Grzegorz Ćwik - Cisza przed burzą

Obserwując polskie media i tzw. „życie publiczne”, odnieść można wrażenie, że generalnie to my chcemy wejść do wojny z Rosją i pomimo świadomości wyzwania przekonani jesteśmy o zwycięstwie. Oczywiście jak w to społeczeństwie emocjonalnym, stojącym krańcowo z dala od rozwagi i rzeczowej analizy, widać duże wahania – od panicznych wybuchów strachu i histerii, po tych czy innych wiadomościach prasowych, po zapowiedzi rządzących nami, że wgnieciemy w ziemię Putina, nasze czołgi dojadą do…no wszędzie tam, gdzie rozkażemy, a generalnie to Rosja powinna się bać wojny z nami i właściwie to nie ma innej opcji, niż to, że wygramy i to przynajmniej tak, jak Piłsudski w 1920.

Najwyższa pora uświadomić sobie pewne sprawy, dla wielu analityków jasne od dawna, ale jak wspomniałem – Polacy stoją krańcowo daleko od wiedzy i merytoryczności. Sądzę, że nacjonalistyczny miesięcznik to odpowiednie miejsce, by Narodowi obwieszczać i opisywać sprawy oczywiste, na które w mediach i popularyzatorach głównego nurtu raczej nie naprawią.

Otóż do wojny w żadne sposób nie jesteśmy gotowi. Ani militarnie, ani politycznie, ani społecznie, ani pod względem organizacji państwa i zaplecza. Spodziewaną wojnę Rosja zapewne wygra i doprowadzi do oczekiwanych przez siebie zmian politycznych i geopolitycznych. Wojna ta doprowadzi także do dawno nie widzianego w naszej historii kryzysu państwowości, tożsamości narodowej i państwowej. Pełnokinetyczne starcie to zresztą dla nas jeszcze nie tak zły scenariusz, bo Rosjanie zastosować mogą całą gamę środków poniżej progu starcia pełnokinetycznego.

Ale po kolei. To, że Rosja nad kwestią działań agresywnych i wrogich nam przemyśliwa i już je realizuje, to nie trzeba chyba mówić – dowodzi tego choćby trwający od 3 lat „kryzys graniczny”. Eufemizmem tym media i różni ludzie nazywają jawną agresję hybrydową i wojnę prowadzoną środkami etnicznymi i demograficznymi, a z powiązaniu z nimi także propagandowymi i informacyjnymi. Dodajmy  z jawna kolaboracją sporej części sceny politycznej i publicznej. Czy radzimy sobie z tym dobrze? Setki, jak nie tysiące napływających do Polski nielegalnych uchodźców (w tym szpiegów i sabotażystów), problemy prawne dotyczące użycia broni, śmierć polskiego żołnierza, jawna wojna wypowiedziana przez Bodnara żołnierzom – każą w ostateczności sądzić, że już tu idzie nam tak sobie. A oni, politycy chcą nas prowadzić na czele polskich czołgów na Moskwę… A to, że Rosja nie zatrzyma się na tym jest oczywiste, bo wynika wprost z ich strategicznego celu – demontażu wschodniej flanki NATO, której główną oś, podporę i treść stanowi Polska i jej system obronny. Wiadomo zaś, że żadna partia polityczna, nawet spod znaku uśmiechniętego serduszka nie zgodzi się na to dobrowolnie, tak więc można uznać, że eskalacja to kwestia czasu. Oczywiście, tu determinuje czas przede wszystkim to kiedy (nie „czy”, a „kiedy”) Ukraina zmęczona wojną i straszliwie skrwawiona zawrze pokój z Rosją, co nie tylko uśpi Zachód, który następnego dnia zacznie powrót do „buisness as usual”, ale także pozwoli Rosji na przygotowanie do rozprawy ze wschodnią flanką NATO – to znaczy z Polską.

A czy my jesteśmy gotowi do wojny z Rosją na jakimkolwiek poziomie lub płaszczyźnie? Oczywiście, że nie, i nie może być inaczej, skoro po roku 1989 przez 30 lat konsekwentne i systematycznie likwidowaliśmy kolejne jednostki Wojska Polskiego, pozbywaliśmy się oficerów, żołnierzy, szkół i akademii wojskowych, zniszczyliśmy zaplecze produkcyjne i przemysł zbrojeniowy, wreszcie rozwiązaliśmy kompletnie obronę terytorialną i cywilną. Nie mamy żadnych realnych koncepcji i regulaminów dotyczących zachowania w razie ataku rakietowego, bombowego, terrorystycznego, służby cywilne jak szpitale czy strażacy nie mają żadnych szkoleń czy przygotowań w tej materii, a co gorsza nie mają przygotowanych rezerw materiałowych.

Także nasze społeczeństwo jest dalekie od bycia w stanie gotowości do wojny i to wojny długotrwałej. Pacyfizm, indywidualizm, konsumpcjonizm i utrata wszelkiego poczucia obowiązku i wspólnotowości dają w efekcie Naród, który jest mniej chętny na przywrócenie choćby powszechnej i obowiązkowej służby wojskowej niż Niemcy czy Francuzi. A to niby oni są tchórzami i „trzęsidupami”… Ale czego oczekiwać, gdy sam szef MON-u przyznaje, że ma już skompletowany „ewakuacyjny plecak”, a wicepremier wprawdzie straszy Putina, że go wgnieciemy w ziemię (przepraszam, ale czym?), ale za chwilę mówi, że zamiast niego, do armii walczyć pójdzie jego żona.

Myślicie, że z żołnierzami jest wiele lepiej? Mam duży szacunek do munduru Wojska Polskiego, ale gdy nasi chłopcy, źle szkoleni, źle traktowani przez państwo, źle wyposażeni, tragicznie niedoinformowani co do charakteru nadchodzącej wojny, spotkają się po raz pierwszy z rosyjskimi grupami operacyjnymi, które mają przeciętnie 8-9 razy większa siłę ognia niż polskie, to o ile przeżyją, pierwsze co zrobią to natychmiast się wycofają. Nawet bez rozkazu, o ile rozkazy ktoś będzie wydawał  i o ile ktoś je gdzieś do jednostek przekaże. Skąd ta wątpliwość? Ano stąd, że do wojny radioelektronicznej i informacyjnej też nie jesteśmy przygotowani, więc Rosjanie w razie uderzenia pierwsze co zrobią to zwyczajnie rozpieprzą nam sieć internetową, telefoniczną i jakakolwiek inną. Do tego masa żołnierzy i terytorialsów albo w dniu rozpoczęcia wojny, albo dzień przed dostanie sms-a o tym, że nie warto walczyć i lepiej dezerterować. W końcu tyle wrzucamy materiałów na social media z każdej jednostki WP i WOT, że Rosjanie bez problemu zidentyfikują i namierzą z osobna każdego polskiego mundurowego.

O czym w ogóle mówimy – dwa i pół roku po rozpoczęciu wojny, a my nadal w WP nie mamy jakiegokolwiek szkolenia w kwestii walki z dronami, przeciwdziałania nim, nie mamy wypracowanych metod zachowania się w obliczu tej broni, sami dronów mamy mało, do tego nie wiemy co z nimi robić. Nie wspomnę o tym że leży i kwiczy współpraca sektora wojskowa i cywilnego, na której opiera się dziś zaplecze technologiczne i informacyjne tak armii rosyjskiej, jak i ukraińskiej.

Szkolenie w ogóle leży w polskie armii, jak przyznaje generał Komornicki nawet nie wiadomo kto za nie odpowiada, a powyżej poziomu majora szkoleń i doskonaleń, zwłaszcza w warunkach bojowych i w kwestiach bojowych… nie prowadzi się.

Wreszcie, dwa i pół roku wojny, a my nadal… nie przywróciliśmy żadnej formy stałej i obowiązkowej służby wojskowej. Liczymy tych rezerwistów, liczymy i doliczyć się nie możemy, bo coraz ich mniej – a skąd ma być ich więcej, gdy demografia pada na pysk, a stałego przeszkolenia dla wszystkich nie ma. Nawet Litwa je przywróciła w 2015 roku, wobec agresji moskali na Ukrainę, i to przy pełnym porozumieniu tamtejszej sceny politycznej. U nas zaś kolejne ekipy uwielbiają obwiniać poprzedników, pokazywać się na paradach 15 sierpnia i… ano nic. Ciągle się zastanawiamy i dyskutujemy, a do tego wiemy dobrze, że spora część polityków (Lewica, Konfederacja, część PO) będzie sabotować pomysł służby wojskowej, a osoby pokroju Ochojskiej czy Holland wręcz będą dokonywać jawnej kolaboracji z Moskwą w tym temacie.

Dlatego też pomysł na 300 tysięczną armię jest naprawdę śmieszny. Obecnie w linii mamy może z 60-70 tys. ludzi, do tego w częściowo zdekompletowanych technicznie brygadach i dywizjach. Sprzęt mamy do około 2028 roku wyrównać, po tym jak część oddaliśmy (skądinąd słusznie!) Ukrainie. Póki co jednak Abramsów, K2, armatohaubic systemów opl, rakiet i samolotów mamy cała czas niewiele, zwłaszcza jeśli porównać z tym, co ma Rosja. Problem jest jednak gdzie indziej. Nawet bowiem jeśli otrzymamy już wszystkie zaplanowane zakupy i dostawy, to cały czas będzie armia … jednorazowego użytku. Co to znaczy? Że w rezerwie magazynowej nie będzie dalej, tak jak teraz, ani jednego czołgu samolotu czy choćby bewupa. A to znaczy, że każdego zniszczonego Abramsa czy zestrzelonego F22 zastąpimy… no w sumie nie zastąpimy. Śmiejecie się z tego, że Rosjanie ładują na front nawet starutkie t-55 i t-64? Po pierwsze to znaczy, że mają ich dużo w magazynach, po drugie robią to, żeby Ukraińcy wystrzelali się na nich, a nie na nowiuśkich t-90. A my co wystawimy z magazynu? Szarika i czterech pancernych? A wojna przecież, która trwa jest głównie wojną materiałową. Panująca w tym aspekcie względna równowaga i brak wyraźnej dominacji jednej ze stron powoduje, że wojna utknęła i o ile piętrzą się starty, to koniec jest cały czas odległy.

O zapleczu produkcyjnym i przemyśle zbrojeniowym tu nie ma co nawet wspominać, my nawet amunicji karabinowej produkujemy tyle, co kot napłakał, podczas gdy front miesięcznie wymaga setek tysięcy pocisk do armat, haubic i czołgów. Tego nie mamy ani my, a i sojuszniczy stoją coraz gorzej. Bo co z tego, że co chwila słyszymy, że Rosja posiada ledwie 5% europejskiego potencjału produkcyjnego w kwestii wojskowej, skoro oni swój potencjał mobilizują i wyciskają do ostatniej frezarki, a my radośnie jak barany idące na rzeź udajemy, że nic się nie dzieje i nie trzeba zbroić się – w końcu to kosztuje, a za dużo już zachód wydał na Rosję i jej zbrojenia (bo to na pieniądzach z zachodnich wpływów za węglowodory de facto  sfinansowana została i wojna na Ukrainie, i cała imperialność putinowskiej Rosji), żeby jeszcze topić euro i dolary w amunicji i rakietach. Zachodnie społeczeństwo dostrzeże, że bezpieczeństwo jest więcej warte niż histeryczna nadkonsumpcja dopiero wtedy, gdy rosyjskie czołgi zaczną jechać głównymi ulicami europejskich stolic.

A co z sojusznikami? Ano przyjdzie nam na nich poczekać. Spokojnie, na Ukrainie już po 2,5 roku dosłali myśliwce f-16 i pozwolili na atakowanie zachodnimi rakietami celów w Rosji – oczywiście to obarczone jest szeregiem warunków, które mają też… a nie, Rosjanie, ich nie mają, ale przeżarty przez ohydny pacyfizm i zachowawczość zachód tego nie rozumie. Zresztą, zachód już mało co rozumie, upadek cywilizacji jak widać to także upadek logiki formalnej. W kwestii mobilizacji i szybkości dosłania ewentualnej pomocy też nie wygląda to za dobrze, bo okresy mobilizacji w głównych państwach NATO to około 2-3 miesięcy a wsparcie liczone będzie w granicach ok 20-30 % liczby i 10-15% siły ognia tego, co uderzyło na Ukrainę 24 lutego. Główna nadzieja w USA, jego lotnictwie, marynarce i wojskach rakietowych. Na ziemi jednak będziemy musieli poradzić sobie sami.

Spójrzmy zresztą na stan kraju i jego bezpieczeństwa. Przykład najpierwszy – Marywilska 44. Jeśli faktycznie to Rosja stoi za tym podpaleniem, to znaczy, że ot tak można w stolicy Polski zorganizować pożar ważnego społecznie i handlowo obiektu o powierzchni wielu tys. m2, spowodować ogromne starty, zaburzenia lokalnej społeczności i ogólnie gigantyczną awanturę i… nic, absolutnie nic, zero przeciwdziałania służb, zero refleksji. Przecież takich pożarów w przededniu wojny mogą być tysiące. Albo wszelkiego rodzaju innych aktów dywersji, nie tylko o charakterze klasycznej destrukcji, ale uderzenia w sieć elektryczną, informatyczną, etc. To państwo z kartonu i piasku nawet nie zdąży pomyśleć, że coś się dzieje, a już cała mapa Polski będzie w programach informacyjnych upstrzona czerwonymi pinezkami, które zwiastować będą kolejne odnotowane wybuchy, pożary, katastrofy i inne atrakcje made in russia.

Zresztą, mówimy cały czas o groźbie wojny takiej jak na Ukrainie, uchwytnej nie tylko w kwestii daty rozpoczęcia, ale i takiej już klasycznej, bez maskirowki – pełnokinetyczna, klasyczna, pełnokrwista wojny jak z podręcznika Clausewitza.

A co jeśli Rosjanie wcale nie zdecydują się na takie działania, ale na wojnę hybrydową, poniżej progu klasycznego starcia? Fachowo nazywa się to konfliktem asymetrycznym, bo na określone działania agresora, strona napadnięta nie jest generalnie w stanie odpowiedzieć identycznymi działaniami. Przykład najprostszy to właśnie działania na granicy polsko-białoruskiej – bo jak niby mamy na to odpowiedzieć? Ściągnąć własnych imigrantów i kazać im szturmować żołdaków Łukaszenki? Tak samo z tą Marywilską 44, jeśli to robota kacapów, to jak mamy się odbić im za to (zakładając, że jakakolwiek władza w tym kraju miałaby jaja na to) – podpalić coś w Rosji? Może i niegłupie by to było, bo Rosja rozumie tylko jeden język – język przemocy, ale w praktyce, w ramach pacyfistycznej do bólu Unii, rozbrojonego NATO i skorumpowanego zachodu to praktycznie awykonalne. Przecież nawet polskie media i politycy byliby przeciwni.

A działań takich poniżej progu klasycznego starcia jest dużo więcej. Starczy sobie wyobrazić, że nagle na terytorium Polski przenikają nie grupki wymęczonych imigrantów, na szybko tylko przeszkolonych w walce kijem i noże, ale Rosja podnosi poprzeczkę. Przerzucają przez granice powiedzmy 100-osobową grupę terrorystów rodem z ISIS, a tych od groma siedzi po rosyjskich koloniach karnych, i ci np. w Hajnówce dokonują uderzenia, mordują kilkaset osób, uprowadzają 100 czy 200 i „znikają” (czytaj: wracają na Białoruś). I co wtedy? Co zrobi Państwo Polskie, polskie władze, polska scena publiczna? A dodajmy, że Moskwa zapewne wyrazi od razu ubolewanie nad tym strasznym atakiem i zaproponuje Warszawie wspólne działanie, pośrednictwo i pomoc w walce z „terroryzmem”. Bo jak nie to wiadomo – ataki mogą się powtórzyć. Poziom kryzysu politycznego i państwowego byłby taki, że przez ostatnie 35 lat nawet nie zbliżyliśmy się do czegoś takiego. A możliwości jest dużo więcej. Co jeśli Rosja nie uderzy masą jednostek liniowych, ale np. odpali kilka rakiet ziemia-ziemia na polskie cele cywilne. Iskander równający z ziemią blok mieszkalny w Białymstoku, Suwałkach, Puławach? A czemu nie? I co wówczas zrobi nasza kochana władza? Wojny nie rozpoczniemy, bo i NATO nie pozwoli (licząc, że jednak uda się uratować pokój), i sama władza nie będzie w stanie takiej decyzji wydać. W tym wypadku wybucha wojna – ale domowa, polityczna, jakiej do tej pory nie doświadczyliśmy. Zaczynają się protesty, awantury, wszyscy oskarżają wszystkich, służby i władze lokalne nie mają pojęcia jak się zachować, a Moskwa tylko by to jeszcze swoją agenturą zaostrzała. I wtedy widzę dwie możliwości. Pierwsza to taka, że władza nasza, wobec bierności NATO i agresywności Rosji zgodzi się na koncesje wobec Moskwy, mówiąc wprost – wschodnia flanka NATO ulegnie zniszczeniu, a wpływy rosyjskie sprawią, że staniemy się drugim PRL-em (pod względem zależności od Moskwy, włącznie zapewne ze stacjonowaniem tu jednostek okupacyjnych) w ciągu maksymalnie 5-7 lat. Druga opcja to wybory w trybie przyspieszonym, które wygra koalicja „sił patriotycznych”, czyli jakaś forma koalicji części (może i całego?) PiSu, Konfederacji i przybudówek. Efekt? Eskalacja do pełnoskalowego konfliktu z Rosją, który szybciutko przegramy, a z drugiej strony granicy…. sojusznicza interwencja wojsk niemieckich i być może istniejącej już wtedy armii europejskiej, które zajmą Pomorze, Wielkopolskę i Śląsk pod pretekstem obrony demokracji przed doszłymi do władzy faszystami. Do starcia z Rosjanami już nie zdążą domaszerować, bo wojna się skończy. Biorąc pod uwagę ścisłe kontakty i zależności miedzy służbami i politykami Rosji i Niemiec nie ma co wątpić, że wszystko będzie ładnie zgrane i skorelowane ze sobą.

A może te scenariusze są błędne i wszystko przebiegnie inaczej? To oczywiście możliwe, ale problem leży tu, że ciężko wyobrazić sobie scenariusz, w którym Polska wychodzi zwycięsko z konfrontacji z Rosją. Bo co znaczy zwycięstwo w wojnie z Rosją – albo takie skrwawienie i zniszczenie ich środków bojowych, żeby w miarę trwale zlikwidować zagrożenie militarne, ale to wymagałoby posiadania armii z prawdziwego zdarzenia i ogromnych, niewyobrażalnych dla nas środków – albo doprowadzenie do upadku rosyjskiej państwowości. Oba cele są zdecydowanie poza naszymi możliwościami. Tak więc dowolny scenariusz wojny czy jakiegokolwiek innego starcia z Rosją to scenariusz negatywny.

Czy elity tego wszystkiego nie wiedzą? Oczywiście – wiedzą. Po prostu nasze elity to kompletne dno – moralne, intelektualne, etyczne i polityczne. Ci spod znaku uśmiechniętej Polski wiedzą, że w razie co już czekają na nich przytulne apartamenty w Berlinie, gdzie utworzą rząd polski na uchodźstwie. Ci z drugiej strony barykady tez na pewno mają plan awaryjny – jedni się dogadają, inni chętnie utworzą lokalny rząd, by ratować „co się da”, inni dołączą do uśmiechniętych. PSL wiadomo – dogada się z każdym, Konfederacja to przynajmniej w części poszłaby w kolaborację, podobnie jak większość środowisk „wolnościowych”. Ludzi gotowych walczyć o ten kraj i Naród byłoby naprawdę mało – nie liczcie na powtórkę roku 1939. Obecne pokolenie to nie Kolumbowie, to Julki i Oskarki (co zresztą nie jest ich winą) a jedyne o co są w stanie walczyć to zaimki i legalne narkotyki oraz aborcja.

To zresztą znamionuje szerszy problem – postępujący upadek tego Narodu, a także państwa. Obserwując nasze nieprzygotowanie, beztroskę, wewnętrzny podział i tolerowanie jawnej kolaboracji to ciężko nie pomyśleć, że Polska po 1989 roku istnieje głównie dlatego, że nikt solidnie się po tym okresie nie zamachnął na naszą suwerenność i terytorium. A co, jeśli Rosja to zrobi? Oczekiwania, że nasze społeczeństwo będzie równie patriotyczne i wytrzymałe, jak w okresie II wojny światowej są niedorzeczne. Tak badania opinii publicznej, jak i obserwacja życia w tym kraju pokazuje, że spora część Polek i Polaków zwyczajnie nie przejmie się specjalnie tym, że Polska z mapy zniknęła albo, że wprawdzie istnieje, ale już jako nowe wcielenie PRL-u. Być może nawet okrojone terytorialnie. Skoro w tak „głupiej” sprawie jak wojna hybrydowa na granicy prowadzona metodą imigrancką tak dużo ludzi, nie tylko osób publicznych, staje de facto po stronie wroga, to czego oczekiwać możemy, gdy w polskich miastach pojawia się nie nieliczni póki co imigranci, ale masowo rosyjscy żołnierze? Ludzie jak Środa już dziś nawołują do pacyfizmu, likwidacji armii, negują patriotyzm i państwo narodowe – czyli powielają w 100% propagandę Putina, którego polityka (jak i polityka Rosji zawsze i wszędzie) neguje zasadę samostanowienia narodów. Środa przecież dopiero co nawoływała, by Ukraina się poddała, bo… na wojnie giną ludzie. Czyli to wina złej Ukrainy i patriotyzmu, że giną ludzie, a nie Rosji i jej orków. Ciekawe, ciekawe, tym bardziej, że wypowiedź zebrała świetny odzew – możecie być pewni, że w razie wojny z Rosją tak będzie publicznie zachowywać się nie tylko Środa, ale i większość środowiska akademickiego, tzw. intelektualistów, dziennikarzy, sporo polityków i naprawdę większy procent tego społeczeństwa, niż można przypuszczać. Czepiacie się (skądinąd w sumie słusznie) uriańskich chłopaków, że siedzą w bezpiecznej Polsce, zamiast na froncie walczyć z iwanem? Kiedy iwan przyjdzie do Polski, to szybciutko przestaniecie z tego robić sobie jaja. Zasadniczy problem tu jest taki, że w wyniku działania szeregu czynników kulturowych, edukacyjnych, psychologicznych i informacyjnych spora część ludzi mieszkających na terenie Polski nie przejmie się, jeśli tereny te staną się częścią innego kraju.

Nie chodzi tu o to, by straszyć wojną z Rosją – chodzi o to, by zrozumieć dwa fakty: po pierwsze w żaden sposób i na żadnej płaszczyźnie do tego nie jesteśmy gotowi, a po drugie wojna ta spowodować może kryzys i państwowości i samego Narodu, jakiego nie widzieliśmy od bardzo dawna. W dobie rządów ludzi, którzy orientują się praktycznie oficjalnie na Berlin i jego rację stanu, nie można oczekiwać że ludzie ci przygotowują się do nadchodzącego kryzysu w sposób zgodny z wymogami polskiego interesu narodowego. Alternatywa, czyli ich opozycja nie jest wiele lepsza – poza zakupami sprzętu, rozwleczonymi zresztą w czasie i wywołanym dopiero wojną na Ukrainie (czyli po 7 latach rządów tychże ludzi) też nie zrobili nic, by do starcia z Moskwą się przygotować. Skupienie się lokalnych partii i grup politycznych wyłącznie na plemiennej wojence, bieżącej polityce warunkowanej sondażami wprost przeraża. Elity polityczne bowiem tego kraju, wbrew swym zapewnieniom i propagandzie, w ogóle nie zastanawiają jak przygotować się do wojny, a przede wszystkim – jakie ona może mieć skutki.

Tekst ten piszę zarówno jako zagorzały przeciwnik Rosji praktycznie od zawsze, jak i jako zwolennik wspierania Ukrainy i dążenia do powstania Międzymorza. Podstawą polityki jest jednak realizm i trzeźwa ocena możliwości, środków i kierunków rozwoju sytuacji. A tu wszystko wskazuje, że ani wojny nie wygramy, ani nie zremisujemy, tylko przerżniemy w sposób, który zatrzęsie tym krajem z kartonu i papy. Sytuacja ta zresztą także dla nas, nacjonalistów powinna być alarmem – najwyższa bowiem pora zacząć myśleć, jak możemy przy naszym niewielkim zapleczu wpłynąć choćby na dyskusję publiczną, ale także długofalowo – na procesy kształtujące nasz Naród, jego elity i przywódców.

Komentarze do "Cisza przed burzą"

  1. Gdyby doszło do wojny z rosją to Polska nie miałaby jakichkolwiek szans niestety. Przez okres rządów tuska zostaliśmy rozbrojeni na rzecz ukrainy co na pewno nie pomogłoby w razie ataku. Wszystkiego dobrego dla zdrowo myślących Polaków którzy wierzą że to może się kiedyś zmienić i Polska stanie się silnym i znaczącym krajem.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *