Grzegorz Ćwik - Pieniędzy nie ma i nie będzie… Ale czy na pewno?

Słynny bon-mot Jacka Rostkowskiego, ministra finansów w rządzie PO-PSL na stałe wszedł do obiegowych powiedzonek polskiej sceny publicznej. Jedni Rostkowskiemu wypominają arogancję, butę i impertynencję, inni zauważają, że dosłownie kilka miesięcy po tych słowach okazało się, że pieniądze nie tylko są, ale i będą. Czy Rostkowski więc się mylił, albo może kłamał?

Przy całym swoim krytycyzmie wobec tych prymusów austriackiej szkoły ekonomii sądzę jednak, że paradoksalnie Rostkowski miał rację – o ile zrozumiemy pełen kontekst tego, co wówczas powiedział, wyznanie wiary jakie za tym idzie, a także – a może przede wszystkim – alternatywy wobec tego. 

Czy państwu może zabraknąć pieniędzy?

Słowa Rostkowskiego właściwie każdemu wydają się zrozumiałe, zwłaszcza jeśli żyje już samodzielnie, pracuje, płaci rachunki etc. Skoro na coś trzeba wydać pieniądze, a tych się nie ma, to po prostu, albo ich nie wydamy, albo (o zgrozo! zakrzykną neoliberałowie) musimy się zadłużyć. I logika taka jest zrozumiała dla każdego, kto zarządza swymi finansami. Jeśli bowiem w naszym codziennym życiu zabraknie nam na coś pieniędzy, zwłaszcza przy prowadzeniu gospodarstwa domowego, to faktycznie albo musimy się zadłużyć, albo po prostu tych pieniędzy nie wydamy, bo ich fizycznie nie posiadamy.

Jednym z częściej stosowanych chwytów przez neoliberałów jest przeniesienie takiej logiki i mechanizmów na realia funkcjonowania państwa. W tej optyce państwo, podobnie jak pojedyncza osoba czy gospodarstwo domowe, może wydać tylko tyle pieniędzy, ile faktycznie posiada. To jest, jeżeli posiada budżet w wysokości X, to może wydać tylko tyle pieniędzy, ile wynosi X. Tutaj pojawia się jednak tutaj zasadnicze pytanie. To jak to się dzieje, że od kilkudziesięciu lat praktycznie wszystkie państwa na świecie wydają więcej? I nie chodzi tu tylko o to, że pożyczają pieniądze za granicą od innych państw czy instytucji międzynarodowych, ale że zwyczajnie są w stanie wygenerować coś, co nazywa się deficytem budżetowym.

“Państwo oczywiście nie ma żadnych swoich pieniędzy”. Słyszeliście to na pewno — powiedziała to Margaret Thatcher, zresztą Reagan, Balcerowicz, Tusk, Hołownia, Bosak też by się pod tym podpisali. Państwo rzekomo nie ma swoich pieniędzy, państwo musi wam te pieniądze zabrać lub komukolwiek innemu i dopiero coś sfinansować.

Często słyszymy takie pytanie — “skąd weźmiemy na to pieniądze?”. Zwłaszcza gdy pojawia się konieczność finansowania projektów społecznych, socjalnych czy infrastrukturalnych. Oczywiście to pytanie nie pojawia się zawsze, bo jeżeli w 2020 roku państwo polskie musiało wyczarować 200 miliardów złotych dla przedsiębiorców, zrobiło to o dziwo…od ręki. 

Można by spytać: jakim cudem państwo jest w stanie tak wyczarować te pieniądze, skoro najpierw musiałoby je zebrać, czyli najpierw też coś oszacować, dokonać przelewów i dopiero potem wydać? Często słyszymy stwierdzenia: państwo nie może mieć deficytu. Państwo, jeżeli wydaje 43 miliardy złotych na 800 plus, to nie może się zadłużać. Ale dziwnym trafem państwo się zadłuża i wszystkie państwa na świecie się zadłużają. Wszystkie państwa na świecie mają deficyt.

I tu powoli dochodzimy do sedna: pieniądza i tego skąd się on bierze i co za nim stoi, a także jakie daje to możliwości. 

