Współczesny feminizm coraz częściej staje przed pytaniem, czy rzeczywiście reprezentuje interesy kobiet jako wspólnoty doświadczeń, czy raczej stał się ideologicznym narzędziem walki plemiennej. Dyskusję tę wyostrzył niedawny wywiad udzielony przez Martę Nawrocką w stacji TVN. Reakcja części środowisk deklarujących się jako feministyczne pokazała bowiem zaskakującą prawidłowość: te, które w teorii powinny stać na straży solidarności kobiet, bardzo szybko przeszły do ataku personalnego. Zaskakującą oczywiście dla tej części społeczeństwa, która jeszcze naiwnie wierzy w ową kobiecą jedność i “ochronę słabszych”.
Nie chodzi tu wyłącznie o krytykę poglądów czy ocenę wypowiedzi – to element naturalnej debaty publicznej. Problem zaczyna się wtedy, gdy dyskusja o sprawach ważnych dla kobiet zamienia się w szyderstwo z akcentu, stylu bycia czy miejsca zamieszkania rozmówczyni. Wyśmiewanie faktu, że żona prezydenta pochodzi „z osiedla” czy „z bloków”, trudno uznać za przejaw emancypacyjnej wrażliwości. To raczej powrót do klasowych uprzedzeń, z którymi feminizm – przynajmniej w swoich deklaracjach – miał walczyć.
Współczesny feminizm w Polsce w dużej mierze przesunął się z poziomu walki o konkretne, systemowe problemy kobiet na poziom walki symbolicznej. W centrum zainteresowania znalazł się język, reprezentacja, gesty, deklaracje. Tymczasem kwestie takie jak bezpieczeństwo kobiet, przemoc domowa, nierówności ekonomiczne, wykluczenie komunikacyjne mniejszych miejscowości czy realne wsparcie matek często schodzą na dalszy plan. W ich miejsce pojawia się emocjonalna polaryzacja i szybkie etykietowanie: „nasza” albo „nie nasza”.
Wywiad Marty Nawrockiej stał się papierkiem lakmusowym tej tendencji. Zamiast rzeczowej polemiki z jej tezami, w przestrzeni medialnej i społecznościowej pojawiły się kpiny z wyglądu, tonu wypowiedzi czy życiorysu. Wśród najbardziej aktywnych komentatorek nie zabrakło osób, które na co dzień deklarują walkę z hejtem wobec kobiet. Paradoks polega na tym, że w imię obrony kobiet przed przemocą symboliczną same sięgnęły po narzędzia tej przemocy.
To zjawisko nie jest nowe. Od kilku lat można obserwować wyraźny podział: „kobieta postępowa” zasługuje na wsparcie niezależnie od wszystkiego, „kobieta konserwatywna” – na bezwzględną krytykę, często połączoną z ośmieszeniem. Taka selektywna solidarność podważa jednak fundament feminizmu jako ruchu równościowego. Jeśli kryterium wsparcia staje się zgodność światopoglądowa, a nie fakt bycia kobietą w określonej sytuacji społecznej, to mamy do czynienia raczej z projektem politycznym niż emancypacyjnym.
Szczególnie wymowne było wyśmiewanie pochodzenia z osiedla czy bloków. W Polsce ogromna część społeczeństwa wychowała się w blokowiskach. To doświadczenie wspólne dla milionów kobiet – nauczycielek, pielęgniarek, przedsiębiorczyń, urzędniczek. Szyderstwo z takiego życiorysu brzmi jak pogarda wobec „zwyczajności”, wobec klasy średniej i niższej, wobec kobiet, które nie wyrosły w elitarnych środowiskach wielkomiejskich. Czy naprawdę o taką hierarchię chodziło ruchom emancypacyjnym?
Współczesny feminizm coraz częściej operuje kategorią „empowermentu” – wzmacniania kobiet. W praktyce jednak widać, że wzmacniane są przede wszystkim te, które mieszczą się w określonym światopoglądowym kanonie. Pozostałe – zwłaszcza związane z prawicą czy konserwatywnymi środowiskami – bywają traktowane jako zdrajczynie sprawy. Tymczasem kobieta nie przestaje być kobietą dlatego, że jej poglądy różnią się od dominującego nurtu.
Niepokojące jest także to, że hejt bywa usprawiedliwiany jako „słuszny gniew” lub „ostry język debaty”. W efekcie powstaje podwójny standard: przemoc słowna wobec „naszych” jest niedopuszczalna, wobec „obcych” – zrozumiała, a nawet pożądana. Taka logika prowadzi do osłabienia wiarygodności. Trudno bowiem przekonywać społeczeństwo do walki z mizoginią, jeśli jednocześnie akceptuje się drwiny z kobiety tylko dlatego, że reprezentuje inny obóz polityczny.
Warto też zadać pytanie o hierarchię problemów. Czy najważniejszym wyzwaniem stojącym dziś przed kobietami jest to, czy żona prezydenta wypowiedziała się w sposób wystarczająco zgodny z oczekiwaniami środowisk liberalnych? Czy może ważniejsze są kwestie systemowe: dostęp do opieki zdrowotnej, wsparcie dla kobiet doświadczających przemocy, realne mechanizmy godzenia pracy z macierzyństwem, bezpieczeństwo w przestrzeni publicznej? Skupienie energii na personalnych atakach sprawia wrażenie, że spór ideologiczny stał się ważniejszy niż konkretne rozwiązania.
Nie chodzi o to, by wyłączać kogokolwiek z krytyki. Każda osoba publiczna musi liczyć się z oceną swoich słów. Problem polega na formie i motywacji tej oceny. Jeśli zamiast argumentów pojawiają się kpiny z pochodzenia czy stylu, trudno mówić o dojrzałej debacie. A jeśli czynią to osoby, które deklarują obronę kobiet przed symboliczną przemocą, rodzi się pytanie o spójność ich postawy.
Współczesny feminizm stoi dziś przed koniecznością autorefleksji. Czy chce być ruchem obejmującym różnorodność kobiecych doświadczeń – także tych konserwatywnych, prowincjonalnych, „blokowych” – czy raczej projektem kulturowym jednej części społeczeństwa? Czy solidarność kobiet ma być bezwarunkowa w obliczu ataku personalnego, czy uzależniona od zgodności poglądów?
Wywiad w TVN pokazał coś jeszcze: że łatwo mówić o empatii i siostrzeństwie, trudniej zastosować je wobec kobiety z „innego świata”. Tymczasem prawdziwa siła ruchów emancypacyjnych polegała zawsze na przekraczaniu podziałów – klasowych, światopoglądowych, środowiskowych.
Dziś potrzebna jest poważna rozmowa o tym, jak łączyć walkę o prawa kobiet. Bez podwójnych standardów, bez klasowej pogardy, bez selektywnej wrażliwości. Bo jeśli te, które powinny bronić kobiet przed hejtem, same stają się jego źródłem, trudno oczekiwać, że ich głos będzie traktowany jako moralnie wiarygodny.A to właśnie wiarygodność – nie najgłośniejszy komentarz w mediach społecznościowych – zdecyduje o przyszłości współczesnego feminizmu.