Wszystkie opisywane postacie i wydarzenia są fikcyjne, a ich zbieżność z rzeczywistymi pozostaje przypadkowa.
Pożegnanie
Wszystko zaczęło się od tamtego pogrzebu. Październik był w Krakowie wyjątkowo mglisty i nieprzyjemny, co kontrastowało z ciepłym, słonecznym wrześniem. Jurek pamiętał zapach wilgotnej ziemi i chryzantem. Stał nad grobem swojej Mamy na Cmentarzu Rakowickim, czując się, jak pusta skorupa. Obok stał kompletnie załamany jego 75-letni Ojciec. Nieco dalej, wśród rozchodzących się uczestników pogrzebu byli jego najbliżsi przyjaciele, a wśród nich górował zwalistą sylwetką Maciek, patrząc smutno zielenią swoich oczu i wspominając, jak w 2007 roku był w podobnej sytuacji, żegnając doczesne szczątki swojego Taty. Teraz stał w milczeniu, ubrany w rozpięty, granatowy płaszcz, mając na palcu rodowy sygnet z herbem Abdank, który nosił tylko na specjalne okazje. Mało kto wiedział, że oprócz sygnetu i herbu, w jego rodzinie były też przekazywane z pokolenia na pokolenie alchemiczne księgi, a praprzodek Maćka, imć Jędrzej Libertowski herbu Abdank był jednym z nadwornych alchemików Zygmunta III Wazy i zginął w trakcie nieudanego eksperymentu, który spowodował pożar na Wawelu. Zarówno w 2007, jak teraz, Maciej był niczym gruby, potężny dąb, na którym mogą się wesprzeć bliskie osoby. Przyjaźń między Maćkiem a Jurkiem, choć silna i długoletnia, nie zawsze była łatwa.
Paweł stojąc w szeregu żałobników, jednocześnie uważnie się rozglądał, odruchowo sprawdzając, czy „żelazo” ukryte pod kurtką jest na swoim miejscu. Nawet w tak pozornie bezpiecznych momentach, ten młody mężczyzna wykazywał swoją naturę łowcy, która tak bardzo przydawała się zarówno w dorywczej pracy na krakowskich bramkach, czy ulicznych bójkach ze słabymi co prawda w tym mieście antifiarzami, jak też w walce z wampirami i innym plugastwem nie z tego świata. Ten szczupły mężczyzna z brodą o kaukaskim typie urody czasami brany był za Czeczena, co niezwykle go irytowało, a śmieszyło jego kumpli. Jednak podobnie, jak górale kaukascy, miał niezwykłą smykałkę do sztuk walki i broni palnej. Podobnie, jak oni był też niezwykle lojalny wobec członków swojego klanu, a bezwzględny względem przeciwników. Od grupy żałobników odłączył się Zbigniew. Ten elegancki 47-latek nie był co prawda zbyt bliskim znajomym Jurka, ale będąc kuzynem Piotra, reprezentował na tej smutnej ceremonii również jego. Jerzy czuł obecność ich wszystkich. Fizyczną masę lojalności, która nie pozwalała mu upaść. Odchodząc od grobu usłyszał łacińską modlitwę za zmarłych odmawianą przez Janka. W oddali , przy starej alei Jurek dostrzegł sylwetkę Brzytwy, który w wyrazie szacunku zdjął czapkę, nic nie mówiąc. W pewnych środowiskach nie słowa, tylko czyny i obecność są wyrazem szacunku.
Powrót „Cienia”
Cztery miesiące później. Jurek powoli wracał do rytmu. Praca, treningi, pomaganie ojcu, spacery z psem, a czasem też alkohol i krótkie przygody z kobietami pomagały mu oderwać się od ponurych myśli o śmierci Mamy i Jej ostatnich miesiącach życia, naznaczonych chorobą i cierpieniem. Ale pustka w mieszkaniu i w życiu wciąż dzwoniła w uszach. Nie miał bliskiej rodziny oprócz ojca. Od dłuższego czasu był singlem. Któregoś wieczora, gdy siedział w swoim mieszkaniu przy ciemnobrązowym biurku i w świetle witrażowej lampki czytał najnowszą powieść Cherezińskiej, kończąc kufel pszenicznego piwa, usłyszał dzwonek do drzwi. Gdy wyjrzał przez wizjer z zaskoczeniem zauważył, że przed drzwiami stoi Radek, dawny kumpel, z którym on i reszta ekipy nie mieli prawie żadnego kontaktu od około 3 lat.
Ten rok młodszy od Jurka mężczyzna bywał w dawnych latach jego bliskim kompanem, jednak ich charakter i specjalizacje zawodowe różniły się jak ogień i woda. Obydwaj co prawda mieli podobne zainteresowania i ukształtował ich bardzo podobny krąg znajomych, jednak w odróżnieniu od Jurka, będącego humanistą, pracującym aktualnie, jako copywriter i dążącym do budowania uporządkowanego życia, Radek, zwany Cieniem miał , jak to ktoś określił „twarz cherubina, a serce diabła”. Chociaż pochodził z dobrej, krakowskiej rodziny, to w wieku 16 lat miał już swój pierwszy konflikt z prawem. Gdy na skutek utarczki słownej pobił kolegę z klasy tłuczkiem do mięsa, został wyrzucony ze szkoły. Jednak kontynuował edukację, zarówno tę formalną, jak też taką na „ulicznym uniwersytecie”. Nie był co prawda kibicem żadnego z krakowskich klubów, ale na skutek epizodu w środowisku skinheadów, dużej pewności siebie i zaradności szybko złapał przydatne kontakty i od 22 do 32 roku życia był bramkarzem na krakowskim Starym Mieście. Chociaż jak na przedstawiciela tego fachu nigdy nie był szczególnie duży, to jego umiejętności nabywane na macie, ringu, a potem również na strzelnicy były naprawdę imponujące. Swoją ksywę zawdzięczał zarówno temu, że jego pierwsza bramka była w krakowskim klubie „Cień”, jak też małomówności i tajemniczości, które zawsze mu towarzyszyły. W późniejszych latach stał głównie na bramkach w klubach ze striptizem, a wolny czas dzielił między treningi, dziewczyny, zaoczne studia na kierunku bezpieczeństwo i uczestnictwo w ekipie zajmującej się polowaniem na wampiry i inne potwory. W 2022 najpierw ograniczył swoją aktywność w ekipie, a następnie jej zaprzestał, utrzymując jedynie sporadyczny kontakt z Jurkiem. Przestał także pracować na bramkach, a w Krakowie bywał rzadko. Nie widzieli się ponad 3 lata. Radek wyglądał na starszego, a jego spojrzenie było jeszcze bardziej wycofane.
-Gdzie byłeś? Maciek był na Ciebie naprawdę wściekły za to, że tak zniknąłeś nic nam nie mówiąc, w końcu spędziliśmy z Tobą kupę czasu.
-Jurek, przykro mi z powodu Twojej Mamy. Dowiedziałem się o wszystkim i chciałem być na pogrzebie, ale nie mogłem. Musiałem zniknąć z radarów na jakiś czas. Wiesz dobrze, że oprócz bramek zajmowałem się też windykacją i powiedzmy, że pewną formą usług detektywistycznych. Niestety w trakcie jednego ze zleceń poważnie „uszkodziłem” kogoś, kto miał niezwykle wpływowego wuja. Jakiś czas miałem na karku i policję i paru ludzi z Miasta. Ale niedawno ten typ kopnął w kalendarz, więc nie ma kto finansować zemsty na mnie-powiedział Radek z typowym dla siebie ironicznym uśmiechem. Początkowo, jak też pewnie wiesz, myślałem nad Legią Cudzoziemską, ale to nie dla mnie. Taki indywidualista jak ja kompletnie tam nie pasuje. Ktoś pomógł mi dostać robotę przy ochronie platform wiertniczych. Potem jeszcze trochę pracowałem w Afryce przy ochronie biznesu związanego z diamentami. Ale w ostatnim czasie szkoliłem ochotników walczących na Ukrainie, głównie z taktyki miejskiej. Nie pytaj gdzie, nie pytaj kto za to zapłacił. Mogę Ci powiedzieć ciekawostkę, że poznałem jednego chłopa z dawnego WSI. Zgadało się, że był kiedyś kolegą tego Staszka, co pracował w firmie Piotrka. Do tej pory się zastanawiam, czy Staszek naprawdę umarł z powodu tętniaka, czy ktoś mu w tym pomógł, bo Sebastian to niestety sam się wykończył tym ostrym piciem…. Dobra, ale dosyć już gadania o śmierci. Słuchaj, chcę trochę papy dobrze ulokować. Myślałem o złotych monetach. Wiem, że paru naszych znajomych kupowało Krugerandy i inne takie u tego kurwia Juliana z antykwariatu. Gościu, dałbyś radę jakoś mnie z nim spiknąć? Ty, Maciek i Piotrek macie z nim jakiś kontakt, a za mną, to nigdy nie przepadał.
-No, ja się nie dziwię, że Cię nie lubi. Przecież po tamtej akcji, jak my już chcieliśmy się z nim dogadać, to Ty nadal chciałeś go zabić- powiedział Jurek i po raz pierwszy od dawna, zaczął się śmieć. Radek też się na chwilę rozpogodził. Julian był wampirem, jednak w odróżnieniu od większości innych przedstawicieli tej rasy, miał bardzo sztywny kodeks honorowych zasad. Pogardzał nihilizmem i ogólnie większością rzeczy związanych z nowoczesnym światem. Nie lubił też niepotrzebnego rozlewu krwi, która przyciągała uwagę „gawiedzi” i organów wymiaru sprawiedliwości. Gdy 7 lat temu kilku przyjezdnych wampirów zrobiło sobie po Krakowie „safari”, Julian sam zaproponował grupie łowców zawieszenie broni. Dał słowo honoru, że nigdy już nie będzie polował na ludzi, jeśli będący lekarzem i przedsiębiorcą Piotr pomoże mu w zdobywaniu krwi z nadwyżek medycznych, a krakowscy łowcy nie będą nastawać na niego. Obiecał też dostarczać im potrzebnych w pewnych sytuacjach informacji i artefaktów, oczywiście nie za darmo. Z hermetyczną grupą krakowskich łowców połączyło go też zamiłowanie do antyków i lokowania pieniędzy poza systemem bankowym. Obydwaj mężczyźni zdecydowali, że w najbliższych dniach złożą wampirowi wizytę w jego antykwariacie przy ulicy Józefa. Jednak już teraz postanowili spontanicznie wyjść na miasto i zajrzeć do kamienicy na Starym Kleparzu, gdzie do niedawna mieściła się siedziba grupy. Jurek i Radek weszli na podwórze, gdzie zapach wilgoci mieszał się z aromatem palonej kawy z pobliskiego placu. Przy śmietniku stał Wiesław, stary dozorca, energicznie zamiatając resztki śniegu. Na widok Radka znieruchomiał, a jego oczy, zwykle mętne, rozbłysły.
— No niech mnie gęś kopnie… — wychrypiał Wiesław, odstawiając miotłę. — Myślałem, żeś tam na tej wojnie w piach poszedł, panie Radosławie.
— Nie tak łatwo się mnie pozbyć, panie Wiesiu — uśmiechnął się lekko Radek, wyciągając z kieszeni płaską piersiówkę dobrej whisky. — Przyniosłem coś na rozgrzewkę.
Wiesław przyjął prezent z namaszczeniem, ale jego twarz szybko spoważniała. Rozejrzał się czujnie po oknach kamienicy, po czym skinął na nich, by podeszli bliżej.
— Dobrze, żeście są. Jurek, słuchaj… w tej kamienicy pod trójką, tam gdzie te biura , w nocy działy się rzeczy. Widziałem dwóch typów. Nie nasi. Pachnieli tak, jakby prosto z kostnicy wyszli. I szukali czegoś w piwnicach, tam gdzie kiedyś Maciek trzymał te swoje zioła i słoiki. Miasto choruje, chłopcy. Wiesiek to czuje w kościach.
Ciąg dalszy nastąpi…