Adrianna Gąsiorek - Kolesiostwo zabija instytucje. Czego uczy nas historia Szpitala Południowego?

Przez lata przyzwyczailiśmy się do myślenia, że największym problemem polskiej ochrony zdrowia są pieniądze. Za mało lekarzy. Za mało pielęgniarek. Za mało łóżek. Za mało sprzętu. To wszystko prawda. Ale istnieje problem znacznie trudniejszy do zauważenia, którego nie da się rozwiązać kolejną dotacją z budżetu państwa. Jest nim kultura organizacyjna oparta na układach, lojalności wobec swoich i przekonaniu, że znajomości znaczą więcej niż odpowiedzialność.

To właśnie kolesiostwo jest jedną z najgroźniejszych chorób polskiej ochrony zdrowia.

Nie zabija od razu. Najpierw osłabia instytucję. Zniechęca najlepszych pracowników. Promuje przeciętność. Odbiera odwagę tym, którzy widzą nieprawidłowości. A na końcu rachunek wystawiany jest pacjentowi.

Historia Szpitala Południowego w Warszawie jest przykładem, dlaczego przejrzystość zarządzania nie jest fanaberią ekspertów od administracji, ale warunkiem bezpieczeństwa pacjentów.

Nie chodzi dziś o wydawanie wyroków. Od tego są prokuratura, sądy i organy kontrolne. Chodzi o zadanie pytania, dlaczego w publicznym szpitalu mogło dojść do sytuacji, która wywołała jednoczesne zainteresowanie NFZ, Najwyższej Izby Kontroli, Urzędu Ochrony Danych Osobowych, Rzecznika Praw Pacjenta oraz organów ścigania. Sama liczba prowadzonych postępowań pokazuje, że problem przestał być jedynie sporem personalnym.

Najbardziej niebezpieczne w kolesiostwie jest to, że niemal nigdy nie wygląda jak przestępstwo. Nie zaczyna się od łamania prawa. Zaczyna się od telefonu do znajomego. Od zatrudnienia „sprawdzonego człowieka”. Od przekonania, że „nasz” jest lepszy od „obcego”. Potem pojawia się zamknięte środowisko, w którym coraz trudniej zadawać niewygodne pytania.

Jeżeli kierownictwo instytucji przestaje być rozliczane z efektów swojej pracy, a zaczyna być chronione przez polityczne lub towarzyskie relacje, organizacja stopniowo traci zdolność do samonaprawy. Pracownicy przestają zgłaszać problemy, bo wiedzą, że mogą narazić się osobom posiadającym wpływy. Najlepsi odchodzą. Zostają ci, którzy nauczyli się funkcjonować w takim systemie.

W ochronie zdrowia jest to szczególnie groźne. Szpital nie jest urzędem. Błędna decyzja organizacyjna może oznaczać opóźnioną diagnostykę, przeciążony personel lub chaos na oddziale ratunkowym.

Doniesienia dotyczące Szpitala Południowego wywołały pytania o sposób organizacji pracy, nadzór nad personelem, rozliczanie czasu pracy oraz gospodarowanie środkami publicznymi. W odpowiedzi rozpoczęto szereg kontroli i audytów. Ostateczne ustalenia należą do właściwych organów, jednak już sam fakt ich prowadzenia pokazuje, jak ważny jest skuteczny nadzór nad publicznymi placówkami.

Najbardziej niepokojące jest jednak coś innego.

Pacjent nie ma możliwości ocenienia jakości zarządzania szpitalem. Widzi jedynie jego skutki. Kilkanaście godzin oczekiwania na SOR-ze. Przemęczonych lekarzy. Brak informacji. Kolejne przesunięcia terminów. Z jego perspektywy wszystko wygląda jak niewydolność systemu. Tymczasem część problemów może wynikać nie z braku pieniędzy, lecz z błędów organizacyjnych.

W literaturze dotyczącej zarządzania organizacjami publicznymi od dawna wiadomo, że kultura instytucji ma równie duże znaczenie jak jej budżet. Szpital zarządzany transparentnie potrafi funkcjonować znacznie sprawniej niż placówka dysponująca większymi środkami, ale pogrążona w konfliktach personalnych i nieformalnych układach.

Dlatego walka z kolesiostwem nie jest wojną z konkretną partią polityczną ani z jednym środowiskiem zawodowym. To walka o standard państwa.

Dyrektor publicznego szpitala powinien wiedzieć, że każda decyzja kadrowa może zostać oceniona przez opinię publiczną. Konkursy powinny być rzeczywiście otwarte. Kryteria wyboru kandydatów – jawne. Wyniki audytów – publikowane. Sygnaliści zgłaszający nieprawidłowości powinni być chronieni, a nie marginalizowani.

Zaufanie społeczne buduje się właśnie w ten sposób.

Szpital Południowy nie jest jedynym miejscem, wokół którego pojawiały się pytania o sposób zarządzania. Jest natomiast symbolem problemu obecnego od wielu lat w polskiej ochronie zdrowia – zbyt słabego nadzoru właścicielskiego, niewystarczającej przejrzystości i zacierania granicy między odpowiedzialnością publiczną a lojalnością środowiskową.

Jeżeli z obecnych kontroli wynikną konkretne rekomendacje i zostaną one wdrożone, cała sprawa może stać się początkiem pozytywnych zmian. Jeśli jednak skończy się wyłącznie polityczną awanturą, za kilka lat podobne historie usłyszymy z kolejnych szpitali.

Najgorsze, co można zrobić, to uznać, że wszystko sprowadza się do jednego nazwiska albo jednej placówki. Problem jest znacznie głębszy. Kolesiostwo nie jest wadą charakteru pojedynczych ludzi. Jest wadą systemu, który nie potrafi skutecznie rozliczać swoich menedżerów.

A tam, gdzie odpowiedzialność przegrywa ze znajomościami, zawsze przegrywa także pacjent.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *