Adrianna Gąsiorek - Zełenski, UPA i granice polskiej cierpliwości

Od kilku dni polską opinię publiczną elektryzuje decyzja prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego o nadaniu jednej z jednostek ukraińskich sił specjalnych imienia „Bohaterów UPA”. Reakcja była natychmiastowa. Prezydent Karol Nawrocki zapowiedział podjęcie działań zmierzających do odebrania Zełenskiemu Orderu Orła Białego – najwyższego odznaczenia państwowego Rzeczypospolitej. Sprawa ma zostać omówiona przez Kapitułę Orderu 8 czerwca.

I trudno się temu dziwić.

Bo nie mówimy tutaj o zwykłej decyzji administracyjnej. Nie mówimy o sporze historyków. Nie mówimy nawet o kolejnej niezręczności dyplomatycznej. Mówimy o świadomym odwołaniu się do symboliki organizacji, która dla ogromnej większości Polaków pozostaje symbolem ludobójstwa na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej.

W Polsce UPA nie kojarzy się z romantyczną walką o niepodległość. UPA kojarzy się z wymordowanymi wioskami, spalonymi domami, zamordowanymi dziećmi, kobietami i starcami. Kojarzy się z jedną z najkrwawszych kart w historii stosunków polsko-ukraińskich. Można dyskutować o złożoności historii, można analizować kontekst wojenny, ale nie można oczekiwać, że Polacy będą obojętnie przyglądać się gloryfikacji organizacji odpowiedzialnej za śmierć dziesiątek tysięcy naszych rodaków.

Ukraińska administracja, nadając jednej z elitarnych jednostek walczących z rosyjskim agresorem imię „Bohaterów UPA”, po raz kolejny wykazała się ogromnym brakiem wyczucia wobec polskiej pamięci historycznej. Nie jest tajemnicą, że na Ukrainie UPA postrzegana jest przede wszystkim przez pryzmat walki z ZSRR i dążeń niepodległościowych. Jednak równie oczywiste jest to, że władze w Kijowie doskonale wiedzą, jakie emocje temat ten wywołuje w Polsce.

Dlatego trudno uwierzyć w tłumaczenia o nieporozumieniu czy przypadku. Prezydent państwa, którego najbliższym sojusznikiem w regionie pozostaje Polska, musiał zdawać sobie sprawę z konsekwencji swojej decyzji. Tym bardziej że temat Wołynia od lat pozostaje jednym z najtrudniejszych punktów w relacjach między naszymi państwami.

Najbardziej zdumiewające jest jednak coś innego. Ukraina podejmuje takie działania wobec kraju, który od pierwszego dnia rosyjskiej inwazji udzielał jej wsparcia politycznego, militarnego i humanitarnego. Polska przyjęła miliony uchodźców, przekazywała sprzęt wojskowy, zabiegała o interesy Ukrainy na forum międzynarodowym i wielokrotnie stawała po stronie Kijowa wtedy, gdy inni europejscy politycy jeszcze się wahali.

Właśnie dlatego decyzja Zełenskiego musi budzić rozczarowanie. Nie dlatego, że Polacy odmawiają Ukrainie prawa do własnej pamięci historycznej. Dlatego, że oczekują elementarnego szacunku dla własnej historii i własnych ofiar.

Nie można jednocześnie mówić o strategicznym partnerstwie z Polską i promować symboli, które dla milionów Polaków oznaczają śmierć ich przodków. Nie można budować wspólnej przyszłości na przemilczaniu niewygodnych faktów z przeszłości.

Karol Nawrocki stwierdził, że gloryfikowanie UPA dostarcza rosyjskiej propagandzie „wiele tlenu”. Trudno odmówić mu racji. Decyzja Zełenskiego stała się prezentem dla wszystkich środowisk zainteresowanych pogłębianiem konfliktu polsko-ukraińskiego. Korzystają na tym skrajni politycy po obu stronach granicy, ale przede wszystkim korzysta na tym Kreml, który od dziesięcioleci próbuje rozgrywać historyczne spory pomiędzy Polakami a Ukraińcami.

W całej tej sprawie pojawia się również pytanie o sam Order Orła Białego. Zełenski otrzymał go w 2023 roku za rozwijanie współpracy polsko-ukraińskiej, działania na rzecz bezpieczeństwa Europy oraz obronę podstawowych wartości demokratycznych. Był to gest solidarności w czasie wojny i wyraz uznania dla postawy ukraińskiego przywódcy.

Dziś jednak wielu Polaków zadaje sobie pytanie, czy decyzja o przyznaniu tego odznaczenia nie była zbyt pochopna.

Moim zdaniem Wołodymyr Zełenski w ogóle nie powinien był otrzymać najwyższego polskiego odznaczenia państwowego. Order Orła Białego powinien trafiać do osób, których działalność w sposób trwały służy Polsce lub budowaniu relacji opartych na wzajemnym szacunku. Trudno pogodzić tę ideę z późniejszym promowaniem symboliki tak głęboko raniącej pamięć polskich ofiar.

Nie oznacza to oczywiście, że należy odwrócić się od Ukrainy. Nie oznacza to również poparcia dla Rosji. Te dwie sprawy nie mają ze sobą nic wspólnego. Można wspierać Ukrainę w jej walce z rosyjską agresją i jednocześnie stanowczo krytykować działania jej władz. Można pomagać narodowi ukraińskiemu i równocześnie sprzeciwiać się gloryfikacji organizacji odpowiedzialnych za zbrodnie na Polakach.

Właśnie dlatego obecny spór nie jest przejawem niechęci wobec Ukrainy. Jest reakcją na konkretną decyzję konkretnego polityka. Decyzję, która była niepotrzebna, prowokacyjna i szkodliwa dla relacji między dwoma państwami.

Jeżeli Ukraina rzeczywiście chce budować trwałe partnerstwo z Polską i integrować się ze światem zachodnim, musi zrozumieć jedną rzecz: pojednanie nie może opierać się na gloryfikacji sprawców. Nie można oczekiwać zaufania od narodu, którego ofiary pozostają ignorowane.

Historia Polski i Ukrainy jest wystarczająco trudna. Nie potrzeba nowych decyzji politycznych, które będą rozdrapywać stare rany. Zwłaszcza dziś, gdy oba państwa powinny mieć świadomość, że każdy taki konflikt osłabia nie Warszawę i nie Kijów osobno, lecz cały region.

A na tym najbardziej zależy Moskwie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *