Starcie na Kładce
Noc była mroźna, a Wisła pod kładką wydawała się czarną, gęstą mazią. Krzysiek, obserwujący wszystko z gogli FPV w swoim vanie, niemal krzyczał do mikrofonu:
— On jest na rurach pod kładką! Porusza się jak pająk! Klaudiusz, Radek, osaczacie go!
Klaudiusz wypadł na środek kładki od strony Kazimierza. Jego potężna sylwetka w taktycznej kurtce rzucała długi cień w świetle latarni. W dłoniach trzymał zmodyfikowaną strzelbę. Z drugiej strony, od Podgórza, nadbiegał Radek, wyciągając pistolet z amunicją przygotowaną przez Maćka.
Paweł obserwował wszystko z dachu jednej z kamienic przy ul. Brodzińskiego.
— Mam go na termowizji. To nie człowiek, to lodowa rzeźba — zameldował Paweł, kładąc palec na języku spustowym snajperki. Nagle Frigidus wskoczył na barierki kładki. Stał na cienkim metalu z nieludzką równowagą, patrząc na osaczających go mężczyzn. Jego twarz była biała jak marmur, a oczy całkowicie czarne.
— Teraz! — ryknął Klaudiusz.
Huk strzelby rozdarł ciszę nocy. Śrut nasycony srebrem uderzył Frigidusa w klatkę piersiową, odrzucając go do tyłu. Radek dołożył precyzyjną serię trzech strzałów w korpus. Wampir zawył – dźwięk był wysoki, przypominał pękające szkło. Z jego ran nie płynęła krew, lecz wydobywał się błękitny, lodowaty dym.
— Mamy go! — krzyknął Krzysiek przez radio.
Jednak zanim Klaudiusz zdążył dobiec, by dobić przeciwnika , postać Frigidusa zaczęła tracić kontury. Jego ciało nie upadło na deski kładki. Zamiast tego gwałtownie się rozmyło, zamieniając w gęstą, nienaturalnie zimną mgłę, która w ułamku sekundy owinęła się wokół barierek i spłynęła w stronę rzeki.
— Nie strzelać! — krzyknął Radek, opuszczając broń. — To nic nie da. Rozproszył się.
Klaudiusz dopadł do miejsca, gdzie jeszcze przed chwilą stał wampir. Na metalowej barierce został szron, mimo że noc była sucha. Wiking zaklął siarczyście, czując, że jego dłoń, którą dotknął lodu, momentalnie zdrętwiała.
— Krzysiek, widzisz go na kamerach? — zapytał Jurek, który siedział wraz z Krzyśkiem i Erykiem w vanie.
— Zniknął z termowizji, Jurek. Rozpłynął się w smogu nad Wisłą. Jest częścią miasta.
Biblioteka przy kościele
Maria rozłożyła na dębowym stole mapę Krakowa z XVIII wieku i stare ryciny. Jurek, nerwowo bębnił palcami o stół. Spotkanie odbywało się w przykościelnej bibliotece w której pracowała dziewczyna.
— To, co widzieliście, to nie jest zwykły wampir ani upiór — powiedziała Marysia, wskazując na łaciński tekst. — To Frigidus – Lodowy Posłaniec. Pojawia się w kronikach tylko wtedy, gdy ktoś w Krakowie otwiera bramę, która powinna zostać zamknięta na wieki. On nie zabija dla krwi. On zabija, by „schłodzić” rzeczywistość, przygotowując ją na przyjście kogoś potężniejszego.
Piotr poprawił mankiety swojej koszuli.
-Czy to oznacza, że morderstwa ostatnio dokonane przez wampiry to tylko „aklimatyzacja” terenu?
— Gorzej — Marysia spojrzała mu prosto w oczy. — Oni szukają kogoś, kto ma w sobie „ciepło starej krwi”. Kogoś z rodów, które kiedyś te bramy zamknęły.
Janek spojrzał na Jurka, a potem na dokumenty Maćka o rodzie herbu Abdank.
— Maciek… — szepnął Janek. — On jest celem.
-Ale jest też drugi wątek w tej sprawie.-Odezwał się Jurek- Kompanem tego lodowego wampira jest niejaki Lucien. Wampir pochodzący ze Szwajcarii, który w obecnym świecie pełni funkcję płatnego mordercy. Przyjechał do Krakowa głównie po to, żeby zamordować Tyszkiewicza, a wcześniej jego ochroniarza. Ale tak się rozkręcił, że dla zabawy zamordował jeszcze parę osób.
Dyskretna Pomoc
Wojtek siedział przed ścianą monitorów. Jako menadżer w branży medycznej i były żołnierz WOT, nie potrzebował karabinu, by być groźnym. Jego zadaniem było uczynić grupę niewidzialną. Załatwił grupie trzy karetki na fałszywych numerach, które pozwoliły im poruszać się po Krakowie w czasie godziny policyjnej bez kontroli. Wykorzystał swoje kontakty, by zablokować konta bankowe Luciena i utrudnić mu załatwienie czegokolwiek drogą legalną. — Nie macie amunicji? — zapytał Wojtek przez szyfrowany komunikator w smartfonie. — Za dziesięć minut pod Barbakanem kurier zostawi paczkę z izotopami od Maćka. Oficjalnie to transport medyczny. Nie do namierzenia.
Dziedzictwo Abdanka
Maciek stał na polanie niedaleko swojego domu. Jako leśnik czuł las jak nikt inny, a tej nocy drzewa milczały ze zgrozy. Wiedział, że Frigidus idzie po niego – Lodowy Posłaniec potrzebował krwi starego rodu, by zakotwiczyć bramę na wieki. Maciek nie uciekał. Jego potężna sylwetka (140 kg) była nieruchoma jak głaz.
— Chodź, zimny sukinsynu — mruknął Maciek, trzymając w dłoniach topór leśny, na którym wyrył alchemiczne znaki. — Moja krew jest gorąca i płynie w niej moc, której nie zamrozisz.
Stał na skraju polany, a obok niego, jak żywy posąg z mięśni, trwał Herkus. Potężny pitbull o brązowej maści nie drżał z zimna – jego sierść pokrywał szron, a z szerokiej kufy wydobywały się kłęby pary, ale pies był skupiony wyłącznie na mroku między drzewami. Maciek czuł przez skórzaną smycz, jak zwierzę napina się do skoku.
— Spokojnie, chłopcze — mruknął Maciek swoim głębokim głosem, który potrafił uspokoić nawet spłoszoną zwierzynę. — Już tu jest.
Z lasu nie wyszedł człowiek. Wyszedł chłód. Drzewa trzeszczały, jakby ich soki zamarzały w ułamku sekundy. Frigidus wyłonił się z gęstwiny, a tam, gdzie stawiała stopy jego wysoka, blada postać, trawa pękała jak szkło. Lodowy Posłaniec wiedział, że Maciek to ostatnie ogniwo – krew Abdanka była kluczem do rytuału. Frigidus uniósł dłoń, a w stronę Maćka wystrzeliły lodowe igły. W tym momencie Maciek puścił smycz.
— Herkus, bierz!
Pies ruszył jak pocisk. Nie bał się nadnaturalnego mrozu. Skoczył w stronę gardła Posłańca, a jego potężne szczęki zacisnęły się na ramieniu wampira. Frigidus zawył nieludzko – nasycony alchemicznymi miksturami Maćka pies był w stanie realnie ranić lodową istotę. Maciek nie stał bezczynnie. Uniósł swój ciężki leśny topór, na którym wyrył herb Abdank i znak przedstawiający rękę z mieczem.
— Za Kraków! — ryknął, wykonując potężne cięcie znad głowy.
Topór uderzył w klatkę piersiową Frigidusa w tym samym momencie, gdy Herkus szarpał jego ramię. Powietrze wokół nich eksplodowało błękitnym światłem. Maciek poczuł, jak mróz próbuje wedrzeć się do jego płuc, ale hartowanie organizmu na treningach, jak również alchemiczne mikstury i lata pracy w lesie dały mu nadludzką wytrzymałość.
Frigidus, ranny i wściekły, zrozumiał, że nie pokona tego duetu przed czasem. Musiał uciekać w stronę Rynku, by zdążyć przed rytuałem, ale Maciek i Herkus już zrobili swoje – osłabili go i naznaczyli. Gdy wampir rozmył się w mgłę, Herkus stanął przy swoim panu, oblizując rany na pysku. Maciek otarł krew z dłoni i spojrzał na zegarek. — Teraz wasza kolej, Jurek. My go zatrzymaliśmy.
Pojedynek i rytuał
Paweł ustawił karabin. Widział przez lunetę Luciena, który biegł po dachach Sukiennic, zmierzając do podziemi.
— Tym razem nie ma ringu, Lucien — szepnął Paweł.
Wampir zauważył go. Skoczył w powietrze, chcąc pokonać dystans jednym nieludzkim susem, ale Paweł był szybszy. Nacisnął spust. Kula ze święconego srebra, wzmocniona alchemicznym ogniem Maćka, trafiła Luciena prosto w serce w locie. Ciało płatnego mordercy rozbłysło oślepiającym, białym płomieniem i spłonęło w powietrzu, zanim jeszcze uderzyło o bruk Rynku. Lucien przestał istnieć.
W tym samym czasie w podziemiach pod ołtarzem Wita Stwosza trwał rytuał.
W ciemnościach krypty, rozświetlonych jedynie blaskiem poświęconych świec, Jurek i Ksiądz Jan stali nad kamieniem węgielnym. Jurek, bez marynarki, w samej koszuli, czuł na sobie ciężar odpowiedzialności. Ksiądz Jan, z fioletową stułą na ramionach, trzymał w drżących rękach krucyfiks.
— Jurek, teraz! — wychrypiał starzec. — Twoja wola musi być twarda jak fundament tego miasta!
Jurek zaczął recytować łacińskie formuły, a jego głos – zwykle spokojny nabrał metalicznego brzmienia. W pewnym momencie podziemia wypełnił nieludzki skowyt. Lodowy Posłaniec uderzył o niewidzialną barierę rytuału. Ksiądz Jan uniósł krzyż, a Jurek dokończył ostatnią strofę. Światło zalało kryptę, a Frigidus został wessany w szczelinę między światami, uwięziony bez ofiar w ludziach.
Epilog
Dzięki informacjom od Juliana, członkowie grupy dowiedzieli się, że Lucien przybywając do Krakowa miał przy sobie dość dużo złota. Jednak nie ukrył go w apartamencie w Angel City, tylko w starej, zapomnianej skrytce fortu Św Benedykta. Zdobycz podzielono pomiędzy członków grupy, dając w tym udział wampirzemu antykwariuszowi. Otrzymał on również możliwość pobrania dowolnej ilości krwi od wiarołomnego Józka. Każdy mógł zrobić co chciał z przyznanym udziałem szlachetnego kruszcu. Dla jednych była to emerytura, dla innych okazja do podwyższenia standardu życia, a dla Krzyśka stało się to okazją do rozbudowy swojej „floty” dronów. Śmierć Gniewomira Tyszkiewicza wywołała chaos na rynku nieruchomości. Spadkobiercy dewelopera, przerażeni brutalnością morderstwa i niejasnymi powiązaniami ojca, chcieli jak najszybciej pozbyć się majątku. Piotr, wykorzystując swój kapitał i czystą kartotekę, oraz Brzytwa, działający przez sieć zaufanych pełnomocników, w tym również przez kancelarię Mariusza, przejęli najcenniejsze grunty i rozpoczęte budowy. Kraków pozostał w rękach krakowian. Gdy sprzedano starą kamienicę na Kleparzu, Wiesiek myślał, że trafi na bruk, jednak dzięki wstawiennictwo Jurka i po części z sentymentu, Brzytwa załatwił mu pracę portiera i służbową kawalerkę w apartamentowcu, gdzie mieszkał gangster. Kilka dni po zamknięciu bramy, grupa spotkała się w restauracji na osiedlu Podwawelskim, gdzie kucharzem był Darek, członek grupy i miłośnik Tolkiena. Jedząc i pijąc dobre alkohole dyskutowali o tym co spotkało ich miasto w ciągu ostatnich tygodni, snując plany na przyszłość.