorzystanie do tego celu Ukraińca powoduje, że możliwe jest rozprzestrzenienie nienawiści na całą nację, a ze względu na ilość uchodźców z Ukrainy – jest to działanie globalne, a zatem wybranie Ukraińca zamiast Polaka do tego rodzaju działań przynosi znacznie większe korzysci polityczne.

Sama technika polegała tutaj na zaplanowaniu akcji dywersyjenj, której celem nie było rzeczywiste uderzenie w państwo. Cele były w obszarze „miękkim” – granie na emocjach społecznych, polaryzacja, wzmożenie niepokojów i wzbudzenie nienawiści do Ukraińców, przekazanie politykom takim jak Braun amunicji do politycznego wzrostu. Sama realizacja tych celów była w zasadzie zapewniona nie przez samych Rosjan, co przez polityków żerujących na antyukraińskim sentymencie. Odkrycie, że dywersanci byli obywatelami Ukraińskimi musiało zostać u nas wykorzystane przez określone środowiska niejako siłą inercji, więc ten rezultat był w gratisie dostarczony wrogim służbom. Tutaj przyglądając się technice półprawdy możemy zauważyć, że fakt powinien brzmieć następująco „dywersanci próbowali wykoleić pociąg”. Dywersanci bowiem mogą zostać zwerbowani przez obce służby z dowolnego narodu – zarówno metodami wykorzystującymi gratyfikację finansową jak i przemoc (np.: groźby wobec członków rodziny). W nagłówkach propagandowych ogłoszony komunikat brzmiałby następująco „ukraińscy dywersanci próbowali wykoleić pociąg”. Nie ma tutaj błędów faktograficznych, natomiast dobór i położenie akcentu na narodowości kieruje społeczną emocję w określoną stronę – wskazuje, że narodowość ma tutaj znaczenie, co jest fałszem w konteście działalności służb specjalnych – one mogą swobodnie wybrać sobie narodowość kolejnego dywersanta, tak by ona sama służyła ich celom politycznym. W kontekście Polski spodziewam się, że większość kolejnych dywersantów, których złapią polskie służby okażą się Ukraińcami. Wyciąganie z takich faktów wniosków dotyczących Ukraińców jako nacji uważam za jasny sygnał rezonowania z wrogą narracją.

Nonkonformizm

Zarówno Polska, jak i szerzej świat Zachodu są współcześnie społeczeństwami w znacznym stopniu zindywidualizowanymi. Istnieje u nas sentyment nakazujący nam odróżnienie się od mas, udowodnienie ubiorem, stylem bycia, sposobem myślenia, czy nawet życiem, że jesteśmy ulepieni z innej gliny niż otaczające nas szare twarze ludzi wypełniających nowoczesne kołchozy czy wspinających się w wyścigu szczurów po korporoacyjnych drabinach. Pewien procent społeczeństwa zawsze stara się iść pod prąd, a bardzo często kończy się to na wypracowaniu intelektualnego odruchu, by negować wszystko co się powszechnie przyjmuje. Zwykle ludzie ci stanowili wąski procent społeczeństwa i pełnili pożyteczną rolę pozwalając rozwijać się nauce, polityce czy samemu społeczeństwu poprzez zadawanie niewygodnych pytań kontestujących status quo. W czasach mody na non-konformizm, gdy kultura na tyle przesiąkła indywidualizmem, że zaczęliśmy doświadczać skutków ubocznych nadmiernej alienacji i atomizacji społecznej – grupa ta urosła poza wąski procent dociekliwych intelektualistów i poszerzyła się o jednostki, które są bardziej outsiderami niż intelektualistami zdolnymi zadawać właściwe pytania. Takie jednostki, których zdolności do przyjmowania pozycji anty- bez odpowiedniego intelektu, by wyłapać własne braki w logice tworzą dziś znaczną grupę, która jest bezpardonowa gwałcona przez służby Federacji Rosyjskiej i ich agentów na naszym terytorium.

Do grupy nonkonformistów-półgłówków, których jest coraz więcej w naszym kraju możemy zaliczyć całe rzesze antyszczepionkowców, wielbicieli teorii spiskowych, skrajnych liberałów, robakofobów itd. Stanowią oni dla obcych służb łakomy kąsek, bo wykorzystanie techniki półprawdy z paranojami ulokowanymi w specyficznym kontekście sprawia, że bardzo łatwo jest utworzyć narrację, która rozprzestrzeni się w tym środowisku. Przykładem grania na nonkonformizmie może być wykorzystanie tematu „przymusu jedzenia robaków”, który był grany parę lat temu. Tutaj podłożem do utworzenia narracji rozsadzającej jedność UE była linia sporu nad kompetencjami narodowymi oraz unijnymi. „UE chce zakazać mięsa i zmusza nas do jedzenia robaków w imię ekologii” – taki komunikat w oczywisty sposób wzbudziłby opór społeczny, jednak w tym przypadku narracja jaka zaczęła pojawiać się w internecie rozwinęła ten wątek o udział Klausa Schwaba oraz Światowego Forum Ekonomicznego. Całość tworzyła zgrabną teorię spiskową, która w pozorny sposób była kompletna, co dla fanów teorii spiskowych powodowało przyjemne uczucia samopotwierdzenia i spójnej wizji świata. Fakt, który miał wówczas miejsce dotyczył dopuszczenia do obrotu mąki z różnych owadów jako nowej formy jedzenia. Zakazy i nakazy pozostały jedynie w nagłaśnianych newsach siejących panikę, a dziś – po kilku latach nadal zjadamy soczyste steki, jednak grupa, która przestraszyła się chlebów ze świerszcza dziś nadal stanowi podłoże tkanki uniosceptycznej.

Pomimo jednak przywoływania takich i innych przykładów fałszywych alarmów podnoszonych przez tę grupę społeczną – nadal jesteśmy podatni na taką emocjonalną grę wykorzystującą nasze sentymenty, sposoby myślenia oraz nawyki intelektualne. Dziś nadal jesteśmy podatni na manipulację tego typu i pozostaje nam tylko obserwować, jaki głupi ruch UE zostanie ponownie opakowany w otoczkę teorii spiskowej i sprzedany nam jako powód do POLExitu.

Strach

Większość naszego społeczeństwa to ciężko pracujący ludzie, którzy po całym dniu pracy są zbyt zmęczeni lub mają zbyt wiele obowiązków, by zajmować się na poważnie analizami politycznymi czy śledzeniem wojny informacyjnej jaką prowadzi Federacja Rosyjska. Ta większość ma kredyty hipoteczne, rodziny, obowiązki, plany na przyszłość, zobowiązania finansowe i rodzinne – cały ciężki garb dorosłego życia. Do tego wszystkiego dochodzi samorozwój, dbanie o dietę czy trenowanie na siłowni, a wieczorem oczywiście wpadnie jakiś serial na Netflixie. Tak wypełniona doba i potężne przyzwyczajenie do pokojowej egzystencji w cywilizowanym i dostatnim kraju sprawia, że wojna staje się czymś z innego świata. W końcu żyjemy w czasach „Końca historii” i wojen miało już nie być. Zostało nam to obiecane, a ostatnie 30 lat zdawało się to potwierdzać. Całe nasze życia zbudowaliśmy na tym założeniu. Kierunki studiów, kariery zawodowe, zobowiązania finansowe na całe życie, czy decyzje odnośnie zakładania rodziny podejmowaliśmy właśnie w oparciu o taki obraz świata. Teraz ten obraz świata wali się na naszych oczach, a do codziennej rutyny wchodzi strach.

Politycy doskonale wiedzą, że to emocje są narzędziem, które pozwala wygrywać wybory, a w końcu naszej miernej klasie politycznej nie zależy na niczym innym niż wygraniu kolejnych wyborów i zabezpieczeniu stołka. Media zarabiają na kliknięciach, a rzetelność dziennikarska dawno stała się anachrozimem o którym ludzie dowiadują się czytając słownik. Nowe media (czy też media internetowe) bardzo często zarabiają na wyświetleniach z komentarzy na temat faktów medialnych, które pojawiły się w klasycznych mediach. My sami często reagujemy emocjonalnie udostępniając lub publikując komunikaty, które są związane z naszymi poglądami lub potwierdzają nasze obawy. Taka układanka sprawia, że to właśnie strach jest najłatwiejszą emocją do eksploatacji oraz rozprzestrzenienia w społeczeństwie. W reakcji na zagrożenie politycy próbują ugrać punkty w swoim elektoracie proponując rozwiązanie. Natychmiast reaguje opozycja, która skrupulatnie punktuje wady określonego rozwiązania. W tle wtóruje im chór nonkonformistów proponujących rozwiązania alternatywne wobec obu rozwiązań, a wszystko to podsycają media publikujące krzykliwe nagłówki podsycające poczucie zagrożenia. Tutaj należy podkreślić, że w żadnym wypadku nie chciałbym bagatelizować podnoszonych zagrożeń. Patologia bierze się z całego ekosystemu żerowania na ludzkich emocjach, który powoduje zwielokrotnienie strachu, a nie na samym fakcie publikacji informacji o zagrożeniu.

Nasze wygodne życie i brutalne bombardowanie emocjonalnymi newsami o rosyjskim zagrożeniu powodują powstanie dużej dysproporcji. Wygodna kanapa i netflix z jednej strony, a z drugiej błoto, brud, zimno, głód i ludzkie ciała rozrywane eksplozjami ładunków wybuchów podczepionych do dronów. Wysoki kontrast powoduje napięcie, które może zostać skutecznie wykorzystane do celów politycznych przez przeciwnika. Tutaj celem służb rosyjskich będzie przekonanie nas, że zagrożenie militarne jest jak najbardziej prawdziwe oraz bardzo, bardzo bliskie. Wojna z NATO jest ryzykowna dla Rosjan (moim zdaniem wręcz samobójcza), ale jeśli uda im się przekonać nasze społeczeństwo, że nie możemy polegać na NATO oraz że Rosjanie za chwilę wkroczą, to wielu z nas dołączy do chóru brauniarzy krzyczacych o „pokoju” w imię „świętego spokoju przed Netflixem na kanapie”. Odsetek tchórzy w naszym społeczeństwie może doprowadzić do tego, że bez ani jednego wystrzału wrócimy w rosyjską strefę wpływów i będziemy bezpiecznie, wygodnie oraz z ciepłą wodą w kranie mogli zacząć urządzać sobie dalszą część życia już w ramach ruskiego miru.

Opisany tutaj mechanizm zakłada, że wrogie służby będą dążyły do siania terroru, by maksymalnie zaktywizować politycznie największych tchórzy w społeczeństwie. Własny lęk będą oni ubierali w różne formy, które będą miały ich przedstawić w pozytywnym świetle, jednak należy pamiętać, że będzie to tylko i wyłącznie gra pozorów. Tchórze będą występowali z wszelkich pozycji społecznych. Liberałowie krzykną: „nie będzie mi państwo dyktowało co i kiedy mam robić, bo jestem wolnym człowiekiem”. Lewica zasłoni się pacyfizmem. Prawica będzie piała o tym, że nie chce, by polska krew była przelewana. Redpillowcy nie będą chcieli walczyć, „za te baby, którym się rodzić nie chce”. Nonkonformiści i outsiderzy nie będą walczyć za „polityków”. Fani teorii spiskowych nie będą walczyć za „banksterów i rząd światowy”. Pokaz mody na którym będziemy mogli obserwować nowe kreacje w jaki ubrany może być strach będzie tym bardziej imponujący im bardziej skutecznie działać będzie rosyjska wojna informacyjna. Warto przy tym pamiętać, że tylko jedna grupa społeczna będzie promowała alternatywna postawę – ofensywną i to ona będzie stanowiła papierek lakmusowy siły naszego państwa.

Gra w tchórza

Cała Rosyjska strategia militarnej eskalacji stanowi swego rodzaju formę „gry w tchórza”. Najbardziej obrazowym przedstawieniem tej gry jest scena znana z wielu filmów. Dwie postacie pędzą na czołowe zderzenie samochodami. Obaj kierowcy mierzą się wzrokiem i mimiką twarzy próbują przekonać oponenta, że są gotowi zginąć prędzej niż ustąpić. Ataki hybrydowe, które popełnia Rosja na terytorium NATO stanowią właśnie tego rodzaju grę. Poprzez fizyczną agresję próbują udowodnić, że nie skręcą z kursu kolizyjnego nim nie spełnimy ich rządań. Jest to bardzo prosta w zakresie reguł gra, ale ostatecznie opiera się na rywalizacji między charakterami decydentów. Ten wygra tę grę, który będzie dłużej utrzymywał nerwy na wodzy i nie pozwoli sobie na chwilę zwątpienia.

Jako państwo demokratyczne nie będące formalnie w stanie wojny nie mamy możliwości symetrycznej odpowiedzi na działania Rosjan w podobny sposób. Jest jednak szereg innych możliwości jakimi dysponują nasze służby specjalne oraz politycy, by zaszkodzić przeciwnikowi. Tutaj jednak wchodzą do gry wszystkie wcześniej wymienione narzędzia, które tworzą spójny aparat pracy przeciwnika. Nasi politycy podlegają pod mandat wyborczy – muszą realizować to, czego chce większość społeczeństwa, bo inaczej grozi im utrata władzy. Jeśli Rosjanie zdołają przekonać nasze społeczeństwo w tej wielkiej grze w tchórza, że to my musimy skręcić, by uniknąć nieuchronnej kolizji – to słupki poparcia dla „partii pokoju” skoczą w górę. Jeśli warstwa pacyfistów w naszym społeczeństwie będzie zbyt duża, to żaden polityk nie odważy się na wykorzystanie dostępnych narzędzi do uderzeń odwetowych na Federację Rosyjską w ramach działań hybrydowych. Technika półprawd, granie na sentymentach nonkonformistów, czy też sianie strachu, pełnią rolę narzędzi do uderzania w nasze Państwo z wykorzystaniem naszego własnego społeczeństwa, by wybić nam zęby jeszcze zanim dojdzie do pierwszego wystrzału. Mamy być tak sparaliżowani strachem, by nasi politycy nie mieli odwagi podejmować agresywnych i ofensywnych akcji odwetowych w obawie o utratę władzy.

Strach ma wielkie oczy, jak mówi popularne powiedzenie. Rosja jest od nas znacznie potężniejsza, ale wkłada bardzo dużo wysiłku, by do pojedynku z nami upewnić się, że będziemy bokserem, który ma obie ręce solidnie skrępowane za plecami. Jako polscy nacjonaliści mamy tutaj do zrobienia dużo pracy organicznej, by jednak upewnić się, że jeśli kiedykolwiek do takiego pojedynku dojdzie, to nie tylko nie będziemy mieć związanych za plecami rąk, ale zamist bokserskiej rękawicy nasze kostki będzie zdobił ciężki kastet.

Duch zwycięstwa

Nie chcemy rozbicia NATO, bo znacznie redukowałoby to nasze szanse na przetrwanie poza ruskim mirem. Nie chcemy też wyjścia z UE, bo to oddaliłoby nas od sojuszników. Nie mówię tego, dlatego, że wierzę w Niemieckie czołgi broniące Białegostoku. Mówię to dlatego, że w grze w tchórza należy zachowywać kamienną, groźną minę tak długo jak to możliwe oraz dlatego, że tak samo jak my możemy wierzyć lub nie w te Niemieckie, Francuskie, Angielskie i Amerykańskie czołgi w Białymstoku, tak samo mogą Rosjanie. Na tej wojnie informacyjnej naszym celem jest przekonanie ich, że my w to wierzymy. Fakty pozostają tutaj zupełnie drugorzędne, bo tak wygląda gra w tchórza. Jeśli jedna ze stron się zawaha, to druga zyskuje przekonanie o własnej przewadze, więc powinniśmy dążyć do tego, by przekonać przeciwnika, że jesteśmy zjednoczeni jak nigdy w ramach NATO, UE i wszelkich innych sojuszy. Powinniśmy przekonywać go, że nasze sojusze są niewzruszalne jak skała i jesteśmy gotowi przyjąć czołowe zderzenie tylko po to by udowodnić własną wiarę w siłę tej jedności.

Oczywiście organicznie nie mamy wpływu na to, jak postępują nasi decydenci, ale im bardziej rosjanie wspierają frakcję partii „pokojowej” i „resetu z Rosją” tym bardziej powinniśmy promować mentalność wojowników. Działania ofensywne w odpowiedzi na ataki hybrydowe powinny stać się w naszym kraju mainstreamem nie dlatego, że chemy wojny, ale właśnie dlatego, że chcemy jej uniknąć i przeciwnik musi się liczyć ze zdecydowanym oraz twardym oporem i natychmiastową bolesną kontrą w przypadku ataku. Tylko przekonanie naszego przeciwnika do tego, że nie warto z nami zadzierać może dać nam szansę na bezpieczeństwo. Alternatywą – ruski mir.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *