Kiedy w październiku odbył się w Berlinie szczyt w sprawie Ukrainy, niektórzy polscy politycy i komentatorzy nie kryli rozczarowania faktem, że wśród debatujących w niemieckiej stolicy przywódców państw nie znalazł się przedstawiciel Polski. W tym elitarnym gronie liderów mocarstw spotkali się kanclerz Niemiec Olaf Scholz, prezydent USA Joe Biden, prezydent Francji Emmanuel Macron i premier Wielkiej Brytanii Keir Starmer. Z polskiej perspektywy taka sytuacja wydaje się szczególnie gorzka i niesprawiedliwa, ponieważ to właśnie Rzeczpospolita była pierwszym państwem, które na tak dużą skalę zaangażowało się w wielopoziomową pomoc Ukrainie zaatakowanej przez Rosję. I w stosunku do swoich możliwości to właśnie my, a nie znacznie bogatsze od nas kraje zachodnie pomogliśmy najwięcej. Jednak należy zwrócić uwagę, że miejsce państw na geopolitycznej szachownicy zależy nie od moralnej, czy niemoralnej postawy ich decydentów w stosunku do jakiegoś problemu, lecz od ich rzeczywistej siły. Zarówno gospodarczej, jak też militarnej i demograficznej. Niestety na tych trzech płaszczyznach III Rzeczpospolita naprawdę nie ma się zbytnio czym pochwalić. Dlatego o losach Ukrainy, a pośrednio całego układu sił na świecie dyskutują za zamkniętymi drzwiami gabinetów przywódcy krajów anglosaskich, oraz Niemiec i Francji, z czego dwa ostatnie państwa praktycznie do samego wybuchu wojny prowadziły przyjazną politykę względem Moskwy, kreując duże obroty w wymianie handlowej z państwem Putina. Chociaż dzisiaj jest to dla salonów Berlina i Paryża temat niewygodny, ale już po aneksji Krymu dochodziło nawet do przypadków, gdy firmy z tych państw eksportowały do Rosji produkty przeznaczenia wojskowego, bądź komponenty do ich produkcji. Gdyby grono zaroszonych na berlińskie spotkanie miało zostać rozszerzone, to prędzej znaleźliby się tam liderzy Chin, Indii, a może nawet Japonii i Brazylii, a nie Polski. Dzieje się tak dlatego, ponieważ uprawiany często przez polskich działaczy i myślicieli romantyzm polityczny i wizjonerstwo projektujące nasz kraj, jako lokalne, czy nawet światowe mocarstwo zazwyczaj nie korespondowały z twardymi faktami. A fakty są obecnie takie, że to właśnie Chiny i Indie, a nie Polska, czy nawet kraje zachodnie są w stanie z racji swojej pozycji gospodarczej i rosnącej zależności Moskali od handlu z tymi państwami wpłynąć w jakimś stopniu na Rosję, czyniąc to bez użycia siły militarnej. Wizja Polski, jako przedmurza chrześcijaństwa, cywilizacji łacińskiej i lidera-konsolidatora Międzymorza jest niezwykle bliska moim poglądom i mojemu sercu, jednak w ciągu tych długich lat swojego istnienia, III Rzeczpospolita nie uczyniła prawie nic, aby rzeczywiście stać się lokalnym mocarstwem, zdolnym bez pomocy Anglosasów skutecznie przeciwstawić się Rosji.
Jak wspominałem już w swoich wcześniejszych tekstach, polskie elity polityczne całkowicie przespały lata, gdy Rosja była w defensywie. Zamiast zaplanowanego na lata planu rozbudowy Wojska Polskiego i przygotowania do ewentualnej wojny obronnej przeciwko neosowieckiej, imperialnej Rosji i jej kartoflanemu wasalowi, liberalni demokraci z lewicy, prawicy, centrum i Bóg wie jeszcze skąd założyli za paradygmat naiwną tezę, że nie będzie już wojny w Europie. Bezpieczeństwo zewnętrzne powierzono w ręce NATO i faktycznego lidera tego paktu, czyli USA.
W konsekwencji przez ponad 30 lat kolejne rządy wręcz chwaliły się ograniczaniem wydatków na wojsko, likwidacją obowiązkowej służby wojskowej, zmniejszaniem ilości etatów w jednostkach liniowych, a kierunki reform wojskowych prowadziły do przekształcenia Wojska Polskiego w korpus ekspedycyjny pełniący funkcję auxiliów na rzecz armii USA w wojnach prowadzonych przez to państwo. Polska posiada predyspozycje do roli lidera i zwornika Międzymorza. Zarówno ze względu na swoją wielkość, jak też położenie geograficzne i uwarunkowania historyczne. Jednak, żeby odgrywać taką rolę konieczna jest przede wszystkim długofalowa strategia. Strategia budowania niezależności od imperiów-zarówno tych z Zachodu, jak też Wschodu. Jednym z podstawowych atrybutów takiej niezależności jest właśnie silna armia zdolna do obrony Polski. O tym, jak ważna jest samodzielność w dziedzinie obrony narodowej wiedziały już dawno elity polityczne Finlandii, czy nawet Szwecji, chociaż są to państwa mniejsze, niż Polska i w dodatku ugruntowane od dawna na paradygmacie liberalno-lewicowej „religii praw człowieka”. Tymczasem w Polsce obrona narodowa w przestrzeni publicznej to były przede wszystkim odniesienia sentymentalne i propagandowe, a pod względem merytorycznym temat był bardzo zaniedbywany aż do samego wybuchu wojny na Ukrainie. Naiwna wiara w to, że USA niezależnie od okoliczności zapewni nam bezpieczeństwo zewnętrzne to postawa serwilizmu, a nie strategia państwa, które aspiruje do bycia mocarstwem, czy chociażby liczącym się graczem na arenie międzynarodowej. Tak samo sprawy się mają w kwestiach dotyczących gospodarki. Tutaj z kolei włodarze III RP całkowicie podporządkowali Polskę UE, co w praktyce doprowadziło do tego, że jesteśmy w Europie pod względem społeczno-gospodarczym państwem peryferyjnym, gdzie strategiczne sektory gospodarki, takie jak np banki znajdują się w rękach kapitału zagranicznego, szczególnie niemieckiego. Wbrew propagandzie kolejnych rządów, dzięki wejściu do UE staliśmy się przede wszystkim rezerwuarem taniej siły roboczej, co odbiło się na polskiej demografii i rynkiem zbytu dla zachodnioeuropejskich produktów. Pod względem infrastruktury też nie zrobiono praktycznie niczego, aby stworzyć narzędzia do budowy silnej pozycji Polski na arenie międzynarodowej. Kwestie CPK jest tutaj wierzchołkiem góry lodowej. Te wszystkie szumne inwestycje w dziedzinie infrastruktury transportowej projektowane były zazwyczaj w taki sposób, aby ułatwiać niemiecki eksport do Polski, a nie polski eksport do krajów sąsiednich i dalszych krajów regionu Międzymorza. Niestety tak samo polskie elity polityczne zaprzepaściły szansę na znaczny wzrost znaczenia Polski w kontekście wojny na Ukrainie. Zbyt uległa postawa polskich elit politycznych względem zależnej od oligarchów i anonimowego kapitału administracji Żełeńskiego nie tylko nie doprowadziła do nowego otwarcia w stosunkach polsko-ukraińskich i realnego sojuszu, ale do coraz bardziej aroganckich wypowiedzi obecnego prezydenta Ukrainy i w konsekwencji do kolejnych napięć na linii Warszawa-Kijów. W tym miejscu zwracam jednak uwagę, że w kwestii stosunków międzynarodowych nie ma opcji czarno-białej. Konieczność pomocy Ukrainie w celu zatrzymania zbrojnej ekspansji neoimperialnej Rosji nie oznacza konieczność prymatu interesów Ukrainy nad interesem Polski, ani braku asertywności i oczekiwania na wzajemność w relacjach. Niezależnie od czyichś poglądów na temat Ukrainy, należy przyznać, że kwestie takie jak zgoda na ekshumację na Wołyniu, czy uznanie tej zbrodni za ludobójstwo pozwoliłyby na oczyszczenie atmosfery i prawdziwe nowe otwarcie w relacjach z Kijowem.
Niestety brakło tutaj zarówno dobrej woli ze strony ukraińskich elit politycznych (nie twierdzę, że brakiem dobrej woli cechują się wszyscy Ukraińcy), jak również konsekwencji i asertywności ze strony elit III RP.
Wobec przytoczonych powyżej faktów niestety nikogo nie powinno dziwić, że Polska nie jest przez rzeczywiste mocarstwa współczesnego świata traktowana jak mocarstwo. Podsumowując, możemy, a nawet powinniśmy dążyć do takiego statusu, ale , aby stało się to realne, a nie pozostało jedynie sferze mrzonek i haseł , Rzeczpospolita musi sama zdefiniować swoją strategię. Zamiast przyjmować rolę uśmiechniętego pazia Wielkich Braci z Zachodu, czy ze Wschodu musimy stanąć na własne nogi, polegać na sobie i kierować się własnym, dobrze pojmowanym interesem. Tylko tak będziemy mieli szansę, aby Polska stała się naprawdę Wielka i jednoczyła wokół siebie państwa Międzymorza.