Jedno istotne zastrzeżenie porządkuje całą dalszą dyskusję: mowa tu o pieniądzu i walucie funkcjonujących w realiach państwa takiego jak Polska — kraju, który wciąż dysponuje suwerennością monetarną. Oznacza to, że operujemy walutą fiducjarną, emitowaną wyłącznie przez Narodowy Bank Polski, będący jej jedynym źródłem. Nie jest ona powiązana sztywnym kursem z żadnym dobrem ani inną walutą — czy to złotem, dolarem, czy jakimkolwiek innym aktywem. Co równie istotne, państwo zaciąga zobowiązania właśnie w tej własnej walucie, co ma fundamentalne znaczenie dla sposobu funkcjonowania całego systemu finansów publicznych.

W tym miejscu pojawia się koncepcja MMT, czyli Modern Monetary Theory — nowoczesnej teorii monetarnej, która odwraca tradycyjne myślenie o finansach publicznych. Jej zasadnicza teza brzmi: jeśli państwo jest emitentem własnej waluty, może kreować ją w zasadzie w dowolnej ilości, podczas gdy obywatele i podmioty prywatne pozostają jedynie jej użytkownikami. Ta różnica ma kluczowe znaczenie. O ile bowiem gospodarstwa domowe czy firmy muszą liczyć się z konsekwencjami zadłużania — rosnącymi odsetkami i ryzykiem utraty płynności — o tyle państwo operujące własną walutą funkcjonuje w zupełnie innym reżimie finansowym.

Z perspektywy tej teorii państwo nie tyle „pozyskuje” pieniądze z gospodarki, ile przede wszystkim je do niej wprowadza — zasilając obieg, stymulując aktywność i kształtując warunki funkcjonowania całego systemu. W tym ujęciu szczególnego znaczenia nabierają podatki, którym przypisuje się cztery kluczowe funkcje. Co istotne, zgodnie z interpretacją części historyków odwołujących się do MMT, geneza pieniądza państwowego nie wynikała z potrzeby usprawnienia wymiany czy rozliczeń między podmiotami. Przeciwnie — jego wprowadzenie miało służyć przede wszystkim narzuceniu określonego środka płatniczego, zmuszając obywateli do posługiwania się nim poprzez obowiązek podatkowy oraz rozliczanie w nim dóbr i usług.

Drugi istotny element tej układanki stanowi ograniczenie, o którym często zapominają uproszczone interpretacje MMT. Państwo nie może bowiem bez konsekwencji „wlewać” do gospodarki dowolnej ilości pieniądza. Naturalną barierą staje się tu inflacja, pojawiająca się w momencie, gdy gospodarka zbliża się do granic swoich realnych możliwości — poziomu zatrudnienia oraz zdolności produkcyjnych — a jednocześnie rośnie podaż pieniądza. W takiej sytuacji nadmiar środków zaczyna przekładać się na wzrost cen. Właśnie dlatego podatki pełnią także funkcję stabilizacyjną: pozwalają wycofywać z obiegu nadwyżkę pieniądza i ograniczać presję inflacyjną.

Trzeci wymiar funkcjonowania podatków to redystrybucja, której znaczenie — wbrew uproszczonym ujęciom — jest przede wszystkim polityczne. Wraz ze wzrostem majątku rosną bowiem wpływy i zdolność oddziaływania na procesy decyzyjne. Wystarczy spojrzeć na regularnie pojawiające się doniesienia o lobbystach krążących wokół kluczowych instytucji państwa czy nieformalnych kontaktach przedstawicieli biznesu z decydentami. W tym kontekście redystrybucja nie sprowadza się wyłącznie do transferu środków od jednych grup do drugich. Jej zasadniczym celem jest raczej korygowanie nierówności wpływów i stabilizowanie relacji społecznych, tak aby nadmierna koncentracja kapitału nie przekładała się bezpośrednio na dominację polityczną.

Czwarta funkcja podatków, zgodnie z ujęciem MMT, ma charakter behawioralny — państwo za ich pomocą kształtuje pożądane postawy, jedne zachowania premiując, inne zaś obciążając dodatkowymi kosztami. Klasycznym przykładem są podatki akcyzowe na alkohol czy wyroby tytoniowe, które pełnią rolę swoistej sankcji fiskalnej, uwzględniającej społeczne koszty ich konsumpcji. W idealnym modelu wpływy z takich podatków nie powinny być celem samym w sobie, skoro wydatki na leczenie chorób z nimi związanych często je przewyższają. Z drugiej strony system podatkowy może działać jako narzędzie wsparcia — poprzez ulgi i zwolnienia zachęcając do określonych inwestycji czy zmian technologicznych, na przykład w obszarze transformacji energetycznej.

W tym ujęciu państwo może również świadomie generować deficyt, który nie jest niczym innym jak odzwierciedleniem zwiększonych wydatków w gospodarce. Deficyt oznacza bowiem, że do sektora prywatnego trafiło więcej środków, niż z niego pobrano — innymi słowy, to, co w bilansie państwa stanowi niedobór, po stronie obywateli i przedsiębiorstw staje się nadwyżką. Z tej perspektywy deficyt nie jest wyłącznie problemem księgowym, lecz mechanizmem zasilania gospodarki w dodatkowy pieniądz. Programy transferowe, takie jak świadczenie „800+”, często przywoływane są jako przykład tego zjawiska: formalnie powiększają one deficyt budżetowy, który w dużej mierze ma charakter zapisu finansowego, a nie materialnego „wytworzenia” dóbr.

Jednocześnie tego typu działania mogą przynosić wymierne efekty społeczne. W Polsce w ciągu kilku lat znacząco spadł poziom ubóstwa wśród dzieci, co bywa interpretowane jako dowód skuteczności redystrybucyjnej roli państwa. W tym sensie decyzje fiskalne — podejmowane na poziomie ustawowym — mogą realnie wpływać na strukturę dochodów i poziom życia obywateli. To właśnie ten mechanizm, polegający na kreowaniu i kierunkowaniu strumieni pieniądza w gospodarce, stanowi jeden z centralnych punktów odniesienia dla zwolenników MMT.

Nie oznacza to jednak, że MMT stanowi swoistą „złotą receptę”, pozwalającą bez ograniczeń generować dowolne ilości pieniędzy — jak w grze komputerowej, gdzie wpisanie kodu natychmiast rozwiązuje problem zasobów. Rzeczywistość gospodarcza jest znacznie bardziej złożona. Kluczowym ograniczeniem pozostaje inflacja, która wyznacza granice ekspansji fiskalnej. O ile więc państwo dysponuje narzędziami pozwalającymi zwiększać podaż pieniądza, o tyle musi jednocześnie kontrolować jej skutki — między innymi poprzez system podatkowy, który umożliwia „ściąganie” nadmiaru środków z obiegu. W tym sensie gospodarka jawi się jako system narzędziowy, w którym odpowiednia kalibracja polityki fiskalnej i monetarnej pozwala działać bardziej celowo i elastycznie.

Warto przy tym pamiętać, że ekonomia nie jest nauką ścisłą w takim sensie jak fizyka czy matematyka. To dziedzina, w której ścierają się różne szkoły myślenia i odmienne interpretacje mechanizmów rządzących gospodarką. Obok dominującego dziś nurtu klasycznego i neoklasycznego istnieją alternatywne podejścia, takie jak MMT, które — wbrew pozorom — nie są wyłącznie współczesnym wynalazkiem. Ich intelektualne korzenie sięgają choćby myśli Johna Maynarda Keynesa, jednego z najważniejszych ekonomistów XX wieku, którego idee do dziś stanowią punkt odniesienia w debatach o roli państwa w gospodarce.

To podejście ma jednak swoje wyraźne warunki brzegowe. Kluczowym z nich jest posiadanie przez państwo faktycznego monopolu na emisję własnej waluty oraz zadłużanie się właśnie w niej. Tylko wtedy zobowiązania publiczne mają charakter w dużej mierze księgowy — są zapisem w systemie finansowym, a nie długiem wymagającym pozyskania „obcej” waluty. W praktyce oznacza to, że państwo operujące własnym pieniądzem znajduje się w zupełnie innej sytuacji niż podmiot zadłużony w walucie, której nie kontroluje. Polska, podobnie jak Stany Zjednoczone, w przeważającej części finansuje swój dług w walucie krajowej, co znacząco zmienia charakter ryzyka. W przypadku USA często przywoływane relacje zadłużenia wobec Chin sprowadzają się w istocie do zapisów w postaci obligacji skarbowych, funkcjonujących w ramach systemu Rezerwy Federalnej, a nie do klasycznego długu wymagającego spłaty w sensie fizycznego transferu zasobów.

W tym kontekście gospodarka jawi się jako zestaw narzędzi, których skuteczność zależy od przyjętej doktryny. Krytycy wskazują, że głównym przeciwnikiem tak rozumianego podejścia jest neoliberalizm — nurt oparty na przekonaniu o prymacie mechanizmów rynkowych i ograniczonej roli państwa. Jego podstawowe filary — deregulacja, niskie podatki, prywatyzacja oraz dominacja sektora finansowego nad przemysłowym i usługowym — zostały szeroko opisane m.in. przez Naomi Klein. To właśnie wokół tych założeń toczy się dziś jeden z kluczowych sporów o kształt współczesnej polityki gospodarczej.

Pytanie zasadnicze jest takie: czy gospodarka ma realizować określone cele i odpowiadać na potrzeby społeczne, czy być w ręku niewielkiej grupy osób i stanowić zewnętrzny, absolutny i nie dający się kontrolować układ. MMT stanowi tu integralną i niezwykle istotną część myślenia o ekonomii czy finansach państwa właśnie w kontekście postulatu narzędziowości gopsodarki. Neoliberałowie celowo i systematycznie wciskają nam kit zrównujący finanse państwa (emitenta waluty) do gospodarstwa domowego – użytkownika waluty, gdzie sytuacja obu tych podmiotów jest tu zupełnie inna. I choć rzeczywistość na każdym kroku przeczy bredniom o tym, że państwo nie ma własnych pieniędzy (bo czyje są pieniądze jeśli nie państwa – emitenta i twórcy waluty?…) to w codziennym obiegu takie kalki są nadal niezwykle popularne. 

Wracając do Rostowskiego – jego słynne słowa to de facto artykulacja pewnej wiary. Wiary, że gospodarka ma kierować się rzekomo obiektywnymi zasadami, czyli tymi wolnorynkowymi a pieniędzy na określone cele społeczne i socjalne (tu chodziło o 500+) nie ma nie dlatego, że ich fizycznie nie ma – nie ma ich, bo w optyce neoliberałów nie może ich być. Ich celem jest czczenie wolnorynkowego bożka konsensusu waszyngtońskiego i kierowanie się antywspólnotowymi zasadami nakazów MFW i banku Światowego. W tej optyce pieniędzy nie ma, bo przecież “każdy jest kowalem swojego losu”, a co więcej transfery takie znacząco zaburzyłyby rosnącą nierówność płac i dochodów. A przecież to jest ostateczny cel i praktyka ustroju neoliberalnego – bogaci mają być coraz bogatsi, a więc co za tym idzie – posiadać większa władze i wpływy, a społeczeństwo coraz uboższe, zmarginalizowane i zatomizowane. 

Pieniędzy nie ma i nie będzie – dla was! Nie ma ich dla obywateli, rodzin, dzieci, pracowników, lokatorów. Słowem – dla zwykłych ludzi. Kiedy jednak trzeba zgodzić się na miliardowe upusty podatkowe, zwolnienia z płacenia podatków, specjalne strefy ekonomiczne, przyzwolenie na patologię umów śmieciowych, odpisy etc – a to przecież też są wydatki państwa – wówczas pieniądze znajdują się od ręki. Gdyby było inaczej, gdyby faktycznie chodziło wyłącznie o kondycję finansową państwa, co często próbują mówić wolnorynkowi “eksperci” – wówczas Rostkowski nie dodałby “i nie będzie”. Ale dodał – znaczy to tyle, że póki rządzą neoliberałowie, to nie ma znaczenia jakie będzie PKB, inflacja, bezrobocie, i jakikolwiek inny wskaźnik makroekonomiczny – póty ekonomia nie będzie służyć zaspokajaniu potrzeb społeczeństwa, rozwijaniu go i zapewnieniu godnego życia, ale bogaceniu się wąskiego grona elit. 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *