Polski nacjonalizm w połowie trzeciej dekady XXI wieku znajduje się w osobliwym stanie zawieszenia, który można śmiało nazwać dogorywaniem. Osobliwy przypadek środowiska aktywistów, w którym zdaje się że jest więcej wewnętrznych konfliktów, niż działaczy. Z jednej strony nieustannie mówi o walce o „rząd dusz”, wspólnocie, odrzuceniu bierności i walce ze zdegenerowanym współczesnym światem. Z drugiej strony realnie funkcjonuje na marginesie życia społecznego, politycznego i kulturowego. Nie jako siła zwalczana przez większość, lecz jako zjawisko w dużej mierze zwyczajnie nieobecne w codziennej świadomości zwykłego Kowalskiego. A to już zasadnicza różnica. Społeczeństwo nie odrzuca dziś nacjonalizmu dlatego, że wyborczej i tvn’owi udało się go w końcu na tyle zohydzić i go nienawidzi, lecz dlatego, że nie widzi w nim odpowiedzi na własne problemy, jest on po prostu nikomu niepotrzebny. No może poza równie marginalnym środowiskiem z drugiej strony i mediami przed świętem niepodległości, które przygotują coroczny materiał o mitycznym polskim neonazizmie i tym jak rośnie w siłę.
W obecnej formie polski nacjonalizm jest przede wszystkim reakcją. Reaguje na liberalizm, na Unię Europejską, na gwałtowne zmiany kulturowe, na globalizację i migracje, bo właśnie tam lokują się dziś realne lęki i frustracje dużej części społeczeństwa. Ta reakcyjność nie bierze się z próżni. Jest odpowiedzią ludzi, którzy czują, że świat przyspieszył, a oni zostali zepchnięci na boczny tor i nikt nie pyta ich o zdanie. Daje energię, gniew i poczucie sensu tym, którzy nie odnajdują się w dominującym języku nowoczesnego świata. Dla wielu działaczy ruchu nacjonalistycznego jest to pierwszy moment, w którym ktoś dostrzega ich odczucia na temat otaczającego ich świata i mówi im, że nie są sami.
Problem polega na tym, że emocjonalne rozpoznanie krzywdy i trosk nie wystarcza do zbudowania trwałej pozycji społecznej. Ruchy oparte głównie na sprzeciwie zawsze żyją cudzymi tematami, nawet jeśli robią to w kontrze. Ich tożsamość definiuje się przez to, czemu mówią „nie”, a nie przez to, co realnie chcą stworzyć. W efekcie nie narzucają własnych ram myślenia, lecz poruszają się w ramach wyznaczonych przez przeciwników. Liberalizm, globalizacja, migracja, lgbt czy Unia Europejska stają się nie tylko wrogiem, ale także głównym punktem odniesienia, bez którego ruch traci orientację.
To sprawia, że nacjonalizm nie funkcjonuje dziś jako spójny projekt cywilizacyjny, lecz raczej jako emocjonalna kontrkultura. Jest miejscem odreagowania, wspólnotą gniewu i sprzeciwu wobec prób narzucenia nam tego czy owego, ale nie wizją przyszłości, do której można zaprosić szerokie kręgi społeczeństwa. Dopóki nacjonalizm pozostaje odpowiedzią na cudze narracje, a nie próbą stworzenia własnej opartej na czymś więcej, niż proste hasła, dopóty będzie skazany na rolę wiecznego komentatora rzeczywistości, a nie jej realnego współtwórcy.
Nie oznacza to jednak, że nie posiada żadnego potencjału. Wręcz przeciwnie. Jego siłą pozostaje trafna diagnoza kryzysu nowoczesności. Krytyka atomizacji społecznej, rozkładu więzi, dominacji korporacyjnego kapitału i redukowania człowieka do funkcji ekonomicznej rezonuje z doświadczeniem wielu ludzi. Problem polega na tym, że diagnoza ta rzadko przechodzi w konstruktywną propozycję. Krytyka liberalnego porządku kończy się zazwyczaj na publicystycznym geście, nie na projekcie instytucjonalnym czy gospodarczym. Bez programu, bez zaplecza eksperckiego i bez zdolności wdrażania rozwiązań pozostaje jedynie retoryką.
Podobnie jest z pojęciem wspólnoty. W nacjonalistycznym dyskursie zajmuje ono, a przynajmniej powinno miejsce centralne, lecz najczęściej przyjmuje formę symboliczną. Posty w Internecie, marsze i odgrywane corocznie rytuały przy okazji np. różnego rodzaju rocznic wzmacniają tożsamość wewnętrzną, ale nie przekładają się na realną organizację życia społecznego. Wspólnota, która nie pomaga w codziennych problemach, nie tworzy instytucji wsparcia i nie oferuje bezpieczeństwa ekonomicznego, pozostaje wspólnotą wyobrażoną. W świecie, w którym ludzie mierzą się z kryzysem mieszkaniowym, niepewnością zatrudnienia i rozpadem relacji, hasła z plakatów, znicze na grobach poległych i posty w socialach nie wystarczą.
Równie ambiwalentna jest rola historii. Zamiast być narzędziem refleksji i źródłem strategicznych wniosków, historia bywa traktowana jak święta relikwia. W naszym kraju dominuje narracja martyrologiczna, kult porażek i moralnej czystości przegranych. O jakiejkolwiek skazie na życiorysach naszych przodków oczywiście cisza. Taka postawa nie wzmacnia podmiotowości, lecz ją paraliżuje. Społeczeństwo, które nie potrafi krytycznie analizować własnych klęsk, nie jest w stanie skutecznie projektować przyszłości. W tej kwestii nacjonaliści również rzadko kiedy odstają od normy, a co więcej można by powiedzieć, że aktywiści działający już kilka lat nie wyciągają wniosków z własnej historii działalności, co roku odgrzewając te same pomysły, odgrywając je jak z roku na rok jak smutną konieczność w coraz mniejszym gronie. Bez nowych pomysłów jak ugryźć dany temat. Lata marszy chociażby, to lata już minione. Ludziom takie formy upamiętniania się znudziły, samym aktywistom statystowanie z flagą i krzyczenie raz sierpem raz młotem także już się znudziło, gdy zobaczyli, że nic więcej ruch im nie jest w stanie zaoferować.
Wreszcie etos siły i dyscypliny. Praca nad sobą, hierarchia i porządek mogłyby być atrakcyjną odpowiedzią na chaos współczesności. W praktyce jednak zbyt często sprowadzają się do estetyki agresji i prymitywnego kultu męskości. Bez zaplecza intelektualnego i etycznego dyscyplina staje się pustym rytuałem, a nie narzędziem rozwoju. „Odrzuć bierność” i…klej naklejki na osiedlu oraz zapisz się na sporty walki lub na siłownie. Takie odrzucenie bierności nie jest żadną alternatywą, a tym bardziej zarezerwowana przez środowisko aktywistów narodowych. Nie trzeba ani być nacjonalistą, ani działać w obrębie jakiejś lokalnej grupy, żeby dbać o swoją tężyznę fizyczną czy od czasu do czasu przyozdobić miasto w jakieś propagandowe materiały, które nie oszukujmy się zauważalne są w dużej mierze przez nas samych. Mało kto w obecnym świecie przemierzając ulicę ze wzrokiem wklejonym w ekran swojego smartfona rzuci okiem i zatrzyma się dłużej na jakimś plakacie przyklejonym pośród innych plakatów, czy też małej naklejki na jakimś słupie od świetlnej sygnalizacji. Te materiały są dostrzegalne dla osób, które je kleją po obu stronach barykady i kibiców w znacznym stopniu. 30, 50 czy 100 plakatów spełni swoją funkcję bardziej w postaci postu w socialach, bo wtedy ma większą szansę dotrzeć do ludzi w Internecie w postaci zdjęcia z tej akcji, niż po prostu wisząc na ulicy, gdzie mało kto sobie nimi zaprzątnie na chwilę głowę. Ot sztuka dla sztuki w większości przypadków.
To wszystko składa się na obraz ruchu, który nie posiada dziś hegemonii kulturowej. „Rząd dusz” nie polega na masowym uczestnictwie w manifestacjach ani na głośnych hasłach. Polega na tym, że określony sposób myślenia staje się domyślny, intuicyjny, uznawany za zdrowy rozsądek. Polski nacjonalizm nie osiągnął tego stanu, ponieważ oddał popkulturę bez walki, nie stworzył własnych instytucji edukacyjnych i medialnych oraz nie wykształcił elit zdolnych do formułowania nowoczesnych narracji. Komunikuje się językiem archaicznym albo gettowym, niezrozumiałym i nieatrakcyjnym dla większości społeczeństwa. Dostrzegam oczywiście wyjątki, które mają czyste szyldy tworzone przez ludzi o tożsamych poglądach bądź projekty w postaci Nowego Ładu robiące dobrą robotę. No właśnie zostając przy tym przykładzie, przez lata patrząc na działanie Młodzieży Wszechpolskiej, której wiele można zarzucić, to jej model działania i kształcenia wydaje się chyba najbardziej poważny. To jej działacze pomijając już to jak skończyli znaleźli się chociażby w sejmie.
I tu chyba leży najpoważniejsza słabość ruchu. Brak elit intelektualnych sprawia, że ruch nagradza lojalność zamiast kompetencji. Fetysz wroga zamyka go w logice oblężonej twierdzy, gdzie każda krytyka wewnętrzna uchodzi za zdradę, a nowe pomysły często pachną innym „lewactwem”. Brak spójnego programu gospodarczego redukuje wielkie hasła suwerenności do poziomu sloganów. W takiej formie nacjonalizm nie może stać się ruchem większościowym, ponieważ nie odpowiada na podstawowe pytania o organizację życia społecznego.
Jeśli w ogóle mówić o przyszłości, to nie w kategoriach prostego „odrodzenia”, lecz głębokiej mutacji. Przejścia od tożsamości symbolicznej do funkcjonalnej, od reakcji do projektu, od sloganów i rytuałów do instytucji. Oznaczałoby to budowę realnych sieci wsparcia, inwestycję w kulturę i edukację, rozwój zaplecza eksperckiego oraz przede wszystkim zdolność do samokrytyki. Bez tego każdy apel o „rząd dusz” o odrzucenie bierności pozostanie jedynie pustym sloganem i wołaniem na pustyni. Niech każdy się zastanowi do kogo trafiają i kogo za cel maja pozyskać groźnie wyglądający na grafice ubrani na czarno zamaskowani nacjonaliści, którzy namawiają do aktywności w postaci treningu i uprawiania miejskiej propagandy?
Czy to trafia do ludzi potrzebnych do budowy silnego ruchu nacjonalistycznego, do prawników, ludzi znających się na ekonomii, znających się na sztucznej inteligencji by pomóc nam ją wykorzystać w walce o nasze ideały lub studentów wartościowych kierunków, właścicieli małych firm ludzi, którzy mogą sponsorować nasze działania? Bo nie ma co kryć finanse to ogromny problem. Dwudziestokilkuletni aktywiści pokrywając akcje promocyjne z własnej kieszeni mają nikłe szanse na walkę z dobrze opłaconymi kampaniami drugiej strony wspieranymi przez zaprzyjaźnioną sieć instytucji. I żeby ktoś mnie źle nie zrozumiał, że jestem całkowicie przeciwny co do aktywistów tych ulicznych, sam zainwestowałem w przeszłości wiele czasu i pieniędzy na różne działania. Doskonale rozumiem, że nie każdy jest stworzony chociażby do publicystyki czy do pozyskiwania grantów i otwierania fundacji charytatywnych. Jednak te uliczne działania powinny być najmniejszym kawałkiem tortu jakim jest nacjonalizm. A przede wszystkim myślę, że są grupy, które jasno wybierają ten typ działalności jak i grupy, które idą w innym kierunku i nie powinny one z tego względu drzeć ze sobą kotów. Niestety sam oprócz zauważenia problemu środowiska aktywistów, nie mam złotych recept na to jak przyciągnąć do niego ludzi ze zdolnościami przydatnymi do zbudowania silnych struktur, które pozwolą zaistnieć w świadomości zwykłego Polaka. Liczę jednak, że ten tekst mówiący o kondycji polskiego ruchu nacjonalistycznego pozwoli niektórym na chwilę się zatrzymać i zastanowić nad tym czemu nie działa to jak należy. Co dwie głowy to przecież nie jedna, a co gdy mówimy o kilkudziesięciu?
Na dziś polski nacjonalizm nie jest ruchem martwym, ale jest ruchem strukturalnie nieprzystosowanym do realiów wyzwań współczesnego świata. Jego potencjał tkwi w trafnym rozpoznaniu kryzysu współczesności. Jego porażka – w niezdolności do zaproponowania nowoczesnej odpowiedzi. Jeśli tego nie zrozumie, pozostanie egzotycznym marginesem, żyjącym we własnym micie z roku na rok malejąc, a nie realną siłą zdolną wpływać na bieg spraw publicznych.